piątek, 20 listopada 2015

KONKURS - na ratunek

Moi Drodzy,
dziś przychodzę do Was z konkursem, w którym do wygrania są 2 egzemplarze książki ''Ocalenie Callie i Kaydena'' J. Sorensen.
 
Recenzja: klik

Co trzeba zrobić, aby zdobyć tę wyjątkową nagrodę?


Opisz niebezpieczną/niepokojącą sytuację (swoją albo czyjąś), w której ratunek przyszedł w samą porę. Dwie osoby, których historie uznam za najciekawsze otrzymają nagrodę.

 
Do dzieła!!! Naprawdę warto!!!
 
 Regulamin:
1. Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga: LITERACKI ŚWIAT CYRYSI
2. Sponsorem nagród jest
wydawnictwo Zysk i S-ka.
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest opisanie w komentarzu niepokojącej historii, w której ratunek przyszedł w samą porę.
4. Konkurs trwa od 20 listopada 2015 roku do 26 listopada 2015 roku do godz. 23.59
5. Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi 30 listopada 2015 roku.
6. Nagrodą są dwa egzemplarze ''Ocalenie Callie i Kaydena'' J. Sorensen.

7. W konkursie mogą brać udział osoby posiadające blogi oraz anonimowy uczestnicy, którzy popiszą się imieniem/nickiem oraz podadzą adres mailowy.
8. Konkurs skierowany do osób posiadających adres zamieszkania w Polsce.
9. Ze zwycięzcą skontaktuję się drogą mailową. W przypadku, gdy zwycięzca w ciągu 7 dni nie odpowie na wiadomość, nastąpi wybór innego wygranego.
10. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
banerek dla zainteresowanych 

24 komentarze:

  1. Książki nie dla mnie, więc zrezygnuję z udziału, ale życzę wszystkim powodzenia;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tym razem podziękuję :). Książkę czytałam i bardzo polecam. Życzę powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmm... Moja pierwsza myśl to zeszłoroczna geografia. Cała klasa bała się pani, która akurat tego dnia miała pytać. Wszyscy się strasznie stresowali. Po dzwonku musieliśmy w końcu wejść do klasy. Wchodziliśmy tam jak na skazanie wiedząc, że za chwilę ktoś będzie zagrożony słabą oceną. I właśnie wtedy, kiedy pani otwierała dziennik, ktoś wszedł do klasy i powiedział, że musimy zejść na dół, bo jest apel. To był jeden z piękniejszych dni w moim życiu. Zdecydowanie ktoś przypadkowo uratował całą klasę :D

    E-mail: ania0134@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedy byłam mała rodzice zabrali mnie i kuzynostwo nad Wisłę abyśmy mogli chociaż nogi pomoczyć w wodzie bo tam nigdzie wokoło mnie było gdzie popływać. Ja nieposłuszna weszłam do wody głębiej niż powinnam i pod nogami zaczął usuwać mi się piach bo był duży prąd. Moja kuzynka chciała mi pomóc i szybko weszła za mną bez zastanowienia ale nie miała na tyle siły aby nas we dwie wyciągnąć. Na szczęście w ostatniej chwili zauważył to mój ta i nas wyciągnął. Ja już byłam pod wodą a kuzynce już ostatkiem sił mnie trzymała. Jakby trwało to trochę dłużej kuzynka by mnie puściła i prądy by mnie porwały. Oj pamiętam jak dzisiaj, że strasznie mi się dostało od taty kazanie. Ale zasłużyłam bo zawsze mi tłumaczył, że jest tam niebezpiecznie i mogę chodzić tylko po brzegu. Na szczęście wszystko szczęśliwie się skończyło i nic nikomu się nie stało :)
    mail: dagmara.michalska@buziaczek.pl

    OdpowiedzUsuń
  5. Ostatnio trafiła mi się dość nieprzyjemna sytuacja, która mogła skończyć się tragicznie...
    Szłam z koleżanką oddać krew do wyznaczonego punktu. Akurat dziwnym trafem poszłyśmy inną, niż zawsze drogą, która prowadziła obok przedszkola. Wiadomo, poranna godzina, chcieliśmy zrobić to jak najszybciej, aby nie czekać później w kilometrowych kolejkach. Przed nami szła młoda kobieta z córeczką. Tak na oko 4-5 lat. One i my rozmawiałyśmy na swój temat. Znajdowały się kilkanaście kroków przed nami. I nagle kobieta się do nas odwraca, trzymając córkę za rękę. Pierwszy raz widziałam na żywo takie przerażenie. Zaczęła wołać o pomoc bo jej dziecko się dusi.
    Pierwsza reakcja? Rzuciłyśmy wszystko co mieliśmy pod ręką i biegiem do dziewczynki, która robiła się powoli sina. Koleżanka wyciągnęła telefon, aby zadzwonić po pogotowie, a ja złapałam od tyłu małą. Automatycznie pochyliłam ją do przodu, żeby miała głowę lekko w dół i zaczęłam mocno klepać ją po plecach. Po kilku klepnięciach w końcu wypluła jakiegoś żelka. Odwróciłam dziewczynkę, żeby zobaczyć czy już wszystko w porządku, a kiedy zobaczyłam, że jej twarz przybiera normalną barwę, odetchnęłam z ulgą.
    Jej mama wzięła córkę na rękach i aż się popłakała. Odwołaliśmy karetkę, mówiąc, że już wszystko jest w porządku.
    Kobieta nie przestawała nam dziękować. Adrenalina powoli opadała, ale ręce nadal mi się trzęsły.
    Nigdy nie zapomnę tego co się tam zdarzyło. No i gdy kiedyś będę miała dzieci, nigdy nie dostaną żelki :<
    Pozdrawiam
    mail: sprociak@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Uratować życie, to raczej nie uratowałam, ale umiałam w szoku po potrąceniu rowerzystki powiadomić wszystkie potrzebne służby i udzielić jej pomocy. Pamiętam jak dziś 15 maj tego roku miałam jechać na zakupy do "Brico" , aby kupić niezbędne przedmioty potrzebne do postawienia altanki w ogrodzie ok. 15:50 wyjeżdżając z podporządkowanej oślepiona słońcem wymusiłam pierwszeństwo na rowerzystce. O dziwo nie spanikowałam Uruchomił się we mnie "automat": Pogotowie - policja - udzielenie pomocy poszkodowanej. Pogotowie przybyło na miejsce w 3 minuty i udzielili pani fachowej pomocy. Przeżycie straszne. Zawsze zastanawiałam się jak zachowałabym się w takiej sytuacji, teraz już wiem. Pani już się dobrze miewa i bardzo cieszę się że nie miała jakichś większych obrażeń. Ja teraz muszę ponieść konsekwencję swojego czynu i poniosę bo jestem winna. a pani "poszkodowanej" - Krysi życzę jeszcze długich lat życia.

    OdpowiedzUsuń
  7. Pamiętna data 16 marca, dzień moich imienin, akurat wracałam samochodem do domu z zakupów. Włączyłam kierunkowskaz i zaczęłam skręcać w lewo już na swoje podwórko i nagle odrzuciło samochód na prawo, usłyszałam huk i zgrzyt. Już wiedziałam. Pewna pani postanowiła mnie wyprzedzać, pomimo, ze widziała mój kierunkowskaz. Wysiadłam z samochodu i byłam w szoku i stałam na poboczu. W przeciągu 10 minut zatrzymał się tylko jeden kierowca i zapytał co się stało, czy ma udzielić pomocy, czy ma zadzwonić na policję. Kilkanaście samochodów przejechało, kilkunastu kierowców nie zareagowało i były to nawet osoby znajome! Nie potrzebowałam ratunku fizycznego, niezbędne było mi wsparcie psychiczne, zderzenie minęło o włos lewe drzwi po stronie kierowcy. Ktoś chyba i tak nade mną czuwał...

    email: iza380@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
  8. To tak. Zacznę od tego, że stronę polubiłam (praktycznie wszędzie).
    Dziękuję za możliwość wzięcia udziału. Niestety nie powiem, czyje przeżycia opisałam. Pozostanie to sekretem. Gorzko-słodką tajemnicą. Mój E-mail to: martek24@op.pl
    Z wyrazami szacunku, Marta Kopeć
    a o to tekst:
    To był błąd, licząc na to, że wszystko mi się należy. To był błąd, sadząc, że powiedzie się bez przeszkód. Jak można było być tak bezczelnym? Tak dziecinnym i niedojrzałym. Kiedy wreszcie się otrząsnęłam, dostrzegłam, że moje dłonie są puste. Przepełnione tyko sypiącą się z nich goryczą. W moim sercu, w moim sercu, w moim sercu – rodził się ból. Ogromny, nad którym nie potrafiłam zapanować. Chciałam krzyczeć, płakać i mścić się nad tym, kto uczynił mi krzywdę. Jak mogło do tego dojść? Zaciskałam zęby, zamknęłam oczy, z których spływały łzy. Jak? Jak mogło do tego dojść?
    Tyle lat, żyłam w niewiedzy. Okłamywana przez własną rodzinę. Poniżana, upokarzana, znosiłam częste kłótnie. Z biegiem czasu, dostrzegam, że nie była to normalna relacja. Burzliwa, toksyczna. Czy miłość w niej była zakamuflowana? Czy ona w ogóle tam kiedyś istniała? Jeżeli wyzbyłam się wrażliwości, nie... nie wrażliwości, zdolności do okazywania emocji... to czy znaczy, że wyniosłam to z domu? Z domu strachów? Nie nauczono mnie prawdziwej miłości. To było złudne. Iluzja. Wszyscy przepełnieni tylko natchnieniem do zdobywania pieniędzy, kosztem innych. Tak, tylko papierki się liczyły. Ach! Nie można było się zbuntować, chcieć działać rozważnie i sprawiedliwie. Wymagali kłamstwa, wymagali oszustwa. Nie uznawano cnoty i honoru.
    Moje usta, moje usta, moje usta gryzły poduszkę, kiedy tej nocy płakałam, tłumiąc głos. Słyszałam zaś inne, które wyrzekły się mnie. Własna rodzina postawiła mnie na straconą pozycję. Dlaczego? Dlaczego do tego doszło? Zostałam bez niczego. Wyrzucona na bruk. Nie otrzymałam pomocy od nikogo.
    W mojej głowie, w mojej głowie, w mojej głowie roił się plan zniszczenia. Destrukcji. Wszystko przepadło. Nagle straciło sens. To bolało. Nikt nie potrafił mi pomóc, nikt nawet nie chciał. Wszyscy przyjaciele odsunęli się od mnie. Przestano postrzegać mnie jako człowieka, pozbawiono mnie człowieczeństwa. Zerwano ze mnie tę skórę, odziano mnie w... w plastik? Och, jakże mnie potraktowano, gorzej niż zwierzę.
    Dusiłam to w sobie, z nikim nie rozmawiałam. Przestałam. Nie mogli mi pomóc, nie chcieli. Nie mogłam sama sobie pomóc, nie chciałam. Chciałam! Chciałam! Czułam żal, że źle postąpiłam, ale tak naprawdę nie miałam ku temu powodu. Po prostu byłam zbyt dobra dla oprawców.
    - O Matko! - wystraszył się ksiądz w konfesjonale, słysząc moje słowa. Słysząc, gdy mówiłam, że czuję żal, że postąpiłam tak lekkomyślnie. Ja tylko się zbuntowałam, nie chcąc łamać prawa. Wytłumaczyłam mu wszystko. Nie wiedziałam, co robić – tej nocy, tej ciemnej i zimnej nocy, co prawda wrześniowej, ale zimnej. Zimnej... konflikt w domu narastał. Nie miałam pojęcia, co czynić. Gdzie się udać? Poprosiłam Boga o pomoc, a on wskazał mi inne drzwi. Zdałam się na niego, abym natchnął mnie odpowiednią decyzją. Sprawił, że zachciałam odfrunąć. Uciec z Hadesu, niczym Persefona. Inaczej koło by się zapętlało, a ja uzyskałam szansę na usamodzielnienie. Moja indywidualność nabrała innego znaczenia. Nie zjadłam tego owocu, tych pestek. Byłam roztropniejsza. Tak myślę. I nagle potem wszystko stało się łatwiejsze, idąc wraz z Bogiem za rękę, poczułam prawdziwą wolność. I chęć pójścia z Zim w każde miejsce, wierząc, że zaprowadzi mnie do najpiękniejszego miejsca.
    Tego dnia, nie czułam już żadnej nienawiści. Wybaczyłam tym, co uczynili mi krzywdę. Ból powoli odchodził, choć budziłam się często w nocy, chcąc cicho płakać, jak po strasznym koszmarze. Ale odżyłam i radziłam sobie lepiej. Otrzymałam siłę. Bóg uratował mnie, dzięki niezwyciężonej wierze w Niego. Wolna. Nie jestem przykuta kajdanami do głazu, nie muszę znosić zła. Uwolniłam się od straconej pozycji, pnąc się w górę. Pnąc się, jak Ares swoim rydwanem po zwycięstwo. Ale mnie bogowie greccy nie pomogli. Nie pomogli przyjaciele. Nie rodzina. Pomógł mi On.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Historia z życia ludzkiego, osoby która bardzo cierpiała, a mimo wszystko podniosła się ;)

      Usuń
  9. Historia, którą opiszę miała miejsce 13 lat temu - miałam wówczas 7 lat, ale takie historie chyba na zawsze zostają w pamięci, nawet w pamięci dziecka.
    Moja koleżanka z klasy, a zarazem niedaleka sąsiadka ma siostrę (nazwę ją Iza, ale nie jest to jej prawdziwe imię), 12 lat od nas starszą. Dziewczyna ta w wieku 16 lat uległa wypadkowi, wyniku którego wylądowała na wózku inwalidzkim. Na początku nie było jej łatwo, ale z czasem odzyskała chęć do życia i starała się, na ile to było możliwe, żyć jak normalna nastolatka. Rodzina ta należała raczej do ubogich, mieszkali w starym, drewnianym domu,podzielonym na dwie części - mieszkalną i gospodarczą, gdzie znajdował się strych, piwnica, spiżarnia i coś na kształt szopy. Byli jednak zawsze życzliwymi ludźmi, chętnymi do pomocy, z nikim nie wdającymi się w żadne konflikty, a to, że byli ubodzy wcale im nie ubliżało - w domu zawsze było czysto, dzieci zadbane. Często u nich bywałam, bo bardzo lubiłyśmy się z moją koleżanką (i dalej lubimy:) ). Rodzice dziewcząt obydwoje pracowali, po wypadku starszej córki było im trudniej, ale zawsze znalazł się ktoś do pomocy - dziadkowie dziewcząt, siostra matki i rodzeństwo ojca, a nawet sąsiedzi. Ja też chętnie przebywałam z Izą, bo sama nie mam starszego rodzeństwa, a ona, wówczas 19 letnia była jedyną osobą w takim wieku w moim otoczeniu, a na dodatek była bardzo życzliwa i pomocna.
    Pech chciał, że czerwcu 2002, Iza akurat przebywała sama w domu, kiedy rozpętała się burza. Drewniane domy są zawsze narażone na niebezpieczeństwo pożaru w czasie burzy. W tym przypadku, piorun uderzył w stare drzewo stojące tuż przy domu, drzewo się zapaliło i spadło na dom. Szczęściem było, że jeden z przytomnie myślących sąsiadów bez dłuższego zastanawiania się wybiegł i wyciągnął przykutą do wózka Izę.
    Na szczęście, zniszczenia dotknęły tylko tej niemieszkalnej części domu, ogień nie zdążył się rozprzestrzenić, sytuacja została szybko opanowana, a dzięki sąsiadom zniszczenia zostały odbudowane. Warto mieć przy sobie życzliwych ludzi, którzy czasem z narażeniem własnego życia ratują je innym.
    Ani ja, ani moja koleżanka nie widziałyśmy tego wydarzenia na własne oczy, ale mnie na zawsze już pozostanie w pamięci. Być może też z tego powodu, panicznie boję się burzy.

    agat_a156@interia.pl

    OdpowiedzUsuń
  10. - Andrzej ... co się dzieje ...?
    - Słyszysz mnie ...?
    - Otwórz oczy ... oddychaj ... oddychaj...
    - Pogotowie ...?
    - Mój mąż nagle stracił przytomność, proszę mi pomóc, ul. Wiosenna 12.
    - Oddychaj ... nie odchodź ... oddychaj ... błagam ... wróć do mnie...
    - Raz ... dwa ... trzy ... cztery........... trzydzieści uciśnięć klatki piersiowej i dwa oddechy ... klasyczny masaż serca, moja książkowa reanimacja i walka z czasem ... Podjechała erka na sygnale. Lekarz z pogotowia odsunął mnie od Ciebie i rozpoczął swoją profesjonalną reanimację. Wstrzyknął dożylnie adrenalinę i zastosował defibrylację. Przerażona stałam obok nieruchomo i nie ogarniałam tego, co się wokół mnie działo. Przecież musiałeś wrócić do żywych. Wiedziałam o tym. Nie czułam zapachu rumianku, który podobno jest zapachem śmierci. Jak przez mgłę usłyszałam głos lekarza:
    - mamy go, serce zaczyna pracować. Gdyby nie masaż serca, który pani wcześniej zastosowała nie uratowalibyśmy go. To rozległy zawał serca, ale dzięki pani żyje. Zabieramy go na kardiologię, stan jest ciężki, ale już stabilny. Zdarzył się cud! Dopiero teraz moje piekące oczy odblokowały potoki łez szczęścia. A więc żyjesz mój ukochany i będziesz żył i razem będziemy żyć ... w zgodzie i szczęściu ... jak dotąd ...
    Anula
    mail: aginter@poczta.onet.eu

    OdpowiedzUsuń
  11. Co prawda, miałam nie brać udziału w konkursie, bo wydawało mi się, że zadanie będzie dla mnie zbyt trudne, a zawsze miałam problem z doborem odpowiednich słów. No ale strasznie ciekawi mnie fenomen tej książki i jak już przeczytałam pytanie, jakieś 30 sekund temu, od razu przed oczami pojawił mi się obraz sprzed 15 (chyba jakoś tak?) lat. Byłam wtedy jeszcze dzieckiem, nie ma co się oszukiwać. I już jako trzylatka byłam prawie seniorem w przedszkolu. Mama posłała mnie tam bowiem, gdy ledwo skończyłam roczek. Nie dość, że musiałam tam iść dwa lata wcześniej, to i każdego dnia pojawiałam się około trzech godzin przed innymi dziećmi.Tak to jest, gdy każdy w rodzinie jest zabiegany i musisz wstawać o świcie, by zdążyli Cię odstawić do żłobka przed pracą. Nie mówiąc już o momentach, gdy właśnie jako taki brzdąc, byłam zmuszana do spędzania nocy samotnie w mieszkaniu, gdy mama z kolei miała zmianę nocną. No ale się nie będę rozwodziła, bo nie o tym miałam mówić.Tak więc, wracając już do przedszkola, pewnego dnia miałam indywidualną pracę z panią, która uczyła mnie matematyki (dodawanie, odejmowanie, jak widać od zawsze towarzyszyły mi liczby, czy to w przedszkolu, czy teraz, kończąc liceum matematyczne). Jednak popełniłam ogromny (tak mi się wtedy wydawało) błąd i pani kazała mi iść do szufladki i zetrzeć w danym punkcie wynik. Niestety, byłam wtedy nieśmiałą, skromną dziewczynką, z nikim nie rozmawiałam i w momencie, gdy nie mogłam znaleźć gumki, zamiast poprosić kogoś o pomoc, stwierdziłam, że gdy potrę kciukiem, to ołówek na pewno zejdzie. Niestety tak się nie stało, a mój żołądek zawiązał się w supeł, bo jak tu powiedzieć pani, że mam dziurkę w ćwiczeniach? Usiadłam na podłodze, gotowa się rozpłakać, aż tu nagle owa nauczycielka mnie zawołała. Biorąc pod uwagę mój stres, te trzy metry, które byłam zmuszona pokonać, okazały się najdłuższym dystansem jaki kiedykolwiek musiałam przejść. Brakowało mi tylko kroku, gdy usłyszałam swoje imię. Jakie było moje szczęście, gdy zobaczyłam w drzwiach kuzynkę, która miała mnie odebrać. I tak jak zawsze wszyscy musieli mnie ganiać, bym w końcu wyszła z przedszkola, tak tego dnia rzuciłam książeczkę w kąt i wybiegłam jako pierwsza. Ten dzień zapisał mi się w pamięci i chociaż minęło już naście lat, ja nigdy, nikomu o tym nie powiedziałam, aż do dzisiaj, chociaż teraz z nostalgią wspominam tamte dni. ;)
    Mail: Martynasp4@op.pl

    OdpowiedzUsuń
  12. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  13. Istnieje na świecie osoba, którą od najmłodszych lat źle oceniałam, błędnie postrzegałam jej postępowanie wobec mnie, w nieodpowiedni sposób odczytywałam dobre intencje. Ona widziała we mnie przyjaciela, bliskiego człowieka, a ja nie potrafiłam tego docenić. Dopiero po wielu latach dotarło do mnie, jak wielki skarb mam obok - siostrę, która w każdej sytuacji była (jest) w stanie skoczyć za mną w ogień. Dziękuję losowi, że postawił na mojej drodze przeszkody, zesłał przeciwności i trudności, bo dzięki nim przekonałam się, kto jest moim prawdziwym przyjacielem. Opowiem od początku...
    Siostra jest ode mnie starsza o pięć lat. Od dzieciństwa nie dogadywałyśmy się, nie potrafiłyśmy znaleźć wspólnego języka - teraz wiem, że z mojej winy. Ona próbowała się mną opiekować, pomagać, doradzać w różnych sprawach, a ja odbierałam to zupełnie inaczej - oskarżałam ją o nadopiekuńczość, wtrącanie się w moje życie. Buntowałam się przeciwko temu, a ona to tolerowała. Czasami w ramach zemsty za nadgorliwe interesowanie się moją osobą, podsłuchiwałam jej prywatne rozmowy ze znajomymi, podkradałam kosmetyki i ubrania, odzywałam się niekulturalnie. Teraz wiem, że z mojej strony była to podłość. Jako starsza siostra, chciała się mną zająć, przestrzec przed różnymi zagrożeniami, podzielić się doświadczeniami. Ona chciała, abyśmy były prawdziwymi siostrami. Wielokrotnie próbowała się ze mną porozumieć, pogodzić, a ja odpychałam próby pojednania. Teraz, na przestrzeni wielu lat, uświadomiłam sobie, że chyba trochę z nią rywalizowałam o zawładnięcie uczuciami rodziców.
    Wszystko zmieniło się w jednym momencie, kiedy...
    Kilka lat temu znalazłam się na zakręcie życiowym. Nie zauważyłam znaków ostrzegawczych, które postawiła siostra, na mojej drodze. Próbowała mnie przestrzec, powstrzymać przed popełnieniem ogromnego błędu. Nie posłuchałam jej. Po raz kolejny uznałam, że się wymądrza i uważa się za lepszą ode mnie. Teraz tego żałuję. Potknęłam się o własną dumę, zabłądziłam, pogubiłam się. Podążyłam nie tą ścieżką, co powinnam. Podjęłam bardzo złą decyzję. Przez to, straciłam wiele. Nie mogłam sobie spojrzeć w twarz. Życie bardzo mnie doświadczyło. Znalazłam się w dołku.
    Związałam się z człowiekiem, który nie wiedział, co to szacunek. On, dzień po dniu, przez kilka miesięcy upokarzał mnie, dawał mi odczuć, że niewiele dla niego znaczę. Karmił mnie fałszywą miłością i toksycznym uczuciem, a one wyniszczały mnie od środka. Byłam zakochana bez pamięci i błędnie zaślepiona. Kochałam człowieka, który mnie krzywdził. W końcu zrozumiałam, że nie mogę tak dalej żyć. Postanowiłam zamknąć ten rozdział i zacząć wszystko od nowa. Odeszłam od niego.
    Niestety, trudne doświadczenia i przykre wspomnienia odznaczyły ślad na mojej psychice. Popadłam w depresję. Nie potrafiłam zapomnieć o bolesnej przeszłości. Nie wychodziłam z domu, bo bałam się, że spotkam go na ulicy. Zamknęłam się w sobie, odizolowałam od ludzi. Stałam się milcząca, niedostępna i nieufna. Wielokrotnie brałam w ręce telefon - chciałam zadzwonić do mojej siostry i poprosić ją, by do mnie przyjechała i mnie przytuliła, jednak nie miałam na to sił, i po prostu... wstydziłam się przyznać do porażki. Zostałam więc sama, osamotniona, bez nikogo. Pewnego dnia ktoś zapukał do drzwi mego domu. Z wielkim wysiłkiem podniosłam się z łóżka, podążyłam w stronę drzwi, otworzyłam je i zobaczyłam ją. Weszła do środka i bez słowa przytuliła mnie. Ona wyciągnęła do mnie pomocną dłoń. Ta, której w dzieciństwie uprzykszałam życie. Nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. To ona pomogła mi pokonać depresję. Była przy mnie, wspierała, otaczała troską, opieką i miłością. Dała mi nadzieję na lepsze jutro. Okazała mi serce, choć na to nie zasługiwałam. Czuwała nade mną niczym Anioł Stróż. To właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że moje postępowanie wobec niej było okropne. W końcu ujrzałam w niej człowieka, bratnią duszę, przyjaciółkę, siostrę.
    To Ona mnie ocaliła.
    W Niej znalazłam ocalenie.

    anetakasza28944@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  14. Od dziecka wydawało mi się, a w zasadzie byłam pewna, że za bardzo się wyróżniam.. Jednak wszystko zaczęło się w podstawówce, kiedy byłam wyśmiewana i poniżana. Przyczyną był mój wygląd, ale także fakt, iż zamiast spędzać czas przed " oknem na świat " którym był telewizor czy komputer wolałam poczytać. Obelgi od dzieciaków znosiłam w milczeniu - nigdy nie mówię, że coś mnie boli, lub potrzebuję pomocy - cały smutek wylewałam nocami w poduszkę, gdy rodzina spała.
    W gimnazjum było co prawda lepiej, wyrosłam, straciłam zbędne kilogramy, nikt mi nie ubliżał.. Ludzie odeszli, lecz blizny pozostały. Od tamtej pory czułam ogromną niechęć do wszystkich otaczających mnie osób, nie ufałam prawie nikomu, jak tylko mogłam zamykałam się w moim raju, miejscu przepełnionym książkami oraz bohaterami, którzy dodawali ..i do dzisiaj dodają siły i wiary.
    Z obrzydzeniem spoglądałam w lustro, mając w głowie te wszystkie przykre słowa z przeszłości. Nienawidziłam siebie i swojego ciała.
    Na początku przestałam jeść śniadania, później kolacje, aż w końcu ograniczyłam posiłki do minimum. Straciłam sporo na wadze, wszystkie ubrania były na mnie za duże, przez co czułam się w nich jak w workach na śmieci, co nie poprawiało sytuacji.
    Wtedy spotkałam Marcina.. spędzaliśmy ze sobą dużo czasy, ale nigdy o nic nie pytał, czekał aż sama zdobędę się na szczerość, jednak każdego dnia obserwowałam jak się o mnie martwi. Nie mogłam znieść tego, że najpierw oni zniszczyli mnie a teraz ja zniszczę prawdopodobnie jedyną osobę, której na mnie zależy. Nie było to łatwe, jednak opowiedziałam mu o wszystkim, licząć na wsparcie i zrozumienie. Chłopak nie krył zaskoczenia, przecież pamiętał mnie z czasów gimnazjum, kiedy wyglądałam jak każda nastolatka. Nie mógł zrozumieć, jak to możliwe, że znosiłam to wszystko sama.. obiecał, że to się nigdy nie powtórzy. Po długich namowach zgodziłam się na wizytę u specjalisty. Lekarz stwierdził, że gdybym zwlekała z wizytą jeszcze kilka miesięcy... byłoby nie ciekawie.
    Na dzień dzisiejszy czuję się świetnie. Wyróżniam się, ponieważ jestem wyjątkowa.. każdy z nas jest niezwykły ! Mam wspaniałych przyjaciół, chłopaka i rodzinę.. mogę śmiało powiedzieć, ze jestem szczęściarą.. długo to trwało, ale wreszcie zrozumiałam.
    A wszystko zawdzięczam Jemu. :)
    Mój rycerz w lśniącej zbroi zjawił się w samą porę.

    Pozdrawiam wieczorową porą.
    Klaudia
    Email : klaudia1144@interia.pl

    OdpowiedzUsuń
  15. Historia, którą Wam opowiem, przydarzyła się mojej koleżance. Będę pisać z jej perspektywy. Może się wydać nieprawdopodobna, ale to wydarzyło się naprawdę. Poprosiłam koleżankę o zgodę, ponieważ tą historią chciałam Wam także coś przekazać. Czasem jest tak, że coś złego musi się wydarzyć, by potem zdarzyło się coś dobrego :)
    (Jednocześnie jest to praca na konkurs :3)

    Mieszkam w małym miasteczku w okolicach Warszawy. I mam bardzo kochającego chłopaka, który zwie się Marcin.
    Chodzimy ze sobą od pół roku. Marcin jest kochający, troskliwy, pomocny, czuły - jednym słowem ideał. Jego wygląd też jest niczego sobie - krótkie, czarne włosy, niebieskie oczy, szczupła sylwetka. Mam świadomość tego, że jestem ogromną szczęściarą.
    Pewnego dnia, kiedy wracałam ze szkoły, dostałam wiadomość od Marcina, że jest chory i nie może dzisiaj wypaść ze mną do kina, tak jak byliśmy umówieni. Zrobiło mi się go szkoda, ale w końcu postanowiłam pójść i go odwiedzić.
    Kiedy zapukałam do drzwi, Marcin otworzył mi osobiście. Weszłam do środka. Razem ulokowaliśmy się na kanapie i zaczęliśmy rozmawiać. Nawet nie był zaskoczony tym, że go odwiedziłam. Przegadaliśmy z godzinę, kiedy on wyszedł do łazienki. Poszłam na górę do jego pokoju. Bardzo lubiłam tam przebywać. Wtedy mój wzrok spoczął na jego pikającym telefonie. Przyszła wiadomość. A ja ją bezczelnie odczytałam.
    Nie zdradzę jej treści, ale powiem, że była dość jednoznaczna. I pochodziła od innej dziewczyny. Nie zastanawiałam się. Odłożyłam telefon i wybiegłam z jego domu jeszcze zanim Marcin wyszedł z łazienki.
    Padał deszcz. A ja biegłam przez ciemne, zamazane ulice. Zdecydowałam się skorzystać ze skrótu, z którego nikt nie korzystał. Pobiegłam w tamtą stronę, nie zwalniając ani na chwilę. I nagle przez szum deszczu usłyszałam jęki. Zamarłam, zaskoczona i zatrzymałam się.
    Stękania dochodziły zza wielkiego kontenera na śmieci. Kiedy tam zajrzałam, zszokowana zobaczyłam starszego mężczyznę, który ledwo przyromny opierał się o śmietnik w kałuży własnej krwi. Widziałam siniaki na jego twarzy, rozcięcia na rękach i poszarpane ubrania.
    Przeklęłam cicho. Było jasne, że ktoś go napadł. Nie myśląc ani chwilę, podeszłam do niego i pomogłam mu wstać. Jednocześnie drugą ręką wyjęłam telefon i zadzwoniłam na pogotowie. Nie znałam się zbyt dobrze na pierwszej pomocy, dlatego tylko położyłam go na chodniku przy głównej ulicy i przerażona zaczęłam się głośno modlić.
    Karetka nadjechała po kilku minutach. Dwóch mężczyzn wzięło delikatnie starca i ułożyło na noszach, a do mnie podeszła lekarka, pytając dokładnie co się wydarzyło.
    Patrzyłam w strumieniach deszczu, jak karetka odjeżdża w stronę szpitala. I rozpłakałam się.
    Następnego dnia poszłam do najbliższego szpitala w okolicy i zapytałam o tego starszego człowieka. Recepcjonistka zaprowadziła mnie do ordynatora. Powiedziała tylko:
    - W samą porę zadzwoniłaś, kochanie.
    I to mi wystarczyło. Łzy ulgi popłynęły po moich policzkach, zapisując na nich tę część historii mojego życia.

    E-mail: alyss.green.sp6@vip.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  16. Idąc zimową porą z randki spotkał bezdomnego. Ten zmarznięty, trochę podchmielony, opowiedział mu historię swojego życia.
    Miał żonę, syna, dobra pracę. Wszystko zaczęło się walić, gdy spotkał kumpla z dzieciństwa. Razem zaczęli imprezować, pić. Przestał wracać na noc do domu, wpadł w nałóg alkoholowy.
    Żona cierpliwie czekała, swoją miłością chciała pokonać przeszkody i wszystko naprawić. Czarę goryczy przelała podniesiona po pijanemu ręka, raz i drugi. Trzeciego już nie było... wyrzuciła go i od tej pory tułał się, pijąc dla zabicia głosu sumienia i tlącej się jeszcze miłości do rodziny.
    Latem było fajnie, spanie pod gwiazdami, na ławce, picie do późna. Zimy były ciężkie, przemarznięty organizm nie dawał spokoju, a w przytułkach przecież nie wolno pić.
    Bezdomny opowiadał ciekawie, a z oczu wyczytać można było smutek i inteligencję. Tak poruszyła chłopaka ta historia, że postanowił mu pomóc. Przyniósł mu jedzenie, ubrania, wyrobił nowy dowód osobisty, załatwił leczenie i ciepłe mieszkanie.
    Na jednej z wizyt u lekarza okazało się, że ów bezdomny jest ciężko chory. Biedak płakał, zarzekał się, że przestanie pić, wiedział bowiem, że inaczej umrze. Mówił, że chciałby godnie przeżyć ten czas, który mu został, a może leczenie odwróciłoby jego los.
    Nie pił dopóki była zima i nie miał gdzie iść. Nadeszła wiosna, a wraz z nią nowy pociąg do alkoholu. Pomocny chłopak w wyrazie "wdzięczności" usłyszał mnóstwo przekleństw i zarzut wtrącania się w nie swoje sprawy.
    Jak widać czasem nie warto pomagać, bo niektórzy mimo, że ocalenie przychodzi w ostatniej chwili, potrafią je odrzucić.
    Piszę o tym, bo bardzo kibicowałam temu człowiekowi. Naiwnie wierzyłam, że jest na tyle silny i wytrwa w walce o lepsze jutro. Nie do końca winię go za to jak postąpił, bo nie mam pojęcia o takim życiu, a nałóg niestety jest nałogiem. Jednak zostało rozgoryczenie i żal, nie tylko mój, ale przede wszystkim tego chłopaka, który wyciągnął pomocną dłoń.

    molek414@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  17. Nawet nie planowałam udziału w tym konkursie, ale po tym, co wydarzyło mi się ostatnio uznałam, że warto jest spróbować. Historia, która przydarzyła mi się w sobotę z jednej strony sprawiła, że zwątpiłam w ludzi i w to, że warto jest im pomagać, a z drugiej strony pozwoliła mi wierzyć, że wszędzie są jakieś anioły, które nad nami czuwają.
    Byłam w klubie, bo przyjaciółka obchodziła urodziny i razem z grupką osób, z którymi mamy naprawdę dobry kontakt wybrałyśmy się, aby jakoś inaczej uczcić ten dzień - zabawić się, wypić co nieco, potańczyć i spędzić razem czas. Wybrałyśmy miejsce, w którym zawsze jest masa ludzi - pozwala to na nieco anonimowości, co akurat dla mnie jest dość ważną kwestią. Tłok co nie miara, osób leżących na podłodze czy gdzieś na zewnątrz (pomimo niskiej temperatury!) też sporo, ogólnie widać było, że niektórzy aż za dobrze się bawili. W końcu jakaś grupka smarkul (zastanawiałam się później, czemu weszły, skoro na pierwszy rzut oka było widać, że pełnoletnie to one nie są) wymyśliły zabawę, w której podchodziło się od tyłu do jakiejś osoby i za kołnierz wlewało alkohol czy drinka. Spotkało to i mnie, dlatego mocno zdenerwowana udałam się do toalety, by zobaczyć co i jak. Nie było tam podziału na toalety damskie i męskie, więc kiedy weszłam, to od razu rzucił mi się w oczy leżący na ziemi mężczyzna. W pierwszej chwili go minęłam, bo pomyślałam, że pewnie pijany tak jak wielu innych, ale chwilę później się cofnęłam, bo głupio mi się zrobiło, że w ten sposób oceniłam człowieka, nawet go nie znając. Alkoholem nie śmierdział, jednak był nieprzytomny, dlatego mocno się przestraszyłam i zadzwoniłam po przyjaciółkę, by przyleciała do mnie, a sama zajęłam się przypominaniem podstawowych zasad udzielania pierwszej pomocy. Gdy chciałam rozpiąć temu mężczyźnie kurtkę, nagle się przebudził... i jak nie zaczął na mnie krzyczeć, że jestem złodziejką! Przyznaję, zatkało mnie. Nawet mi coś takiego nie przeszło przez głowę, bo i kto normalny widząc kogoś, kto potrzebuje pomocy, myśli o kradzieży? Pan jak się nie zerwał z podłogi i jak nie zaczął na mnie krzyczeć! Jako że nie należę do zbytnio wygadanych osób, to dość wcięło mnie i nieporadnie próbowałam wytłumaczyć, że leżał nieprzytomny, że chciałam mu pomóc, itd. Jednym słowem byłam spanikowana, już łzy krokodyle w oczach... a on mnie trzasnął w brzuch, tak że się zwinęłam... Wycelował idealnie w przeponę, nie mogłam wziąć oddechu i czułam wręcz, że coś naprawdę jest nie tak i że to robi się zbyt poważne. Oczywiście jeszcze większa panika, nie byłam w stanie chwycić telefonu i wybrać jakiegokolwiek numeru, miły pan też się ulotnił. Na całe szczęście przyszedł wtedy ochroniarz, bo zerknął akurat na monitoring z kamer i zobaczył, co się dzieje. Nie wiem, co by się stało, gdyby wtedy nie przyszedł - może bym się udusiła, może zaraz by mi przeszło - w każdym razie jednak wierzę, że tak miało być. Pewnie jest nikła możliwość, by ten pan to przeczytał, ale mogę Wam powiedzieć, że jestem mu naprawdę wdzięczna - jednak na tym świecie są jeszcze prawdziwi ludzie.

    elaluczkow@gmail.com

    OdpowiedzUsuń

Zaglądaj, czytaj, przegryzaj moje słowa, ale wychodząc, zostaw po sobie niezatarty ślad swojej obecności...