poniedziałek, 3 kwietnia 2017

KONKURS: To była prawdziwa katastrofa!

Kochani,

Przychodzę do Was z konkursem, w którym można wygrać książkę ''Mów mi katastrofa'' Magdaleny Wali [recenzja-klik]

Zadanie konkursowe:

Opisz jakieś ciekawe wydarzenie ze swojego życia, zaczynając od zadania: To była prawdziwa katastrofa...
 
Spośród wszystkich wypowiedzi wybiorę jed, moim zdaniem najciekawszą.
 
    ___

Będzie mi miło, jeśli:

- zostaniesz obserwatorem mojego
bloga
- zostaniem obserwatorem mojego profilu w Google +
  - polubisz fanpage mojego bloga na Facebooku
- udostępnisz informacje o moim konkursie


Do dzieła!!! Naprawdę warto!


   Regulamin:
1. Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga: LITERACKI ŚWIAT CYRYSI
2. Sponsorem nagrody jest wydawnictwo Czwarta Strona.
3. Aby wziąć udział w konkursie należy odpowiedzieć opisać jakieś ciekawe wydarzenie ze swojego życia, zaczynając od zdania: To była prawdziwa katastrofa...
4. Konkurs trwa od 3 kwietnia 2017 roku do 8 kwietnia 2017 roku do godz. 23.59
5. Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi 10 kwietnia 2017 roku.
6. Nagrodą jest egzemplarz ''Mów mi katastrofa'' Magdaleny Wali.
7. W konkursie mogą brać udział osoby posiadające blogi oraz anonimowy uczestnicy.
8. Konkurs skierowany do osób posiadających adres zamieszkania w Polsce.
9. Ze zwycięzcą skontaktuję się drogą mailową o ile zapoda swój adres mailowy w poście konkursowym. W przeciwnym razie w ciągu 7 dni laureat musi sam się ze mną skontaktować. Po upływie tego czasu nagroda przepada.
10. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)

19 komentarzy:

  1. To była prawdziwa katastrofa, gdy zamierzałam wywrzeć wrażenie na pewnym jegomościu!
    Pewnego mroźnego, śnieżnego przedpołudnia, gdy mróz skrzypiał pod butami, a ulica pokryta była gładką pokrywą lodową, jak zwykle czekałam na swój PKS. Ponieważ było mi niewyobrażalnie zimno, moje dłonie skostniały, a rzęsy pokryły się szronem, postanowiłam wejść na kilka minut do sklepu znajdującego się po przeciwnej stronie ulicy. Gdy zbliżała się godzina odjazdu mojego autobusu wyszłam ze sklepu i spostrzegłam na przystanku niebywale przystojnego chłopaka. Postaniwiłam zwrócić na siebie jego uwagę i z gracją przejść przez ulicę. Niestety panująca aura nie działała na moją korzyść, gdyż stawiając zgrabne i powabne kroczki, nagle na samym środku oblodzonej jezdni moje stopy straciły przyczepność i jak długa upadłam na plecy. Mając świadomość, iż jestem obserwowana przez oczekujących na autobus - w tym "mojego" przystojniaka - postanowiłam szybko naprawić kompromitującą sytuację i natychmiast podnieść się z ulicy. Podrywając się na nogi po raz kolejny straciłam grunt pod stopami i w rozpaczliwej próbie utrzymania równowagi po raz kolejny upadłam (tym razem na twarz! ) z dodatkowym efektem wizualnym w postaci nieskoordynowanego wymachiwania rękoma! Na domiar złego, leżąc twarzą w miękkim śniegu, usłyszałam nadjeżdżający samochód. W panice na czworakach!!! zaczęłam opuszczać ulicę - zdążyłam. Gdy minął strach poczułam ogromne zawstydzenie i zażenowanie. Nie miałam odwagi unieś wzroku, by spojrzeć na kogokolwiek. Tak - mów mi katastrofa!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Życzę powodzenia, bo książka wydaje się być naprawdę dobra i ja już czekam na swój egzemplarz :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny konkurs,muszę pomyśleć nad odpowiedzią na zadanie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. poowdzenia!
    Pozdrawiam i zapraszam na nowy post http://polecam-goodbook.blogspot.com/2017/04/ojciec-chrzestny-zaproszenie-na-film.html

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo ciekawy konkurs! :) Nagroda jest świetna:)
    Muszę się zastanowić nad odpowiedzią, a kto wie, może spróbuję swoich sił:)

    OdpowiedzUsuń
  6. To była prawdziwa katastrofa!
    Pewnego słonecznego, wręcz upalnego dnia czekała mnie wyprawa na zajęcia terenowe, które odbywały się pod Warszawą. Nie przepadałam nigdy za takimi wyprawami, ale chcąc mieć zaliczone zajęcia trzeba było zacisnąć zęby i pasa i pojechać. Już sam dojazd na rzeczone miejsce można nazwać masakrą. Po pierwsze nie dojeżdżał tam żaden autobus, ŻADEN! Owszem, jeździł jeden podmiejski, ale tak rzadko, że nawet nie opłacało się myśleć o czekaniu na niego. Umówiłam się z ludźmi z grupy na przystanku i tyle ile dało radę podjechaliśmy nim. A resztę postanowiliśmy pokonać na piechotę. To nie był dobry pomysł. Zwłaszcza, że na tę wyprawę założyłam kalosze. W panującym ukropie na dworze po kilku krokach moje nogi miały dość. Jednak jakoś dałam radę w nich doczłapać na miejsce zbiórki. Najgorsze miało dopiero nadejść. Zajęcia były podzielone na dwie części - jedna polegała na wyprawie do lasu i zadaniach z tym związanych, a druga była wręcz spokojna i "sympatyczna", bo polegała na łapaniu dżdżownic i liczeniu ich. Zostaliśmy podzieleni na dwie grupy, żeby nie wchodzić sobie w drogę i akurat moja grupa zaczynała wyprawę od spacerku. Taaa, toż to był maraton. Dwie prowadzące, które szły na czele naszej grupy nadały takie tempo, że po kilku minutach, ledwo łapałam oddech. W pewnym momencie doszliśmy do potoku, no inaczej się tego nazwać nie da. Każdy miał za zadanie wziąć rozbieg i przeskoczyć go. Łatwe, prawda? Dla mnie tylko tak wyglądało. Gdy przyszła moja kolej, wzięła rozbieg i skoczyłam... jednak źle oceniłam odległość i zamiast wylądować na drugim brzegu, ja wylądowałam w samym potoku... Woda zalała mi spodnie i wlała się do kaloszy, co pogorszyło jeszcze stan moich już tragicznych stóp. Koleżanka pożyczyła mi chusteczkę, lecz na niewiele się ona zdała. Dobrze, że było gorąco to przynajmniej szybko wyschłam. Kiedy ta część zajęć się zakończyła udaliśmy się na przerwę. Ja marzyłam jedynie o zdjęciu tych przeklętych kaloszy. Wzięłam na zmianę buty, ale kiedy tylko usiadłam to stwierdziłam, że nawet jeśli udałoby mi się zdjąć kalosze to potem już żadnych innych butów nie byłabym w stanie włożyć. Zostałam więc w kaloszach. Kiedy wieczorem wróciłam do domu, mój tata widząc w jakim jestem stanie, z lekka się przeraził. Moje nogi były tak poharatane, że nawet nie próbowałam zdjąć kaloszy, po prostu padłam na łóżko i tyle. Po chwili to jemu udało się uwolnić mnie z tej niewoli a gdy ujrzałam swoje zakrwawione nogi aż mnie zamurowało. I byłam dumna z siebie w ogóle wytrzymałam cały dzień w tych przeklętych kaloszach, w których moje nogi czuły się dosłownie jak w puszce ;) Taka chodząca ze mną katastrofa :P

    OdpowiedzUsuń
  7. To była prawdziwa katastrofa,gdy z koleżankami chciałam poprawić jakość swoich pięknych blond włosów.Na nocnym dyżurze robiłyśmy eksperymenty z farbowaniem włosów na inny kolor.Był ro 1981,farb do włosów zero na półkach sklepowych,a apetyt na piękno rozbujany w serduchach u młodych dziewcząt.Dlatego też korzystałyśmy z tego co było pod ręką.Pioktanina/środek do odkażania ran?przetrzymany za włosach zbyt długo zabarwił mój złoty blond na ciemny granat.Ponieważ wtedy nie farbowało się włosów na wszelkie kolory tęczy ,a mycie i płukanie nie zmywało cudnego granatu,wróciłam z dyżuru w czapce na uszach mimo,że był to upalny lipiec.Potem.....lepiej nie mówić jak wyglądała walka z włosami i przeklętą Pioktaniną! Pioktaniną!To była katastrofa w kolorze niewybuchowego granatu!
    jolunia559@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  8. To była prawdziwa katastrofa budowlana. Niby nic nie mogło pójść źle. Modułowe ściany, gotowy dach, wszystko na wymiar, doskonale do siebie dopasowane, wystarczyło połączyć. Jedna ściana, druga, trzecia, czwarta, dach... Parę kroków w tył, by zobaczyć efekt i... wszystko runęło. Dach się zapadł, ciągnąc za sobą ściany. Powoli, ściana po ścianie, podnoszenie i budowanie na nowo. Efekt ten sam. Po kilku takich próbach z gotowych ścian zostały tylko cegły.
    Tak oto budowaliśmy szopkę z piernika na konkurs do przedszkola. Dziecko poddać się nie chciało, szopka została jakoś zbudowana, choć zdecydowanie odbiegała od wersji pierwotnej. Wygrać się nie udało, na szczęście dla dziecka nie była to katastrofa ;)

    katarzyna.boron@outlook.com

    OdpowiedzUsuń
  9. To była prawdziwa katastrofa! Żyję, chociaż jeszcze przed chwilą umarłam ze wstydu. Gdybym wyszła od wujostwa 1-2 minuty wcześniej, albo 1-2 minuty później. Gdybym... No, ale wyszłam akurat tak, że gdy dochodziłam do przystanku, mój autobus właśnie odjeżdżał. Na następny mogłam liczyć najwcześniej za dwadzieścia, trzydzieści minut. Na dworze minus dziesięć stopni, a sąsiedztwo parku o tej porze dnia i roku nie należało do najbezpieczniejszych. Zdesperowana zaczęłam biec za autobusem i machać rozpaczliwie. Kierowca zauważył mnie. Autobus zatrzymał się kilka metrów za przystankiem w miejscu, gdzie usypana była wyjątkowo okazała hałda. Drzwi pojazdu znalazły się dokładnie przy niej. Dobiegłam zdyszana i z niemałym trudem wdrapałam się na śliski, biały kopiec. Walczyłam o utrzymanie równowagi i z góry wpatrywałam się w zamknięte drzwi. Nie otwierały się.
    Cholera! Zacięły się? Żeby mi tylko kierowca nie zechciał odjechać.
    M u s i a ł a m dostać się do wnętrza. Pochyliłam się i na tyle, na ile to było możliwe naparłam na przeklęte drzwi dokładnie w chwili, gdy one niespodziewanie otworzyły się. Straciłam równowagę i głową w dół wleciałam do środka.
    W autobusie znajdowało się niewielu pasażerów. Na pomoście, na trasie mojego „lotu”, stało trzech podchmielonych panów. Jeden z nich skierowany był przodem do otwierających się drzwi. Lecąc z góry trafiłam go głową prosto w okazały „mięsień” - piwny, ma się rozumieć. Próbowałam rozpaczliwie uchwycić się czegoś, więc instynktownie złapałam to, co było w zasięgu – rękami objęłam jego nogi. Zaatakowany pijaczek broniąc się przed upadkiem chciał zrobić krok w tył, ale jego nogi trzymały silne kleszcze moich rąk. Próbując utrzymać równowagę, ręce rozrzucił na boki, roztrącając swoich kumpli. Mimo usilnych starań równowagi nie utrzymał – runął na wznak, a ja na niego.
    Jeden z odepchniętych zatoczył się i usiadł w kącie na podłodze, drugi z impetem poleciał na przeciwległą ścianę i plecami uderzył w okno. Powalony pijaczek leżał na wznak z moją twarzą na swoim podbrzuszu.
    Ale obciach!!!
    Najszybciej jak to było możliwe, stanęłam na własnych nogach. Zaś chłop, którego osobiście powaliłam, czy to na skutek wypitego alkoholu, szoku, czy uderzenia, nie podnosił się. Pomogli mu koledzy, gdy się pozbierali i ochłonęli z wrażenia.
    O rety!!! A jeśli coś mu się stało?
    Jeden z towarzyszących mu kompanów przyłoży swoją rękę do jego zbitego brzucha i wykonał ruch jakby go chciał pogłaskać. A może pomasować? To go rozsierdziło. Szarpnął się i szpetnie zabluźnił. Reakcja dość typowa, adekwatna do sytuacji.
    Ufff!!! –może nie jest z nim źle?
    Spojrzałam na ludzi. Jeszcze ten i ów próbował pohamować śmiech, inni chichotali odważnie. Ktoś kto przeoczył widowisko próbował dowiedzieć się co się stało, ale już po chwili słychać było w autobusie jeden wielki rechot.

    mirabialkowska@op.pl


    OdpowiedzUsuń
  10. Jestem osobą, która całe swoje dotychczasowe życie spędziła w jeansach. No, może i były niewielkie wyjątki od tej reguły - w końcu na własny ślub trochę nie wypada iść w czymś innym niż biała suknia. Generalnie: spódnice, sukienki, to dla mnie teren dziewiczy niemalże i niezbadany, dlatego rzadko się w niego zapuszczam.
    W ubiegłym roku byłam w trójce klasowej u syna, który kończył gimnazjum, więc często bywałam na uroczystościach szkolnych. Inne mamy zwykle przybywały w wystrojone w galowe sukienki, szpileczki, prosto od fryzjera i kosmetyczki. Cóż, ja oczywiście w spodniach, tylko w wersji bardziej odświętnej - nie jeansowych :) Nadeszła wreszcie końcówka roku i wielkimi krokami zbliżało się rozdanie świadectw, na której również być musiałam, jako członek szkolnej wspólnoty. Powzięłam niezwykłe postanowienie, niezwykłe jak dla mnie, oczywiście: będę odświętna, sukienkowa, makijażowa i w ogóle... Niezła rewolucja!
    Wystroiłam się. Sukienka. Buty na obcasie. Fryzura. Makijaż... oczywiście w biegu, bo już nie było czasu, po drodze kwiaty, upominki, itd., rzut oka w lustro - wszystko ok., no to do samochodu i w drogę.
    W szkole znajome pełne podziwu, choć niepewnymi głosami, że nie poznały mnie w tym "przebraniu". Upał, chyba z 30 stopni, sala gimnastyczna pełna - znacie te klimaty? Emocje - obie córki świadectwa z paskiem, więc odebrałam listy gratulacyjne od pani dyrektor (jakoś tak dziwnie na mnie patrzy podczas tych gratulacji, a może mi się tylko wydaje...). Wreszcie koniec, wracam do domu.
    Idę do łazienki zmyć makijaż... Patrzę w lustro na twarz...O rany! Nie pomalowałam rzęs! A musicie wiedzieć, ze rzęsy mam umalowane ZAWSZE. Są tak jasne, że gdy ich nie umaluję, wyglądam jak... kura: totalnie bez-rzęsowe oczy. Więc sumując: poszłam do szkoły wystrojona, z makijażem o niewidocznych rzęsach, a na dodatek dumna, że tak się odstrzeliłam... I tak sukces zamienił się w totalną katastrofę...

    OdpowiedzUsuń
  11. To była prawdziwa katastrofa!
    Nigdy nie zapomnę tej historii, kiedy moja mam wróciła z operacji woreczka do domu! Ponieważ musiała odpoczywać, to położyła się w pokoju, a to mnie przypadło jakże odpowiedzialne zadanie zrobienia obiadu! Z uwagi, że był to lipiec, więc sezon letni zaplanowałam leczo!
    Wszystko sobie idealnie przygotowałam! Warzywa i kiełbasa pokrojone w kostkę, każde w oddzielny naczynku tylko czekały na wrzucenie do garczka i gotowanie! Na początek zeszklić na odrobinie oleju cebulkę wraz z czosnkiem! Więc nastawiłam w rondlu olej, żeby się rozgrzał, ale chcąc zamienić jeszcze parę słów z mamą zajrzałam do jej pokoju, zupełnie zapominając o tym, że przecież grzeje mi się olej! Kiedy weszłam do kuchni płomienie nad rondlem sięgały niemal okapu!
    Jak to zwykle ja w takiej sytuacji zupełnie zaczęłam panikować! Krzyczałam: Pomocy, pali się! I wierzcie, że naprawdę nie wiedziałam, co mam robić! Na szczęście jedyną rzeczą jaka krążyła mi w głowie to to, że nie można gasić oleju wodą! W tym amoku próbowałam dmuchać, żeby ugasić pożar, ale skutek był totalnie odwrotny, bo tylko buchnął czarny dym!
    Całą sytuację uratowała moja siostra, która z typowym dla siebie spokojem wbiegła do kuchni i nakryła rondel pokrywką, a później zebrała go z kuchni i wyniosła przed dom!
    Co gorsza cała sytuacja miała miejsce jakiś tydzień po tym, jak rodzice odremontowali kuchnie i wymienili w niej meble! Niewiele brakło, żebym od razu wszystko spaliła! Na szczęście sytuacje uratowała moja siostra! I jedynymi szkodami był strach, którego „najadła” się cała rodzina, no i oczywiście nie obeszło się bez ponownego malowania!
    Od tej pory leczo w domu tylko jem! Nigdy już nie zabieram się za jego przyrządzanie! Myślę, że to jest bezpieczne rozwiązanie dla wszystkich!

    OdpowiedzUsuń
  12. To była prawdziwa katastrofa dla sześciolatki, której podobał się kolega z grupy. Rzecz, działa się bardzo, bardzo dawno temu, w sumie już 18 lat temu. Za kilkoma blokami, kilkoma drzewami i obok placu zabaw. W pewnym krakowskim przedszkolu, do którego chodziła opisywana tutaj sześciolatka - oczywiście mam na myśli siebie. Historia działa się bardzo, bardzo dawno, ale nigdy jej nie zapomnę. Wtedy to była dla mnie prawdziwa katastrofa, a dzisiaj za każdym razem, gdy o niej pomyślę śmieje się przez 5 minut. W mojej grupie był pewien chłopak, a raczej chłopczyk. Miał na imię Kacper. Wtedy bardzo, ale to bardzo mi się podobał. Wszystkie dziewczynki za nim szalały, między innymi ja. Pewnego dnia, wpadłam na szalony pomysł, że trzeba mu jakoś powiedzieć o swojej sympatii, bo przecież babcia wiele razy mi powtarzała, że nie powinno się ukrywać tego, że się kogoś kocha. A przecież, ja Kacpra bardzo kochałam! Dlatego postanowiłam zaryzykować. Przez połowę dnia, przyglądałam się mu jak rysował, a później bawił się z kolegami. Ja też rysowałam - laurkę dla niego. Tak chciałam mu pokazać, że jestem w nim zakochana. Poświęciłam rysunkowi cały poranek, aż do obiadu. Byłam zadowolona z efektu i pewna, że mu się podoba. Wszystko miałam zrobić po obiedzie. I tak właśnie miałam plan. Podejść. Dać obrazek i powiedzieć o wszystkim. Po zjedzonym obiedzie, kiedy oglądał z innymi chłopcami rysunki podeszłam do niego, trzymając za sobą laurkę. Uważnie słuchałam, jak rozmawiają. I wtedy Kacper pokazał swój rysunek. Koledzy powiedzieli mu, że jego żyrafa nie jest ładna... Ale ja podeszłam powiedziałam mu, że mi się bardzo podoba, przybliżyłam się do niego i pocałowałam go w policzek. I co później zrobiłam? Zgadnij! Uciekłam do łazienki i zamknęłam się w jednej z kabin. Wystraszona i jak mi się wtedy wydawało, skompromitowana siedziałam tam do momentu, aż ktoś się nie zorientował, że mnie nie ma. Znalazł mnie wtedy mój najlepszy przyjaciel Przemek. Siedziałam zapłakana, a Panie z przedszkola nie wiedziały, co się stało. Dla sześciolatki było o wiele za dużo. Na dodatek moja wielka miłość zachowywała się tak, jakby nic się nie stało. Nawet nie przejął się tym, że zniknęłam. Zauważył to tylko mój przyjaciel, z którym bawiłam się codziennie. Wieczorem, kiedy już ochłonęłam opowiedziałam mamie o swojej prawdziwej katastrofie, a mojego przyszłego, jak mi się jeszcze rano wydawało męża nazwałam ''Plawdziwą katastlofą''. Mama do dziś się śmieje z swoich słów. Ja także. Ale wtedy te 18 lat temu dla sześciolatki, to była prawdziwa katastrofa.
    inessa.orchidea@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  13. To była prawdziwa katastrofa...moja pierwsza poważna randka! Tata kupił nam wreszcie komputer, gdy chodziłam do szkoły średniej, podłączył internet i za jego pośrednictwem, na gg poznałam pewnego chłopaka. Byłam zafascynowana faktem, że rzeczywiście można umówić się z kimś z wirtualnego świata i do tego taki zbieg okoliczności, bo oboje mieliśmy dość blisko do tego samego miasta. Byłam autentycznie przejęta tą randką! Skupiłam się na swoim wyglądzie, nie na szczegółowym planem spotkania. I już na początku doznałam lekkiego szoku, bo ja ubrałam się kobieco i elegancko (sukienka, szpilki, torebeczka), a on przyszedł w brudnych jeansach i sportowej bluzie. Myślałam, że zabierze mnie do kawiarni czy choćby przytulnego baru, gdzie można będzie coś zjeść, bo ze stresu prawie nic nie wzięłam do ust przez cały dzień! On natomiast zaproponował spacer wzdłuż Wisły...no dobra - pomyślałam - przynajmniej porozmawiamy. Nie musiałam się wysilać w rozmowie...opowiedział mi o całej swojej rodzinie, wszystkich kolegach, ich dziewczynach (obecnych i byłych) i wszystko udokumentował chyba setką zdjęć w telefonie. Gdy już przebrnęliśmy ten "wieczorek zapoznawczy" nagle zmienił temat: "Ładnie wyglądasz - zlustrował mnie od stóp do głowy - noooo...masz czym oddychać! - dłużej zatrzymał się na piersiach". Co za bezpośredniość! Za to bardzo uprzejmie ignorował dźwięk burczenia mi w brzuchu...do czasu.
    "No wiesz, studenci to nigdy kasy nie mają. Od tygodnia jem ryż z sałatą. Chyba wzięłaś portfel, bo tu niedaleko jest budka z kebabem, to byśmy coś zjedli?" O.o
    "Kebaba? Przecież pisałeś mi na gg, że jesteś wegetarianinem"
    "Jestem, ale gdy żołądek pusty nie wybrzydzam"
    "A rosół lubisz?"
    "Uwielbiam! A myślisz, że sprzedają w tej budce?" - nie wyczuł ironii w moim głosie ;) (Lubił też dostawać prezenty pod choinkę, choć twierdził, że jest ateistą i regularnie ćwiczył na siłowni, choć powiedział, że hantle to takie żeglarskie piosenki!)
    A więc tak...nakarmiłam go, dałam się wygadać, nawet popodziwiał sobie chłopaczek moje kształty. W zamian otrzymałam odciski od szpilek, ból głowy od setki zdjęć nic nie obchodzących mnie obcych ludzi i całkowity brak zaufania do internetowych znajomości ;)
    Pozdrawiam!
    obliczarozy@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  14. Życzę wszystkim powodzenia! ;)

    OdpowiedzUsuń

Zaglądaj, czytaj, przegryzaj moje słowa, ale wychodząc, zostaw po sobie niezatarty ślad swojej obecności...