sobota, 15 lipca 2017

KONKURS: Droga nad... przepaścią

Moi Drodzy,

Mam dla Was do wygrania 3 egzemplarze książki ''Droga nad rzeką'' Jayne Ann Krentz [recenzja - KLIK
 

Zadanie konkursowe:

Opisz niebezpieczną sytuację (ku przestrodze), jaka przytrafiła się Tobie, bądź Twojemu znajomemu, lub członkowi rodziny.
 
 Najciekawsze (moim zdaniem) historie zostaną nagrodzone egzemplarzami książki ''Droga nad rzeką'' Jayne Ann Krentz.

 __

Będzie mi miło, jeśli:

- zostaniesz obserwatorem mojego
bloga
- zostaniem obserwatorem mojego profilu w Google +
- polubisz FP wydawnictwa Amber 
- udostępnisz informacje o moim konkursie


Do dzieła!!! Naprawdę warto!


   Regulamin:
1. Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga: LITERACKI ŚWIAT CYRYSI
2. Sponsorem nagrody jest wydawnictwo Amber.
3. Aby wziąć udział w konkursie należy opisać niebezpieczną sytuację, których uczestnikiem bądź świadkiem był sam autor komentarza.
4. Konkurs trwa od 15 lipca 2017 roku do 20  lipca 2017 roku do godz. 23.59
5. Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi 23 lipca 2017 roku.
6. Nagrodą są 3x
''Droga nad rzeką'' Jayne Ann Krentz.
7. W konkursie mogą brać udział osoby posiadające blogi oraz anonimowy uczestnicy.
8. Konkurs skierowany do osób posiadających adres zamieszkania w Polsce.
9. Ze zwycięzcą skontaktuję się drogą mailową.
10. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)

22 komentarze:

  1. To działo się jakieś 14 lat temu. Mój brat Marcin miał 4 lata. Tego dnia bardzo prosił aby ktoś przewiózł go rowerem. Wujek zgodził się. Przed jazdą powiedział Marcinowi aby nie wkładał nóg w szprychy. Nie powiedział jednak dlaczego. Marcin postanowił to sprawdzić. Tego dnia wrócił z przejażdżki z pękniętą kością.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakiś miesiąc temu razem z koleżanką postanowiłyśmy udać się na spacer do lasu do starej gawry, którą niedźwiedzie nie używały już od lat. Bardzo często w tym miejscu można było spotkać zamiast niedźwiedzia lisa lub nawet wilka. Mogłyśmy dotrzeć tam z dwóch stron – od góry, czyli od tyłu gawry oraz od dołu, czyli od przodu gawry. Na początku miałyśmy iść od góry prosto z młodnika, ale po głębszym zastanowieniu wolałyśmy najpierw iść pod górę, a później w dół niż odwrotnie. Więc wyruszyłyśmy od dołu – ze składu. Całą drogę jak przystało na kobiety gadałyśmy i byłyśmy względnie dość głośno. Po zbliżeniu się do starego drzewa, w którym umiejscowiona była gawra spostrzegłyśmy coś w niej – jakiś zarys pysku, więc postanowiłyśmy się zbliżyć i zrobić „temu czemuś” zdjęcie. Nagle owo coś postanowiło wyjść gdy byłyśmy już dość blisko, ale nie był to ani lis, ani nawet wilk. A niedźwiedź – stary samiec, który postanowił zamieszkać w nieużywanej gawrze. Ukazał nam się stojąc do nas bokiem w całej swej okazałości. A nam krew zamarzła w żyłach. Nagle obrócił się w naszą stronę jakby chciał na nas ruszyć. W tym momencie zadziałał na nas instynkt samozachowawczy. Na początku powoli wycofywałyśmy się do tyłu, a następnie zrobiłyśmy przysłowiowy obrót na pięcie i zaczęłyśmy zwiewać ile sił w nogach na dół. Niedźwiedź na nasze szczęście nie pogonił za nami – był już stary i osowiały i jak mniemam chciał nas tylko odstraszyć ze swojego terytorium. W tamtym momencie byłyśmy jednocześnie przerażone i wdzięczne Bogu, za to, że po pierwsze natrafiłyśmy na starego samca a nie na niedźwiedzicę z młodymi, a po drugie, za to, że jednak poszłyśmy od dołu i niedźwiedź miał możliwość usłyszenia i zobaczenia nas – nie chcę myśleć co by było gdybyśmy naszły na gawrę od tyłu i spróbowały pozaglądać do środka. Do dzisiaj na samą myśl aż mnie ciarki przechodzą, tym bardziej, że w górę przed niedźwiedziem nie uciekniesz, a w dół nadal masz jakaś szansę.

    Mariola Zofia Laura Marszałek

    OdpowiedzUsuń
  3. Historia pierwsza
    Znajomi moich rodziców mają 3 córki i 2 lata temu urodził się im wyczekiwany syn.
    5 miesięcy temu przez okno zobaczyliśmy lecący helikopter ratunkowy... malec wsadził rączkę w maszynkę do mielenia mięsa.. 😣 Przetransportowali go do szpitala razem z nią i dwulatek stracił dwa paluszki. Aż mi się płakać chce jak go widuję. Serce staje w piersi...

    Historia druga
    7 lat temu wydarzyła się ogromną katastrofa o której mówiono we wszystkich wiadomościach i zginęło bardzo wiele ludzi. Pociąg się wykoleił czy coś takiego miałam wtedy 8 lat.
    Siostra mojej przyjaciółki miała jechać tym pociągiem, kupiła wcześniej bilet i najprawdopodobniej by do niego wsiadła, ale los sprawił, że się spóźniła... Mogła zginąć, ale się spóźniła.

    Trzecia historia
    Moja siostra cioteczna ma 23 lata i czekałam rok temu na autobus. Wtedy na przystanek podjechał tir, a mężczyzna z niego zaproponował jej nie moralną propozycję. Nagle zauważyła podjeżdżający ku niej czarny samochód i zaczęła uciekać. Gonili ją do momentu gdy dziewczyna zauważyła jadący samochód sąsiadki i do niego szybko wsiadła... chcieli ja porwać! Na szczęście uciekła.

    Czwarta historia dotyczyła mnie. Chorowałam na anginę i cóż... nie brałam antybiotyku regularnie, a nawet o nim zapomniałam. Choroba przeszła na Wielkanoc. Jednak tydzień później ból gardła wrócił z podwójną siłą. Poszłam do lekarza, lecz dostałam tylko jakieś leki na alergie, której nie mam. Nie działy, więc brałam non stop przeciwbólowe.
    Na majówkę pojechaliśmy do cioci nad morze. Było zimno i wiał wiatr. Nie chciałam zawadzać więc szłam z rodzicami na plażę i na spacery po 10 km. Ból był niemiłosierny! Nie mogłam jeść, przełykać śliny, mówić! Wkońcu ciocia zabrała mnie do lekarza. Gdyby nie to... byłoby za mną krucho.
    Jeszcze tego samego dnia trafiłam do szpitala, bo jutro mogłoby być ZA PÓŹNO. Miałam ropniaka okołomigdałkowego, a gdyby on pękł mogłabym się udusić. Nieleczony prowadzi do sepsy i innych paskudztw. Czekałam tam 2 godziny... ale to nie wina szpitala po prostu ktoś miał mniej szczęścia ode mnie. Okazało się że mój lekarz prowadził bardzo skomplikowaną operację.
    Po tych 2 godzinach katorgi (boję się szpitali, zabiegów, krwi..), przyszedł do nas jakiś mężczyzna z bandażem na głowie i zakrawioną koszulką. Zaczął nam opowiadać, że to ON miał teraz tą operację... PRZYSZYWANO MU UCHO. Powiedział że jak wyszedł ze sklepu, rozpoczął bójkę i... mężczyzna z którym się bił odgryzł mu ucho. Myślałam, że padnę tam na zawał. Rozbiło mi się słabo, ale wkońcu lekarz przyszedł i naciął mi tego ropniaka... TAKŻE NAWET ZWYKŁY BÓL GARDŁA MOŻE ZABIĆ.

    To jest przestroga. Pilnujcie małe dzieci, nie zawsze spóźnienie jest źle, gdy widzicie że jest cis nie tak to uciekajcie, ból gardła może być groźny, a po bójce możesz wyjść bez ucha...

    (Juliasenator0909@gmail.com)

    OdpowiedzUsuń
  4. Moja opowieść zdarzyła się naprawdę i dzielę się nią z Wami, żeby naprawdę ostrzec przed niebezpieczeństwem czyhajacym w najmniej spodziewanym momencie...
    Dnia 9 kwietnia tego roku, jak co niedzielę po obiedzie wybraliśmy się na spacer całą rodziną (a że jadamy zazwyczaj u moich rodziców grono było całkiem spore). Mam 3-letniego syna, który kilkq dni wcześniej dostał od nas nowy rower biegowy. Miała to być pierwsza przejażdżka (aczkolwiek rok temu miał podobny rower, z ktorego wyrósł, więc nie był to dla syna nowy temat). Jeździł w koło krążąc w pobliżu nas z uśmiechniętą buzią od ucha do ucha (dosłownie). Zatrzymaliśmy się na moment na poboczu, ustępując miejsca przejezdzajacemu samochodowi i mieliśmy zamiar ruszyć dalej. Niestety podczas wsiadania na rower kierownica roweru niefortunnie obróciła się, co sprawiło, że Mały upadł. Cała sytuacja wyglądała całkiem niewinnie (wychodził z gorszych opresji nie raz - bez szwanku). Płacz niemiłosierny, wręcz krzyk syna...Pobiegłam szybko, pomogłam wstać,ale wrzask się nie kończył. Zauważyliśmy,że boli go ręka. Do domu nie szedł o wlasnych siłach, musieliśmy go nieść. W domu okazało się, że ręka w łokciu spuchła. Pędem na pogotowie, tqm rtg wykazało złamanie bardzo niespotykane blaszki w łokciu. Dostaliśmy pilne skierowanie do dziecięcego szpitala oddalonego o 50 km z zaznaczeniem, że praedopodobnie bedzie potrzebna operacja! Cali w nerwach, ja zapłakana pedzilismy ile fabryka dała, na miejscu kilka godzin czekania, ale okazało się, że będzie gips i kontrola za kilka dni u chirurga. Widmo operacji wisiało nad Małym równe 4 tygodnie. Każda wizyta u lekarza była wielką niewiadomą. Skończyło się na szczęście bez operacji, choć lekarze uznali to za cud niemal. I teraz najważniejsze: mały nie miał ani kasku, ani ochraniaczy... Oczywiście w szpitalu skłamalismy zaskoczeni pytaniem o to. Zaraz po zdjęciu gipsu kupiliśmy kask i kompet ochraniaczy. Od tego momentu synek nie rusza roweru bez kasku i ochraniaczy. Mało tego sam nauczył się i mając zamiar wsiąść na rower czy hulajnoge woła: "mama, ochronki!"
    Pamiętajcie drodzy rodzice, że komplet ochraniaczy i kask naprawde mocno chronią przed upadkiem. Nie chcę myśleć jak ta historia mogla się skończyć. I wolę nie dopuszczać do siebie mysli, że mogl uderzyć się np w głowę... Więc niech nasze nieszczęście będzie i dla Was przestrogą!

    OdpowiedzUsuń
  5. Moja siostra dzień przed maturą powiedziała mi rano: "pokłóciłam się z chłopakiem, ale jedziemy na motorze na wycieczkę". Popatrzyłam na nią i uśmiechnęłam się lekko, jednak ona dodała: "mam złe przeczucie. Będę dziś miała wypadek". Popatrzyłam na nią przestraszona i prosiłam żeby nie jechała. Jednak ona nie posłuchała mnie i wsiadła jako pasażer na motor swojego chłopaka. Po południu otrzymaliśmy telefon ze szpitala. Był wypadek motocyklowy, moja siostra trafiła do szpitala. Tata z mamą szybko pojechali do niej. Miała złamany obojczyk, siną poobijaną nogę. ALe żyłą, nie miała wielkich obrażeń. Jej chłopak miał tylko lekkei stłuczenia. Siostra odbiła się od kapliczki a jej głowa spoczęła kilka mm od ostrego płotku kapliczki. Do tej pory gdy widzę tą kapliczkę modlę się i mam ciarki an plecach. Gdy opatrzyli mojej siostrze rany i założyli gips, wypisała się ze szpitala na własne żądanie. A następnego dnia o 9 rano pisała mature - zdała ja :) warto zaufać swojemu przeczuciu czy tez intuicji i odpuścić czasem.
    Nela Radoń.

    OdpowiedzUsuń
  6. Miejscowość w której mieszkam otoczona jest rozległymi lasami.Któregoś wieczoru, gdy było już zupełnie ciemno, wracając samochodem, na środku drogi zobaczyłam leżącego chłopaka. Zaczęłam powoli hamować, zjechałam na pobocze aby go ominąć bo obawiałam się zatrzymać. Gdy chłopak zorientował się, że nie chcę się zatrzymać zerwał się z drogi, dołączył do niego drugi. Udało mi się odjechać lecz roztrzęsiona dotarłam do domu. Po opowiedzeniu sytuacji jaka mi się przytrafiła, usłyszałam, że to nie pierwsza taka próba zatrzymania samochodu i kiedyś jakiś kierowca został pobity i okradziony.

    OdpowiedzUsuń
  7. Działo się to ponad dziesięć lat temu, byłam nastolatką ale to wydarzenie i strach z tym związany tak się odbiły na mojej psychice, że pamiętam jakby to było wczoraj i myślę, że nie zapomnę o tym do końca życia. Do dzisiaj czuje smród spalenizny i duszący dym. Był środek nocy. Już dawno smacznie spałam kiedy usłyszałam walenie do drzwi. To nie było pukanie, ale dosłownie walenie z całych sił. Zdezorientowana usiadłam na łóżku nie wiedząc czy mi się to śni czy dzieje się na prawdę, ale znów to usłyszałam. Idąc do drzwi serce podeszło mi do gardła, a kiedy otworzyłam i zobaczyłam strażaków ubranych w swoje robocze kombinezony włącznie z kaskami na głowach i poczułam smród nie do opisania strach mnie sparaliżował. Pierwsza myśl- gdzie są rodzice, dlaczego się nie obudzili? Strażacy coś do mnie mówili ale nic mnie nie interesowało tylko ratowanie rodziców. Pobiegłam do ich pokoju i przerażona zobaczyłam, że śpią w najlepsze. Zaczęłam krzyczeć ale dopiero kiedy zaczęłam nimi szarpać przebudzili się zdezorientowani i prawdopodobnie już trochę otumanieni dymem. Reszta się działa jak w przyspieszonym tempie. Każdy chciał się uwolnić ze swoim mieszkań, wszyscy zaczęli panikować, na klatce zrobił się harmider, a najgorsze było to, że pożar rozprzestrzenił się na piętrze pod nami i dwa górne piętra włącznie z moim nie miały drogi ucieczki. Strażacy kazali nam się pochować na balkonach, żebyśmy mieli czym oddychać i obiecali, że nic nam nie będzie grozić bo sytuacja nie jest taka zła na jaką wygląda. Kiedy wyszliśmy na balkon zobaczyłam przerażonych sąsiadów a wśród nich kobietę w ciąży, która była tak spanikowana, że była gotowa przechodzić po barierce na balkon sąsiadów z klatki obok, z której to byłaby możliwa ucieczka na zewnątrz. Ktoś ją na szczęście powstrzymał, wszyscy zaufali strażakom ale do dzisiaj widzę jej determinację by ratować siebie i dziecko. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, jedynie przez dłuższy czas musieliśmy się obejść bez prądu i patrzeć na osmalone ściany klatki schodowej, którą zalewała woda po gaszeniu pożaru. Ale od tej pory przez bardzo długi czas budziłam się w nocy sprawdzając czy wszystko jest w porządku, czy nie czuć zapachu spalenizny. Do dzisiaj kiedy czuje taki zapach nawet z dworu przez okno chodzę po domu, otwieram drzwi wejściowe sprawdzając czy to nie u nas się pali.

    Ania / anka.m1985@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Agnieszka E. Rowka
    (obsrwuje jako Henio Sprawidliwy z konta meża ;) )

    Moja historia:
    Mąz podczas budowania kominka w naszym domku musiał diaksem ciąć cegły na wymiar. Bardzo uważał bo wie jak niebezpieczne moze to byc narzędzie. [Poza tym 2 lata wczesniej podczas czyszczenia urządzenia do robienia paszy dla świnek (pomagał teściowi) wciągnęło mu palec i zerało paznokieć łamiąc tym samym kosć paliczkową] No wiec tnie i sie kurzy jak sto nieszcześć na czerwoną. W pewnym momencie wpada do meszkania trzymajac sie za nogę - odbiło mu diaksa z rąk bo podczas ciecia cegły trafiło na jakiś kamień. Nura migusiem na izbę przyjęć. Najpierw zastrzyk przeciwężcowy a później przeswietlenie czy kosc cała i zszywanie. Co sie okazało podczas szycia? Że sciegno sobie nadciął. A nie wspomniałam, że rozciał pietę na wysokości, gdzie kończy się taki stndardowy but. Diaks przeciął ochronny but, taki spcjalny. No i mu zszyli to sciegno i założyli półgips na nogę od kolana po palce.
    Także jak widać, Mimo uwagi, mimo starania sie o bezpieczeństwo czasem coś pójdzie nie po naszej mysli i zonk. Jest problem i kłopot dla cłej rodziny.
    Musiałam patrzeć na ból na jego twarzy i zmieniać mu opatrunki. Dodatkową dawać mu zastrzyki z lekiem przeciwzakrzepowym (nie pamietam nazwy) Wybrał ich 12 bo dwóch ostatnich już nie chciał bo tak go bolało. No i te szwy na stopie i ta krew podczas obmywania rany sciakajaca do miski, brrr Straszne :( I pamiątka na całe życie w postaci blizny i prblem z dobraniem buta zeby nie uwierało. Może zgrubienie po szyciu operacyjnie usunać ale poddawać się kolejnych 3 miesiącom usztywnieniu nogi? powacac do przeszłosci? To juz woli tak jak jest. Mineło juz 6 lat a ściegno w ty miejscu nadal boli :(

    OdpowiedzUsuń
  9. A wiecie jak niebezpieczne jest zrywanie rzodkiewki? Poszlam w sobote z niemowlakiem w wozku zerwac rzodkiewke z warzywnika.. wracajac pchalam jedna reka wozek az nagle zablokowalo mi sie jedno kolo- wozek sie przekrecil a 3mies niemowlak wyturlal na trawe.. o zgrozo.. ile placzu bylo- i mojego i malucha:( Marta Bebnowicz:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Czy ja wiem czy to będzie niebezpieczne, pewnie tak ale skończyła się ona dość komicznie :) Pewnego dnia mój wujek kupił sobie motorynkę, bardzo podekscytowany, że będzie mógł na niej jeździć już nie umiał się doczekać, aż wybierze się w dłuższą trasę. Pech chciał, że w drodze do nas przebił sobie oponę, więc mój tata wziął się za naprawianie szkody. Gdy już załatał dziurę, włożył koło na miejsce, właśnie miał je przykręcać gdy mama go zawołała by w czymś jej pomógł. Wujek nie wiedząc że koło trzyma się tam tylko na słowo, z tego podekscytowania wziął motorynkę i rusza. Jakie było nasze zdziwienie gdy się okazało jak zobaczyliśmy przez okno że tylnie koło jedzie szybciej niż sam wujek na motorynce. Mój tata tylko krzyknął "Ja jeszcze tego koła nie przykręciłem". Na szczęście skończyło się to tylko zarysowaniami na cudnym motorku i wielkim śmiechem na wsi, gdyż pech chciał że prawie każdy sąsiad to widział. Przestroga jest taka że nie warto być w gorącej wodzie kąpanym, bo mimo że ta historia skończyła się na śmiechu to kolejnym razem może nie być tak zabawnie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Byłam młodą kobietą, ale że skończyłam 18 lat to czułam się dorosła i uważałam, że mogę sama o sobie decydować. Wybrałam się na imprezę z nowo poznanymi ludźmi. Nie wiedziałam o nich za wiele, poza tym, że lubią się bawić i że chętnie przyjmą mnie do swojego grona. W jedne z wakacji zrezygnowałam z nudnego spędzania czasu z przyjaciółką, z którą się trzymałam od dzieciństwa na rzecz imprezowania z nowo poznanymi znajomymi właśnie. Robiłam to chyba trochę na pokaz- chciałam udowodnić coś sobie a może innym? Dobrze wiedziałam co na ten temat mają do powiedzenia rodzice- oczywiście nie pozwoliliby mi pójść więc na przekór, nie przejmując się niczym, z satysfakcją, że nie mogą mi zabronić bo jestem już "dorosła" postanowiłam spędzić z tymi ludźmi niezapomnianą nocną imprezę za miastem. Znalazłam się w zupełnie obcym mieście na imprezie "pod chmurką", a po kilku godzinach okazało się, że moi wspaniali nowi znajomi gdzieś zniknęli zostawiając mnie kompletnie samą. Oczywiście wokół mnie było mnóstwo osób, ale żadna z nich nie umiała już ustać na nogach od nadmiaru alkoholu. Imprezę zakończyłam błądzeniem wśród ciemnych osiedli i uliczek w poszukiwaniu jakiegoś przystanku. Niestety okazało się, że znalazłam się w niezbyt dobrej dzielnicy i nie wiele czasu potrzeba było by ktoś mnie zaczepił. Przyczepiła się do mnie grupka pijanych dresiarzy, którzy zaczęli od słownych zaczepek a widząc mój strach stawali się coraz bardziej nachalni i agresywni. Przez chwilę strach mnie sparaliżował, ale na szczęście odzyskałam jasność myślenia i jakimś cudem udało mi się od nich uciec i uwolnić. Biegłam co sił w nogach nie oglądając się za siebie. Słyszałam tylko cichnące wyzwiska kierowanie do mnie. Noc spędziłam na dworcu autobusowym, który znalazłam dzięki pomocy sprzedawczyni z nocnego sklepu. I chociaż nic mi się wtedy nie stało to najadłam się strachu. Od tamtej pory jeśli już wybieram się na jakąś imprezę to tylko w gronie bliskich i zaufanych osób, w których towarzystwie czuje się bezpiecznie. I przede wszystkim nauczyłam się tego, że nic nie jest ważniejsze od wieloletniej przyjaźni- nawet jeśli kusi świeżością i obietnicą świetnej zabawy.

    Basia / basiakuba@onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  12. Moja przygoda zdarzyła się już parę dobrych lat temu. Nie była groźna w skutkach, skończyło się na strachu i bólu ręki, ale pokazuje jak nieuważni są niektórzy kierowcy.
    Szłam z siostrą do koleżanki. Ciepłe​ popołudnie, my zajęte rozmową. Przed nami most, który jednocześnie delikatnie zwęża drogę i auta jadące z jednej strony muszą ustąpić tym z drugiej. Akurat byłyśmy na środku owego mostu. Szłyśmy gęsiego by auta miały swobodny przejazd. Akurat nadjeżdżało jedno z naprzeciwka. Mimo że trzymałam się pobocza, ono przejechało tak, że obiło mi łokieć. I pojechało dalej nie przejmując się, czy nic mi się nie stało.
    Miałam też inne zdarzenie w rodzinie też z autem w roli głównej. Tyle, że tym razem finał nie był tak łagodny w skutkach. Tragedia. Jedno słowo wystarczy by to opisać, a wspomnienie o tym zdarzeniu wciąż jest bolesne mimo że zdarzyło się wiele lat temu. Mój kuzyn mając wtedy dwadzieścia kilka lat wracał właśnie z kolegą z ryb. To była taka ich pasja. Jechali maluchem. Wtedy takie auta były jeszcze powszechnie w użytku. Jechali przepisowo, ale to ich nie uchroniło. Pijany kierowca jadący większym autem i dużo szybciej w nich wjechał. Skasował doszczętnie. Zginęli obaj na miejscu. Młodzi, mający przed sobą całe życie. Cioci, by potwierdzić tożsamość dali łańcuszek kuzyna. To, co w całości pozostało. To, po czym można byłoby go rozpoznać. Po ciele nie dałoby rady...
    Natalia 552
    nataliak92@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  13. Moja szokujaca przygoda- a zarazem wiele mówiaca o tym jak zycie czasami potrafi zaskoczyc i ze człowiek zasługuje na druga szanse w zyciu- zaczeła sie gdy jechałąm z moim synem samochodem w słuzbowych sprawach w miejsce gdzie nigdy nie byłam i nikogo nie znałam. Czekajac przed przejazdem kolejowym jakis człowiek na rowerze pokazywał mi cos na samochodzie moim. wyszłam obejrzałam okazało sie ze dym mi idzie spod koła. ludzie rozni przechodzili, przejezdzali i nikt nie chciał mi pomoc ten mezczyzna widziałam ze sie spieszył ale powiedział ze mieszka niedaleko i moge podjechac tym samochodem to mi go obejrzy i zobaczy co sie stało. właczyło mi sie czerwone swiatło w głowie ze go nie znam ale nie maiałm innego wyjscia. w miedzyczasie zadzwoniłam po mojego tatae mówic co sie stało gdzie jestem i gdzie mnie w razie czego szukac. ten pan sprawdził wszystko i juz wiedział co sie stało zadzwoniłam znow do taty ktory kupil zepsuta czesc i jechał do nas. dzieliło nas przeszlo 50km wiec siedziałam z tym panem i rozmawiałam. zaczal mi sie zwierzac ze niedawno wyszedł z wiezienia za siedział tam za rozboje , napady, ze wyszedła za dobre sprawowanie i probuje sobie zycie od nowa ułozyc, ze ciezko mu odbudowac zaufanie u sasiadów i mieszkancow tej małej miejscowosci. Ja zaniemówiłam , zbladłam, siedziałam tam z nim sama z małym dzieckiem w obcym miejscu. widział ze zaniemówiłam- powiedział zebym sie nie bała ze nic mi nie zrobi ze chce mi tylko pomoc. zaczełam z nim rozmawiac czemu tak to jego zycie sie ułozyło . okazał sie bardzo miłym wrazliwym mezczyzna ktory zbaczył z własciwego toru.Ze pracuje u kogos i naprawia samochody i własnie tam jechal ze pewnie go zwolnia za spoznienie do pracy. zapytałam sie gdzie pracuje. okaząło sie ze zaraz za przejazdem kolejowym przed ktorym stałam.przyjechal tata , wziełam jego samochod i pojechałam z synem dalej a oni razem naprawili samochod. Po drodze zobaczyłam ten warsztat w ktorym pracuje ten człowiek, zatrzymałąm sie i powiedziałam włascicielowi co sie stało. zdziwil sie bardzo ale podziekował i powiedział ze nie wyciagnie konsekwenci.A ten mezczyzna ktory jako jedyny mi pomogł nic nie wział ode mnie ani od mojego taty - kazał czasami sie o niego pomodlic zeby mu sie udało ulozyc zycie dalej.
    Ala Dworak

    OdpowiedzUsuń
  14. Historia przerażająca, mrożąca krew w żyłach :) No może troszkę oszukuję, ale! Sami zobaczycie, że się przestraszycie. Otóż, moja babcia miała kiedyś regał z pięknymi kryształami. Tak, wiem, znacie już pewnie finał tej historii, ale poczekajcie, nie chcecie wiedzieć jak to się stało? Zatem wróćmy do regału :) Piękny regał z jeszcze piękniejszymi kryształami, ciekawe ile babcia zbierała swoja kolekcję? Przy regale w salonie (cały czas jesteśmy u babci) stała kanapa, na której często siadaliśmy z moim bratem ciotecznym, i chyba o jeden raz za dużo! Pamiętam tylko, że pogilgotałam brata w dupkę, on oparł się o regał i… sami wiecie co dalej było. Brzdęk, trach, bum i inne wszelkie odgłosy! Ta historia skończyłaby się w miarę ok, gdyby nie to, że ja przerażona uciekłam i zostawiłam młodego samego w pokoju, taki ze mnie Super Man… Spokojnie, na szczęście nic mu się nie stało. Do tej pory wspominamy tą przerażającą historię i piękne kryształy babci po których pozostały tylko wspomnienia. Oczywiście do tej pory z młodym zwalamy winę na siebie, przez kogo nie ma już kryształów. Przecież wiecie, że to jego wina? ;) HIHI

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  15. Historię znam z opowieści mamy, przydarzyła się jej kiedy była młodą dziewczyną zaraz po skończeniu liceum.
    Moja mama zaczęła policealną szkole pielęgniarską, a ze wybrała ja w mieście gdzie mieszkała nasza ciocia to właśnie u niej nocowała w tygodniu kody miała zajęcia.
    Pewnej takiej nocy, kiedy akurat była w domu sama, ponieważ ciocia była w pracy na nocnej zmianie obudziła ja w okolicy trzeciej leżąca sie w krainie woda, a gdy poszła do kuchni woda się nie lada, ale zlew był mokry...
    Mama opowiada, że obeszła dom dookoła ale nikogo nigdzie nie było.
    Sama mówi, że dzisiaj dziwi się sobie ze poszła, bo teraz by się bała.
    Kolejnego dnia po powrocie cioci do domu dowiedziała się ze w nocy syn cioci miał wypadek samochodowy w okolicy pierwszej godziny i zginął...
    Opowiadała mi to mama wiele razy i ciężko mi samej w tą historię uwierzyć, ale przecież nie ma powodów żeby zmyslac... a Jacek, syn ciotki rzeczywiście zginął nocą w wypadku samochodowym...

    OdpowiedzUsuń
  16. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  17. Wiele było różnych historii w moim życiu, takich, co później mówiłam, że to Anioł Stróż mnie ostrzegł albo uchronił, czasem w jakichś drobnostkach, a czasem w ważniejszych sprawach. Anioły odgrywają dla mnie ważną rolę, wierzę w ich istnienie oraz w to, że mój Anioł Stróż nade mną czuwa i każdego dnia opiekuje się mną, bo to często odczuwam. Gdy zmarła moja Kochana Babcia, z którą mieszkałam, to tego dnia znajoma powiedziała mi, że teraz mam swojego Anioła w niebie i tak właśnie jest. I w te pamiętne wakacje na pewno stanął on na mojej drodze oraz na drodze mojej rodziny. Myślę, że było to w czasie pożaru, który kilka lat temu wydarzył się w naszym gospodarstwie. Było to lato, sobotnie gorące popołudnie i odpust w naszej parafii, na który się też pod wieczór wszyscy wybieraliśmy i gdzie właśnie tam, przy kościele na cmentarzu, od roku spoczywała moja śp. Babcia. Mamy pole przy samym domu i trwały u nas żniwa, ale tego dnia byliśmy już w domu, sprzątaliśmy do południa i nie mieliśmy już maszyn na polu. Siedzieliśmy w kuchni, byliśmy właśnie po obiedzie i ja jakoś tak poszłam do pokoju, nie wiadomo po co, po prostu coś mnie tam zaciągnęło (może to Babcia tak mnie ostrzegła?), a tam z okna dojrzałam wielką łunę ognia zaraz za naszym płotem. Paliło się zboże na naszym polu!, a było bardzo sucho i ogień był też bardzo blisko naszego domu. Szybko krzyknęłam rodzicom co się dzieje i oni przerażeni zaraz tam pobiegli, a później rozpoczęła akcja gaszenia, przyjechały straże i przybiegli ludzie z pobliska do pomocy. Baliśmy się, żeby nie zaczęło palić się nasze gospodarstwo i tata walczył w ogniu, aby go od niego odsunąć i jakoś szczęśliwie udało się nas uchronić. Spaliło się tylko dużo zboża, a ogień już prawie dochodził do lasu, ale w końcu został ugaszony. Wszyscy płakaliśmy i bardzo przeżyliśmy to wydarzenie, bo nie zostało nam na polu prawie nic, ale jednak, co najważniejsze, ocaleliśmy my i nasz dobytek. Do dziś nie wiemy, od czego powstał ten pożar, bo nie było tam naszego sprzętu. Stało się to przy wiejskiej drodze i może jak mijały się jakieś pojazdy, których dużo jeździło przez żniwa, padła jakaś iskra od nich lub nieświadomie rzucił ktoś niedopałek papierosa i zaczęło się palić...? Tamtego roku mieliśmy dużo strat na polu, ale także bardzo dużo szczęścia w tym nieszczęściu i myślę, że to Anioł Babci tak nas uchronił, że pokierował mnie bym w porę dostrzegła palący się ogień, że byliśmy w tym czasie w domu, bo później my i sąsiedzi mieliśmy jechać na odpust, to moglibyśmy nie mieć już do czego wrócić. Myślę również, że Anioł Babci ocalił nasz dom i dlatego nic nam się nie stało. Także Anioły są na pewno obecne w moim życiu, czuwają przy mnie i mi towarzyszą. Wielu znajomych pomogło nam też w tym nieszczęściu, więc myślę, że przyjaciele, których mamy to też tacy nasi Aniołowie i zgadzam się z tym powiedzeniem, że "Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, gdy nasze skrzydła zapomniały jak latać". A ku przestrodze powiem, że trzeba być uważnym co się robi, bo nieświadomy gest, może zmienić czyjeś życie...
    e-mail: beatakandzia@gmail.com
    Udostępniam w Google+
    Lubie i obserwuję jako Beata Kandzia

    OdpowiedzUsuń

Zaglądaj, czytaj, przegryzaj moje słowa, ale wychodząc, zostaw po sobie niezatarty ślad swojej obecności...