sobota, 26 maja 2018

KONKURS: ŻYCZĘ CI MAMO...

Moi Drodzy,

Dziś jest Dzień Matki. Zrób mamie niespodziankę i zamieść życzenia na łamach mojego bloga wyjątkowe życzenia z okazji jej święta. Mile widziane też Wasze zdjęcia ukochanych mam :)

Trzy najciekawsze teksty zostaną nagrodzony egzemplarzami książki ,,Cała w fiołkach'' Agnieszki Olejnik. 

Zgłoszenia proszę przysyłać na maila: kryniame@wp.pl wraz z dopiskiem:

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych celem ogłoszenia wyników konkursu tj. podanie mojego imienia, nazwiska w przypadku wygranej.

_____

Będzie mi miło, jeśli:

- zostaniesz obserwatorem mojego 
bloga 
- zostaniem obserwatorem mojego profilu w Google +
- udostępnisz informacje o moim konkursie


Do dzieła!!! Naprawdę warto!


   Regulamin:
1. Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga: LITERACKI ŚWIAT CYRYSI
2. Sponsorem nagród są wydawnictwa Czwarta Strona.
3. Aby wziąć udział w konkursie należy podesłać do organizatorki konkursu życzenia dla swojej mamy.
4. Konkurs trwa od 26 maja 2018 roku do 26 maja 2018 roku do godz. 16.00
5. Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi 26 maja 2018 roku ok. godz. 20.00
6. Nagrodą są 3 egzemplarze powieści ,,Cała w fiołkach'' Agnieszki Olejnik.
7. W konkursie mogą brać udział osoby posiadające blogi oraz anonimowy uczestnicy.
8. Konkurs skierowany do osób posiadających adres zamieszkania w Polsce.
9. Ze zwycięzcą skontaktuję się drogą mailową.
10. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)
11. Udział w konkursie jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na nieodpłatne upowszechnianie, publikację prac w dowolnej formie (wraz z danymi osobowymi autorów).

WYNIKI KONKURSU: Mama - jedno słowo, a tak wiele znaczeń

MOI DRODZY,

Podaję wyniki konkursu, w którym można było wygrać 1 egzemplarz książki ,,Tu i teraz'' Anety Grabowskiej.

 Dziękuję wszystkim uczestnikom za udział w konkursie i za nadesłanie bardzo przejmujących słów o swoich rodzicielkach. Wybór był szalenie trudny, ale w końcu udało mi się wyłonić zwycięzcę. Wielkie gratulacje dla:

Martucha
Moja Mama jest… czarownicą! Mimo swego wieku potrafi nieźle brykać i rozrabiać, a jej wyczyny z młodości wciąż bawią rodzinkę.  Jak widać poczucia humoru też mej Mamie nie brakuje. Ma dystans do siebie i potrafi się wygłupiać, zwłaszcza przed wnukami. Czasami potrafi bzdurą doprowadzić mnie do szewskiej pasji, a innym razem gdy mam wisielczy humor lub ciężki dzień rozbraja mnie tekstami i po chwili razem chichoczemy. A jak czaruje krzyżykami… na kanwie! Pozazdrościć talentu!

Gratuluję!

💞💞💞

I już teraz zapraszam na kolejny konkurs, który ogłoszę już niebawem. Bądźcie czujni, gdyż będą ograniczenia czasowe 😏

czwartek, 24 maja 2018

ZAPOWIEDŹ: "99 dni lata" Katie Cotugno # pod patronatem medialnym LŚC

Miło mi poinformować, iż mój blog: LITERACKI ŚWIAT CYRYSI objął patronatem medialnym powieść Katie Cotugno - "99 dni lata".
Dwaj bracia, jedna dziewczyna i trzy złamane serca…

Patrick był pierwszą miłością Molly i mieli zostać razem na zawsze… ale potem zakochała się w Gabie. Jego starszym bracie. Kiedy wszystko wyszło na jaw, całe miasto ją znienawidziło. Dlatego ostatnią klasę liceum spędziła w szkole z internatem. 

Teraz wraca do domu na lato. Przed nią długie 99 dni, podczas których będzie musiała zmierzyć się z dawnymi przyjaciółmi i obecnymi wrogami, prawdą i plotkami o sobie, a Gabe i Patrick nie pozwolą jej o sobie zapomnieć…

PREMIERA 6 CZERWCA




Skusicie się? 

środa, 23 maja 2018

"Cała w fiołkach" Agnieszka Olejnik # PATRONAT MEDIALNY 🌸

"Cała w fiołkach"
Agnieszka Olejnik
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Ilość stron: 403
Premiera: 18 kwietnia
Ocena: 9/10
Patronat medialny:
Co trzeba zrobić, by zakochać się… na dłużej?

  Agata cierpi na zbytnią kochliwość. Jej dotychczasowe związki z mężczyznami były wprawdzie pełne pasji, ale krótkotrwałe. Zdaje sobie sprawę, że metryka nie kłamie, dlatego postanawia skorzystać z „fachowej” pomocy, by tym razem zakochać się na całe życie i założyć rodzinę.

  Za namową przyjaciół wybiera się więc do wróżki. Jej przepowiednie są jednak mgliste i niesatysfakcjonujące. Bo co to za wróżba, która mówi, że jej wybranek będzie chodził zimą bez szalika!?

  Wzburzona i załamana, decyduje się na desperacki krok. Idzie po radę do psychologa. Z początku zniecierpliwiona i zrezygnowana, po kilku sesjach zaczyna wierzyć, że mogą jej pomóc. Za namową terapeuty postanawia naprawić relacje z matką, która zostawiła ją i jej ojca, kiedy Agata miała 15 lat. Spotkanie po latach będzie obfitowało w emocje, a na jaw wyjdą sekrety, które przemeblują jej dotychczasowe życie.

  Cała w fiołkach to przewrotna i zaskakująca opowieść o kobiecie, która żeby pokochać, musi najpierw odnaleźć samą siebie.

  Agnieszka Olejnik. Polonistka i anglistka, mama trzech synów oraz właścicielka czterech psów. Odkąd zamieszkała w domu na skraju lasu, pod wielkimi dębami, codziennie budzi się z uczuciem spokoju w duszy i zwyczajnego szczęścia. Święcie wierzy, że to dzięki bliskości drzew. W młodości szybowniczka i wielbicielka jaskiń. Podróżniczka – odwiedziła m.in. Czarnogórę, Bośnię, Rumunię, Estonię, Sycylię, zjechała całą Skandynawię, by dotrzeć do Nordkapp. Tatry kocha miłością niemal romantyczną. Prowadzi bloga „Barwy i smaki mojego życia”, gdzie opowiada nie tylko o książkach, ale też o fotografowaniu przyrody, zdrowej kuchni i pysznych nalewkach. Autorka książki dla dzieci „Ava i Tim. Droga na północ” (2013), powieści młodzieżowej „Zabłądziłam” (2014) oraz kobiecego kryminału „Dante na tropie” (2015).

  Po twórczość autorki mogę sięgać dosłownie w ciemno, bo wiem, że się nie zawiodę. Wszystkie jej poprzednie książki aż kipią od emocji, uczuć i życiowych impresji. Nie inaczej jest tym razem. ''Cała w fiokach'' rozbraja swoim poczuciem humoru, zaraża optymizmem i otula nas swoim ciepłem. Czego chcieć więcej? Jestem zachwycona i usatysfakcjonowana. Dla niewtajemniczonych dodam, iż jest to kontynuacja ''Ławeczki pod bzem'', którą można czytać bez znajomości wcześniejszego tomu, ponieważ niniejsza część nie skupia się na dalszych przygodach Igi, tylko na perypetiach jej przyjaciółki Agaty. Wybór oczywiście należy do Was.

  Ciekawie ubarwiona fabuła zadziwia, zaskakuje i wywołuje uśmiech na twarzy. Poznajemy trzydziestokilkuletnią Agatę, która nie ma szczęścia do mężczyzn. Każdy jej kolejny związek okazuje się kalejdoskopem rozczarowań i niespełnionych nadziei. Tymczasem zegar biologiczny tyka coraz głośniej. W zaistniałej sytuacji dziewczyna postanawia iść za radą przyjaciół i udać się po pomoc do wróżki, która raczy ją enigmatycznymi wskazówkami. 

"Nic konkretnego mi nie powiedziała, rozumiesz? Myślałam, że usłyszą jakiś konkret. A ona mi jakieś dyrdymały sadzi, że wyprostować ścieżki, że wydeptać własne szlaki, zawrzeć pokój ze sobą. Cała w fiołkach i on nie nosi szalika, też coś!"

  Kompletnie zdezorientowana Agata zamierza skorzystać jeszcze z porady psychologa. Tylko czy to cokolwiek pomoże? Czy nie lepiej zostawić sprawy własnemu biegowi? Już wkrótce Agata przekona się, że nie da się okiełznać teraźniejszości, która serwuje jej coraz więcej niespodzianek.

  Świetna powieść ku pokrzepieniu serc. Nie tylko rozbawia i rozczula do łez, ale także skłania do wielu refleksji na temat  poszukiwania swojej drugiej połówki. Większość z nas pragnie kogoś kochać i być przezeń kochanym. Mimo to często mamy kłopot z nawiązywaniem i utrzymaniem związków uczuciowych. Dlaczego tak się dzieje? Nierzadko brakuje nam wiary w siebie i we własne możliwości. Boimy się odrzucenia, tego, że nie zostaniemy zrozumieni, albo, że nasze intencje zostaną inaczej odebrane. Tymczasem autorka mądrze uświadamia, że nie ma sensu bawić się w podchody. Warto postawić na bezwzględną szczerość, niż karmić się złudzeniami. W przeciwnym razie można więcej stracić niż zyskać.

  Kolejną istotną kwestią poruszaną w książce jest rozwiązywanie konfliktów interpersonalnych w rodzinie. Pisarka wnikliwie pokazuje, że nierozwiązane sprawy ranią jak drzazga, tkwiąc gdzieś głęboko w naszej podświadomości. I chociaż niby z wierzchu wszystko jest zagojone, to jednak w środku wciąż zbiera się ropa. Dlatego tak ważne jest, aby stawić czoła problemom i oczyścić się ze złych wspomnień. Jedynie w ten sposób osiągniemy wewnętrzny spokój i będziemy mogli zacząć od nowa, z czystą kartką. Bo tylko akceptując przeszłość, możemy się otworzyć na przyszłość.

  Duży plus należy się za również za bardzo zróżnicowanych charakterologicznie bohaterów. Są wyraziście nakreśleni, a przy tym niezwykle autentyczni. Polubiłam niemal wszystkich bez wyjątku – acz nie ukrywam, że największą sympatią zapałałam do szalonej Agaty, która często na własne życzenie pakuje się w różne kłopoty. Jednak dzięki temu nie ma mowy o żadnej nudzie.  Równie intrygujące są postacie drugoplanowe. Każda z nich to indywidualność, każda wyróżnia się na tle innych. A co ważne – wprowadzają do powieści mnóstwo ożywczego kolorytu i napędzają całą dynamikę wydarzeń. Pragnę szczególnie wyróżnić Zojkę – wybrankę ojca Agaty, która mimo dojrzałego wielu udowadnia, że można być energicznym, barwnym ptakiem oraz Grzegorza – nieśmiałego terapeutę o czerwieniejących uszach, który staje się przyczyną rozpaczy pewnej pacjentki. O co tu chodzi? Przygotujcie się na gorzko-słodkie doznania. 

  Całość napisana jest charakterystycznym dla autorki, stylem, czyli lekko, potoczyście i z wdziękiem. Wręcz płynie się przez kolejne strony. Następną zaletą publikacji są zręczne i bardzo plastyczne opisy przeplatane błyskotliwymi dialogami oraz umiejętnie kierowana akcja, która trzyma w napięciu i niepewności aż do samego końca. Znajdziemy tu nie tylko wzruszające czy zakręcone momenty, ale także sceny o podłożu romantycznym oraz poważne wątki, skłaniające do refleksji, do zatrzymania się na chwilę i zastanowienia się nad ludzką egzystencją, nad jej kruchością i nad jej potrzebami i pragnieniami. Z całą pewnością nie jest to banalna powiastka o niczym, lecz wartościowa i pełna uroku literatura obyczajowa podana w żartobliwej wysmakowanej formie. Liczę na to, że Wasze odczucia pokryją się z moimi. Tak więc czym prędzej sięgnijcie po niniejszą lekturę, a na pewno nie pożałujecie.


  Podsumowując: ''Cała w fiołkach'' to porywająca i podnosząca na duchu opowieść o sile prawdziwej przyjaźni, rozliczeniu się z rodzinną przeszłością, odkrywaniu siebie oraz poszukiwaniu szczęścia i bliskości drugiej osoby. Urzeka fantastyczną atmosferą, dostarcza niezapomnianych wrażeń i otwarcie daje do zrozumienia, że mimo przeszkód, które szykuje nam los – warto iść dalej do przodu, trzymając się swoich marzeń,  bo nigdy nie wiadomo kiedy się  ziszczą. Krótko mówiąc, polecam wszystkim bez wyjątku!


wtorek, 22 maja 2018

Wywiad z Moniką Orłowską, czyli CZAS, BY ODKRYĆ WSZYSTKIE KARTY


Dominika: Dlaczego Pani zaczęła pisać? 

MO: Nie było żadnych wizji, przynagleń we śnie i głosów w głowie. Była pilna potrzeba utrwalenia bardzo ulotnych wrażeń z początków macierzyństwa. To, co napisałam, miało wzięcie w internecie, ktoś stwierdził, że dobrze się mnie czyta, więc poszłam za ciosem. Zaczęłam tworzyć krótkie formy na tematy ogólne, aż wreszcie spróbowałam sił w powieści. 

lyanna gl: Jak zachęciłaby Pani ludzi do czytania polskiej literatury? Jakie polskie książki czyta Pani najchętniej i których polskich autorów ceni? 

MO: Z wielkim zdumieniem czytam w internecie wypowiedzi osób lekceważących polską literaturę. Próbuję zrozumieć, co nimi kieruje. Może chęć ucieczki od codziennej rzeczywistości i mentalności Polaków? Trudno mi to pojąć. Sama szukam w literaturze wspólnoty kultury i doświadczeń, ciągłości pokoleniowej, opisów znajomych miejsc. Paradoksalnie, często znajduję to wszystko w książkach, z których autorami zupełnie się rozmijam pod względem, nazwijmy to, światopoglądowym. Przykładem może być chociażby Ziemowit Szczerek – uwielbiam to jego rozdarcie pomiędzy miłością a nienawiścią do polskiego krajobrazu spaskudzonego kostką brukową i billboardami! Nie znajdę podobnych wrażeń w literaturze zagranicznej. Poza tym jest jeszcze kwestia języka. O ile nie czytamy obcojęzycznych książek w oryginale (do czego gorąco wszystkich zachęcam), dostajemy w pewnym sensie produkt wybrakowany. Nie ma cudów, w przekładzie zawsze ginie coś z urody tekstu wyjściowego. Ot, choćby taka drobna rzecz jak intymność narracji. W pewnej powieści, którą tłumaczyłam z angielskiego, bohaterka żyje samotnie. Relacjonując jej poczynania np. w kuchni, narrator na kilku stronach posługuje się wyłącznie zaimkiem she. Po polsku można to łatwo oddać poprzez podmiot domyślny orzeczenia w formie żeńskiej: wstała, podeszła, wyjęła. Wrażenie świata skupionego na bohaterce zostaje więc zachowane. Do czasu, gdy w paradę wchodzi szafka, patelnia, woda, która właśnie się zagotowała. Narrator angielski odniesie się do nich przez itp, a potem gładko wróci do she. W przekładzie będzie konflikt podmiotów domyślnych, trzeba więc posłużyć się imieniem bohaterki, żeby przypadkiem zagotowana woda nie wyjęła makaronu z pudełka. Pozornie nie ma problemu, czytelnik wie przecież, że ta pani w kuchni to Mary. W moim odczuciu jednak użycie imienia poszerza „kadr”, każe nam spojrzeć na bohaterkę niejako z zewnątrz, z dystansu. Szczegół? Być może. W przekład wpisana jest jednak zbyt często nieprzetłumaczalna gra słów, brak smaczków językowych i aluzji do rodzimej popkultury, a to rzeczy, które są dla mnie ogromnie ważne w literaturze. Do tego stopnia, że czytam niekiedy autorów, z którymi kompletnie się nie zgadzam (np. Wojciecha Kuczoka), właśnie ze względu na ich wyczucie językowe. 

Laurel Ka: Jak przejawia się Pani miłość do języków obcych - czy bazuje na samej teorii, czy też może praktyce, tj. podróże, poznawanie kultury innych krajów (podróże)? 

MO: Od kilku lat nie wyjeżdżam z Polski, nie mam też okazji do rozmów z obcokrajowcami. Dziś można jednak – w pewnym stopniu – poznawać inne kultury, nie ruszając się z fotela. Prenumeruję internetowe wydanie ulubionej gazety z Wysp Kanaryjskich, czasem poskaczę po kanałach informacyjnych telewizji satelitarnej i to mi w zupełności wystarcza. Ostatnio zaczęłam redagować przewodniki. Nigdy bym nie przypuszczała, że odświeżę sobie w ten sposób np. szwedzki, którego uczyłam się przez jakieś dwa lata na studiach, a więc w czasach prehistorycznych. Specyficznym przejawem mojej miłości do języków bywa czytanie o nich i nie mam tu na myśli podręczników akademickich, ale książki typu Mother Tongue Billa Brysona. Innym moim konikiem są samouczki jednego języka obcego napisane w drugim. Tego eksperymentu akurat nie polecam, bo patrząc przez pryzmat angielskiego, można mieć pretensje do np. niemieckiego o takie fanaberie jak deklinacja i koniugacja. 

Agnieszka Więckowska: Czy według Pani autor książek powinien utrzymywać w tajemnicy swoje "powody" napisania dzieła? 

MO: Wydaje mi się, że to zależy od autora i od powodów. Osobiście jednak nie widzę przeciwwskazań do ujawniania zarówno motywów powstania danej książki, jak i przebiegu pracy nad nią. O czymś przecież trzeba opowiadać czytelnikom na spotkaniach autorskich czy w wywiadach. Lepiej zdradzać tajemnice warsztatu pisarskiego niż alkowy czy kuchni. Choć mam wrażenie, że ostatnio większym zainteresowaniem publiczności cieszą się te drugie. Właśnie w ramach protestu przeciwko takiemu podejściu wybrałam tu sobie pytania, które nie naruszają nadmiernie mojej prywatności. 

Falasa Falasa: A mnie bardzo ciekawi geneza powstania "U Pana Boga pod gruszą". 

MO: Za tą książką stała wściekłość. Czysta, żywa wściekłość. Przeczytałam raz powieść (celowo przemilczę tytuł i autora), w której pewien incydent podczas spotkania towarzyskiego jest pretekstem do przedstawienia sylwetki i życia ośmiu bohaterów. Czegóż tam nie ma! Przemoc i zdrada małżeńska, wyuzdany seks, alkohol, narkotyki, aborcja, choroba i śmierć. W sumie – c’est la vie, prawda? Sęk w tym, że autor zdaje się lubować we wszelkich wynaturzeniach. Nakazuje bohaterom babrać się w błocie, poniekąd sugerując, że właśnie ono jest środowiskiem naturalnym człowieka. Nie ma we mnie zgody na takie insynuacje, dlatego postanowiłam dokonać świadomego plagiatu i napisałam coś, co również składa się z ośmiu rozdziałów, poświęconych ośmiu różnym bohaterom, których łączy tylko jedna rzecz (w tym wypadku miejsce – gospodarstwo agroturystyczne) i którzy też zmagają się z problemami aborcji, alkoholizmu, niewierności, choroby i śmierci. Otóż to – zmagają się, bo taka rzeczywistość jest im nie w smak. Napędzana wściekłością, napisałam tę powieść w miesiąc. Oczywiście nie jest wolna od stereotypów, przerysowań i naiwności, wiem też, że dla osób niewierzących jest wręcz niestrawna, ale nadspodziewanie wielu czytelnikom najwyraźniej udzielił się ten idealizm, który mną kierował podczas pisania. Dostałam sygnały, że książka wzbudziła sporo pozytywnych emocji. Jeśli więc kicz religijny niesie jakieś dobro duchowe, niech sobie będzie kiczowaty. Wpisuję się w wielowiekową tradycję odpustowych świecących różańców i buteleczek-figurek Maryi z odkręcaną głową. 

Mateusz Wąsik: Jak opublikowanie pierwszej książki zmieniło Pani proces pisania? 

MO: Kiedy ukazała się Cisza pod sercem, właśnie kończyłam drugą powieść. Różnice w procesie pisania nie wzięły się jednak z faktu, że ta pierwsza stanęła na półkach księgarń, ale ze specyfiki obu książek. Za Ciszą kryje się wiele godzin przegrzebywania internetu, wirtualnych spacerów po miastach, w których nigdy nie byłam, a które opisuję w książce z przekonaniem, czy nawet… kalendarzyki intymne moich bohaterek. Tak, tak, skoro posty dziewczyn zamieszczane na forum opatrzone są konkretną datą, ramy czasowe miesiączek, poronień i ciąży musiały się zgadzać. Stworzyłam więc każdej bohaterce kalendarz i przydzieliłam konkretną długość cyklu, a potem pracowicie zaznaczałam daty menstruacji, owulacji i zajścia w ciążę. Właściwie niepotrzebnie, bo nie sądzę, żeby ktokolwiek z czytelników był w stanie wyłapać tu jakieś nieścisłości, ale po prostu nie chciałam wypisywać bzdur. Z drugą powieścią poszłam na żywioł, pisałam bez konspektu i notatek. Z pewnością jednak wydanie Ciszy wpłynęło na trzecią i kolejne powieści i w ogóle na mój stosunek do pisania. Otóż mniej więcej do roku 2006 znałam tylko trzy autorki literatury dla kobiet: Katarzynę Grocholę, Monikę Szwaję i Izabelę Sowę. Potem na pięć lat zupełnie straciłam z oczu ten rynek (zresztą bez szczególnego żalu). Skoro jednak niespodziewanie zostałam jego częścią, stwierdziłam, że należy przyjrzeć mu się z bliska. No i cóż, coraz częściej nuciłam sobie pod nosem „I co ja robię tu?”, aż doszłam do momentu, w którym postanowiłam, że zarzucam pisanie. Było to w roku 2014. Jak to, zapyta ktoś, a ''Rozminięci''? Ano tak – większość mojej ostatniej powieści powstała sześć lat temu. Dokończenie tej książki, jak również napisanie pewnego drobiażdżku, na który właśnie podpisałam umowę, traktuję jako rodzaj literackiej… prostytucji. 

Mateusz Wąsik: Jak zrównoważyć stawianie wymagań czytelnikowi z dbaniem o czytelnika? 

MO: Nie wiem. Najwyraźniej nie potrafię tego pogodzić (przynajmniej jeśli chodzi o dbanie o czytelnika równoznaczne ze schlebianiem jego gustowi), stąd też moja decyzja o zakończeniu przygody z pisaniem. Uważam, że relacja książka–czytelnik powinna być oparta na wzajemnym szacunku. Celowo użyłam tu słowa „książka”, bo mam na myśli nie tylko jej autora, ale również redaktora, korektora, grafika tworzącego okładkę i dział marketingu w wydawnictwie. Szanujmy się, proszę Państwa. Dbanie o czytelnika pojmuję jako dostarczanie mu dopracowanego produktu o treści, która nie będzie urągać wiedzy i inteligencji przeciętnej osoby z tak (brzydko) zwanej grupy docelowej, wolnego od błędów językowych i literówek, opatrzonego tytułem adekwatnym do zawartości i takąż okładką, która będzie się ocierać o wyższą sztukę, oraz rzetelnym opisem w materiałach marketingowych. Według takiej definicji jest to równocześnie stawianie czytelnikowi pewnych wymagań. Nie potrafię zaakceptować dbania o czytelnika, które sprowadza się do ślepego posłuszeństwa vox populi. Nawiasem mówiąc, zaczynam myśleć, że ten legendarny lud, czy też rynek, który domaga się sztampowych niedoróbek, to w istocie twór wymyślony przez wydawnictwa szukające gwarantowanego zarobku. Pojedyncze osoby, których opinie – nie tylko o moich książkach – czytam, raczej narzekają na obecne trendy. Nie wiem, jak jest naprawdę, ale od jakiegoś czasu widzę, że wpadliśmy w błędne koło, szczególnie gdy chodzi o literaturę dla kobiet. Czytelniczki łykają schemat typu: katastrofa (rozwód/utrata pracy) – radykalna zmiana w życiu (przeprowadzka na wieś/schudnięcie/nowy mąż) – żyli długo i szczęśliwie, a w jego obrębie nagromadzenie wszelkich nieprawdopodobieństw i zwykłe zakłamywanie rzeczywistości. Wszystko opakowane w okładkę wyłowioną z jednego wora gotowców, opatrzone tytułem wyciągniętym na chybił trafił z drugiego (zawierającego głównie szczęście, miłość, lato, dom i ogród) i podane w przystępnej formie – każdy gest skrupulatnie opisany, emocje nazwane, wnioski wyłożone kawa na ławę. To się sprzedaje, więc wydawca zachęca autora do produkowania kolejnych powieści w tym stylu. Powstaje sprzężenie zwrotne, które z kolei postrzegam jako brak szacunku (i wymagań) czytelnika wobec książki. Jeżeli zaś chodzi o moje relacje z odbiorcami, próbowałam podążać za vox populi. Niestety nawet dość radykalna próba (o której więcej poniżej) nie przyniosła mi satysfakcji. Nie, nie mam złudzeń, autorka literatury dla kobiet to w moim pojęciu bardziej osoba z branży usługowej (jak np. fryzjerka, kosmetyczka czy masażystka, do których przychodzi się po odrobinę relaksu i odskocznię od codzienności) niż guru czy autorytet moralny, są jednak granice ekspresji artystycznej usługodawcy, których usługobiorcy przesuwać nie wolno. Nawet jeśli przyjmiemy zasadę „pani płaci, więc pani wymaga”. A skoro już jesteśmy przy płaceniu… Nie trafiam w gust czytelniczek, to i nie sprzedaję tylu książek, żeby tantiemy zrekompensowały mi czas poświęcony pisaniu. Kilkanaście lat przepracowałam w różnych ośrodkach państwowej edukacji, więc chyba nic dziwnego, że w końcu chciałabym dostawać za swoją pracę przyzwoitą zapłatę? Teraz dbam o czytelnika (i jednocześnie stawiam mu wymagania) jako redaktor. 

Sabina: Jak wygląda Pani dzień pracy? 

MO: Odpowiem już z pozycji redaktora, skoro ostatnie kilka stron własnej książki napisałam w styczniu tego roku. Redakcję mam rozwleczoną po całym dniu. Najefektywniejsza jestem rano, po wyprawieniu dziecka do szkoły. Od poprzedniego spotkania z Państwem na tym blogu zwiększyła mi się liczba kotów i przekątna ekranu laptopa. Ma to bezpośrednie przełożenie na pracę – duże prawdopodobieństwo, że któryś futrzak obudzi mnie bladym świtem, hałasując w kuwecie (tym sposobem często zaczynam dzień o czwartej) i nieporęczność sprzętu, która nie pozwala mi już działać w pociągu czy na drągu. Nie zmieniło się tylko jedno – kącik roboczy w kuchni. 

Martucha180: Czym dla Pani jest SŁOWO? 

MO: Słowo… Temat rzeka, ale ostatnio chyba po prostu wdzięczny materiał do obróbki. 

Laurel Ka: Która sentencja jest Pani bliższa i dlaczego: "nadzieja umiera ostatnia" czy "nadzieja jest matką głupich"? 

MO: Zależy od okoliczności. Bywam często na oddziale hematologii i onkologii dziecięcej. Tam nadzieja umiera ostatnia, a czasem nie umiera wcale. Niedawno przeżywałam śmierć sześcioletniego chłopca, który przegrał długą walkę z neuroblastomą. Jestem pełna podziwu dla jego rodziców, zarówno za postawę w trakcie choroby syna (mądra miłość stawiająca dziecku wymagania nawet w szpitalnych warunkach), jak i za decyzje podjęte w momencie, gdy okazało się, że medycyna już nie ma temu pacjentowi nic do zaoferowania poza opieką paliatywną. Zmagania tej rodziny z chorobą wygenerowały mnóstwo wiary, nadziei i miłości, które – jestem przekonana – wciąż tu są. W sercach rodziców Oliwiera, personelu szpitalnego, setek osób, które kibicowały chłopcu na Facebooku, a przede wszystkim małych pacjentów wspomnianego oddziału i ich rodziców. 

Nadzieja jest też jednak niekiedy matką głupich. Być może ktoś z Państwa zdążył się zastanowić, o jakim poprzednim spotkaniu na tym blogu bredzę, a ktoś inny oburzyć, że czytał już gdzieś identyczne odpowiedzi. Cóż, skoro żegnam się z czytelnikami, to kompleksowo, również we wcieleniu znanym jako Michalina Kłosińska-Moeda, która wypowiedziała się tutaj bardzo obszernie cztery lata temu. Michatkę zrodziła właśnie przysłowiowa matka głupich i żądza pieniądza (moeda to po portugalsku moneta). Rok po wydaniu ''Ciszy pod sercem'' los Orłowskiej jako autorki był już właściwie przesądzony. Na rynku oprócz debiutu miałam drugą powieść, trzecia szła do druku, a w komputerowej szufladzie leżała lwia część tego, co później ukazało się jako ''Całuję. Mama'' i ''Rozminięci'', oraz kompletna ''U Pana Boga pod gruszą''. Tej ostatniej nie chciała nawet Replika (zmieniła zdanie dopiero cztery lata później), zaś słupki sprzedaży dwóch wydanych już książek były żenująco niskie. Dodatkowo odkryłam, że nie odnajduję się w roli autorki, pardon, babskich czytadeł, bo za takie uważam swoje powieści. Fakt, poruszam w nich tematy trudne i przykre, ale ani język, ani ujęcie problemów czy portretowanie bohaterów nie upoważniają ich do zajęcia miejsca na wyższej półce. Obserwowałam publiczne poczynania pierwszoligowych autorek tego gatunku i doszłam do wniosku, że nigdy nie będę umiała tak celebrować swojej twórczości, a ponieważ bez autopromocji w pewnych kręgach niewiele można zdziałać, postawiłam dać sobie drugą szansę – pod pseudonimem. Udało się połowicznie. Michatka cieszyła się większym wzięciem niż Orłowska (co ciekawe, fałszywe były tylko oba nazwiska, imię Michalina mam jako drugie w dowodzie, a w wywiadach niczego nie zmyślałam, pod każdą wypowiedzią MK-M mogłaby się podpisać MO), pisanie zaś jej powieści (szczególnie Kota) i prowadzenie na Facebooku Zagadek Michatki sprawiało mi ogromną frajdę. Niestety znowu wszystko rozbiło się o pieniądze – doszłam do szklanego sufitu, którego nie chce mi się przebijać głową. Pod własnym zaś mam wystarczająco równo, żeby przestać wreszcie uprawiać sztukę dla sztuki. 

⇹⇹⇹

Panu Mateuszowi Wąsikowi dziękuję za drugie (i zwycięskie) pytanie – pretekst do oficjalnego pożegnania z czytelnikami (które zostanie w pewnych kręgach nazwane wyładowaniem grafomańskich frustracji – trudno, jakoś to przeżyję). 

Cyrysi dziękuję za zaproszenie i możliwość hurtowego wyjaśnienia, dlaczego nie będzie mnie już na żadnych targach książki ani fanpage’ach. 

Wszystkim zaś dziękuję za cierpliwość przy czytaniu tych przydługich wynurzeń. Padli Państwo ofiarą paradoksu frekwencyjnego – za nieobecność połowy klasy zbiera cięgi od belfra akurat ta druga połowa, która do szkoły przyszła.


W imieniu swoim oraz wszystkich Czytelników mojego bloga dziękuję Pani Monice Orłowskiej za szczery i niezwykle zaskakujący wywiad.

Serdecznie gratuluję Panu Mateuszowi i czekam na maila.

Pozdrawiam wszystkich bardzo gorąco,
Cyrysia