sobota, 27 grudnia 2014

Wywiad z Danką Braun

fot. Klaudia Kot
Wojtek Q
1. Moja miłość do słodkości jest doprawdy nierozerwalna. Gdy się złoszczę- sięgam po słodycze, jestem szczęśliwy- także sięgam po słodycze. A gdyby dziwnym trafem zamieniła się Pani w "coś słodkiego", co by to było? Jakie miałaby Pani nadzienie?


Lepiej sięgać po słodycze niż po alkohol:) Ja również uwielbiam słodycze, ale je sobie dozuję, mam dzienny limit słodkości i rzadko go przekraczam. Nigdy jednak nie patrzyłam na siebie w kategoriach ewentualnej czekoladki. Hm, gdybym zamieniła się w batonik, to taki z nadzieniem rumowym, jak komunistyczny „Jacek” lub „Danusia”. Lubię te batoniki, bo nie są mdłe ani zbyt słodkie. Gdy się ich zje dużo, mogą zaszumieć w głowie, co może nawet poskutkować utratą prawa jazdy. Wolę je od „Marsów” czy „Snikersów”. Jestem z natury osobą sentymentalną, przywiązuję się nie tylko do ludzi i rzeczy, ale nawet do smaków.

2. Słyszymy ją, gdy spokojnie powiewa w lesie. Dostrzegamy ją także ukrytą pomiędzy metrem, a ruchliwą drogą. To właśnie melodia. Kobieta, której nie widzimy, ale słyszymy doskonale. Jaką melodią jest Pani życie?

Łatwiej byłoby mi odpowiedzieć na to pytanie, mówiąc jaką melodią nie jest na pewno moje życie. Na pewno nie jest hip-hopem, ani muzyką techno. Nie jest również głośnym disco ani disco-polo. Ale nie jest też muzyką Beethovena. Uwielbiam słuchać amerykańskich evergreenów, takich jak „Wonderful World” czy „Over the rainbow”. Chyba właśnie do tej drugiej piosenki porównałabym siebie i moje życie. Może nie jest ono tak piękne jak ta piosenka, ale jej melodia ciągle mi towarzyszy. Mój bohater, Robert Orłowski śpiewał ją przy akompaniamencie gitary w Bieszczadach przy ognisku, a rozdarta wewnętrznie Renata słuchała jego śpiewu przez otwarte okno, kładąc syna do snu. Melodia jest spokojna, nastrojowa, melancholijna, ale ma również skoczne i wesołe akordy.

3. Jaki tytuł miałoby Pani życie? Dlaczego?

Moje życie zatytułowałabym „Historia pewnego fantazjowania”. Zawsze byłam marzycielką z głową w chmurach, taką jak Ania z Zielonego Wzgórza. Ciągle wymyślałam różne historie, a teraz staram się przelać je na papier, albo raczej na ekran laptopa. Pisanie to jest to, co kocham robić, co sprawia mi ogromną radość i daje dużo satysfakcji.

Anastazja B.
1. Co Pani poczuła, gdy zobaczyła swoje pierwsze dzieło na półkach księgarni? Co Panią zmotywowało do napisania własnej powieści?


Po raz pierwszy ujrzałam moją powieść na zdjęciu w swoim telefonie. Leżałam wtedy w szpitalu po operacji oka. Mąż widząc książkę w Matrasie, zrobił zdjęcie i przesłał mi MMS-em. Co czułam? – radość. Humor od razu mi się poprawił i oko przestało boleć. Chociaż zawsze kochałam książki, nigdy wcześniej nie myślałam, że kiedyś jakąś napiszę. Pomysł przyszedł nagle, nieoczekiwanie. Czytając pewną, według mnie, przeciętną powieść, która stała się światowym bestsellerem, pomyślałam, że i ja spróbuję coś napisać. Całe swoje życie lubiłam fantazjować. Często w łóżku przed zaśnięciem lub przy wykonywaniu prozaicznych domowych czynności w mojej głowie powstawały różne historie, wystarczyło więc tylko ubrać je w słowa i przelać na ekran komputera. Wkrótce okazało się, że z tym „przelaniem” wcale nie jest tak łatwo.

2. Kim byłaby Danka Braun, gdyby nie jej wielka miłość do książek?

To oczywiste, gdybym nie kochała książek i tylu ich nie przeczytała, nie byłabym w stanie żadnej napisać. Pisanie to nie jest mój zawód, tylko hobby. Gdybym nie pisała, prawdopodobnie więcej czasu przeznaczyłabym na czytanie. Tę swoją nową pasję odkryłam późno, ale stała się sposobem na życie (nie mylić z przeżyciem - to nadal zapewnia mi księgowość). Pisanie wypełnia mi pustkę, jaka powstała, gdy moi synowie dorośli i wyprowadzili się z domu.

3. Co by Pani zrobiła, gdyby dowiedziała się Pani, że na jutra nie będzie?


To zależy, czy nie byłoby jutra dla mnie, czy dla całej ludzkości i czy jutro oznacza dobę, czy jest przenośnią. Jeśli traktować pani pytanie dosłownie, to zakończyłabym swoje życie tak, jak się kończy stary rok: imprezą w gronie najbliższych przyjaciół. Byłby alkohol, muzyka i sztuczne ognie. Pożegnałabym życie i przywitała wieczność (lub nicość) dobrze schłodzonym szampanem. Mocno bym się upiła, bo nie bałabym się jutrzejszego kaca.

Kinga L.
1. Jakie jest Pani pierwsze wspomnienie związane z książką?


Pierwsza książka jaką zapamiętałam to „Król Maciuś Pierwszy” . Było to chyba w 3 klasie podstawówki. Książka tak bardzo mi się spodobała, że nie poszłam do szkoły, wymyślając chorobę. Czytałam i płakałam, a wkrótce z tego wszystkiego naprawdę się rozchorowałam. Razem z Maciusiem przeżywałam jego rozpacz po stracie rodziców, problemy w rządzeniu krajem i jego samotność. Korczak wiedział doskonale, jak wzbudzić w małym czytelniku empatię - do tego czasu pamiętam, że bardzo mi było żal Maciusia.

2. Gdyby znalazła Pani złotą rybkę, która spełnia tylko jedno, jedyne życzenie, co by to było?

Mam mnóstwo życzeń do złotej rybki, byłby problem z wybraniem jednego. Kiedy zadawała Pani to pytanie, na pewno nie chodziło o tak banalne i oczywiste odpowiedzi, jak zdrowie i pieniądze. Oto moje życzenie w sam raz dla złotej rybki: Chciałabym, żeby moje książki były dostępne we wszystkich księgarniach świata i podobały się wszystkim czytelnikom – niestety rybka musiałaby spełnić dwa życzenia, żeby mnie uszczęśliwić.

3. Kraków to moje ukochane miasto. Jama Michalika i Piwnica pod Baranami są nasiąknięte duchem artystów wielu pokoleń. Które miejsce w Krakowie jest "Pani" miejscem?

Moim ulubionym miejscem jest Rynek. Uwielbiam latem siedzieć w kawiarnianym ogródku i obserwować spacerujących Krakusów, turystów i gołębie. Pić piwo z sokiem imbirowym, patrzeć na podjeżdżające dorożki, na „wydziczających się” mimów i słuchać hejnału spływającego z Wieży Mariackiej. Kocham to miejsce. Tętni radością i energią, wzbudzając równocześnie pewną nostalgię i zadumę nad przemijaniem.

Mała Pisareczka
1. Jak pani zdaniem sprawić, by nie tylko dzieci, ale również dorośli zaczęli czytać?


Najlepszym sposobem na Polaków, żeby zachęcić ich do książek, to chyba ustawowe wprowadzenie zakazu czytania :) Znając naszą narodową przekorę, chyba byłaby to najlepsza metoda spopularyzowania czytelnictwa. Mówiąc poważnie, po pierwsze praca u podstaw: uczenie małych dzieci miłości do książek (czytanie bajeczek na dobranoc). Mały czytelnik wyrośnie kiedyś na dorosłego czytelnika. Po drugie: popularyzowanie czytania przez celebrytów i media. Gwiazdka telewizyjna zamiast chwalić się publicznie kupnem torebki za 30 tys. złotych lub posiadaniem w szafie 500 par butów, niech pochwali się swoją biblioteczką. Niestety celebryci mają duży wpływ na młodych telewidzów. Wcale mnie nie bulwersuje, gdy sexy bibliotekarka promuje swoje miejsce pracy. Niech piękna modelka albo aktorka również to robi, pozując w bieliźnie, ale z książką w ręku. Polityka państwa też powinna iść w kierunku propagowania czytelnictwa, tak jak to robi w dziedzinie sportu. Trenerzy dostają gigantyczne gaże za naukę kopania piłki (przeważnie mało skuteczne), niech dobry autor też zostanie dobrze nagrodzony. Zwolnić wydawców i księgarzy z podatku VAT przy sprzedaży książek polskich autorów. Wspomagać księgarnie, ustalając dla nich niższe podatki i opłaty. Stacje telewizyjne mogłyby robić realisty show nie z gotowania, ale z czytania. Uchwalić ulgi dla pracodawców stosujących dywidendy w postaci książek lub nagradzających swoich pracowników książkami. Mam w zanadrzu jeszcze kilka innych pomysłów, tak samo niewykonalnych, jak te przeze mnie przedstawione. Dodam na koniec, że w popularyzowaniu czytelnictwa dużo dobrego robią blogi książkowe, takie jak blog Cyrysi :)

2. Lektury szkolne - dobre czy złe - jakie zmiany by pani zaproponowała?

Nie jestem na bieżąco z lekturami szkolnymi, ale pamiętam, że moje dzieci musiały czytać w 2 klasie „Na jagody” Konopnickiej, tak jak i ja, i moja mama. Nawet dla dorosłego ta lektura nie jest lekka do czytania ze względu na słownictwo, a co dopiero dla dzieciaka. Musiałam swoim synom tłumaczyć co drugie słowo. Skąd małe dziecko może wiedzieć, że miesiączek na niebie to księżyc?! Według mnie w szkole podstawowej lekturami powinny być książki ciekawe i przyjemne w czytaniu. Zadaniem szkoły powinno być przekonanie dziecka, że czytanie książek może sprawiać przyjemność taką samą jak film czy gra komputerowa. Natomiast w liceum młodzież powinna poznać literaturę z „wyższej półki”. Uważam, że człowiek mający pretensje do inteligencji, powinien znać twórczość Mickiewicza, Sienkiewicza, Prousta i innych światowych klasyków. Zmuszanie uczniów do czytania ich dzieł ma sens, ponieważ rzadko kto z własnej woli przeczytałby „Dziady” czy „Konrada” :) , a powinien przeczytać, bo to nasza spuścizna narodowa.

3. Miłość czy namiętność - które uczucie jest bliższe pani, a które pani bohaterom?

Jestem w takim wieku i z takim stażem małżeńskim, że namiętność ustąpiła miejsca miłości :). Jednak nie dotyczy to moich bohaterów. Oni pałają namiętnością i pożądaniem, ale również kochają miłością godną Romea i Julii. Uważam, że prawdziwa miłość łącząca kobietę i mężczyznę, powinna być podlana sosem namiętności. Żeby małżonkowie tworzyli udany związek, muszą czuć do siebie pociąg fizyczny, musi być ta osławiona chemia, bo inaczej będą zdrady lub rozwody. Seks odgrywa ważną rolę – w głównej mierze dotyczy to mężczyzn – wiedziała o tym Renata i dlatego tak bardzo starała się zadowolić Roberta w alkowie:)

Katarzyna K
1.  Podzielam Pani uwielbienie do serialu "Gotowe na wszystko" :) Z którą z bohaterek serialu utożsamia się Pani bądź, która z nich jest Pani bliższa, i dlaczego?


Nie jestem super gospodynią jak Bree, ani przebojową bizneswoman jak Lynette, nie mam również urody Gabrielle. Została jeszcze Susan Mayer, chyba najwięcej podobieństwa łączy mnie właśnie z tą postacią. Kocham wszystkie gospodynie z Wisteria Lane. Są niesamowite. Mam nagraną całą serię i często wracam na to amerykańskie przedmieście, żeby pobyć z moimi ulubionymi bohaterkami. Trudno mi powiedzieć, którą z nich darzę największą sympatią, bo cała czwórka przypadła mi do gustu. Zresztą nie tylko one, wszyscy bohaterowie są tam wspaniali. Najbardziej podoba mi się w nich to, że nie są idealni. Gdybym mogła wybrać osobowość jednej z nich, to chyba chciałabym być taka jak Lynette. Jest błyskotliwa, przebojowa, potrafi dzieci i męża trzymać krótko. Jest fantastyczną matką, żoną i przyjaciółką. Ma swoje zasady… i mnóstwo słabostek – przez co jest bardzo ludzka.

2. Lubi Pani czytać, zatem który z gatunków literackich jest najbliższy Pani sercu?


Moim ulubionym gatunkiem literackim to saga i powieść kryminalna. Pierwszą sagą jaką przeczytałam była „Krystyna córka Lavransa” i od razu zakochałam się w tego typu książkach. Bardzo lubię historie opowiadające dzieje rodziny na przełomie kilkudziesięciu lat, dorastanie młodego pokolenia, zmiany w mentalności i zachowaniu. Do moich ulubionych sag należą powieści historyczno przygodowe Wilbura Smitha i Kena Folletta. Drugim moim ulubionym gatunkiem są kryminały. W tej dziedzinie prym wiodą książki Tess Gerritsen, Lackberg czy Cobena.

3. Czy wierzy Pani w miłość od pierwszego wejrzenia?

Wierzę, przecież moja bohaterka zakochała się od pierwszego wejrzenia! Często jednak mylimy miłość z zakochaniem, a to nie to samo. Nie zawsze zakochanie przechodzi w fazę miłości, czasami wypala się już w pierwszym etapie.

Kasia Jabłońska
1. Czy ma Pani swojego ulubionego bohatera literackiego?


Przeczytałam w swoim życiu tysiące książek, w związku z tym mam wielu ulubionych bohaterów, gdybym ich wszystkich wymieniła, lista ich byłaby bardzo długa. Mam sentyment do Ani z Zielonego Wzgórza, bo była marzycielką i lubiła fantazjować tak jak ja. Drugą postacią literacką z dzieciństwa, która zapadła mi w pamięci to Tomek Wilmowski, bohater powieści Alfreda Szklarskiego. Razem z Tomkiem odkrywałam nowe egzotyczne kraje i ich kultury. W czasach mojego dzieciństwa nie było Internetu, a w telewizji nadawano tylko jeden program. Nie było więc tylu wariantów rozrywki, które oferują dzisiejsze czasy. Gdy któryś z moich kolegów dostał nowego „Tomka”, to reszta klasy wyrywała sobie książkę z rąk, przekupując właściciela słodyczami. Wątpię, czy teraz te powieści spodobałyby się współczesnej młodzieży. Przeglądając je kiedyś (zachowałam wszystkie tomy), stwierdziłam, że autor musiał chyba przepisać pół Encyklopedii Powszechnej, opisując krajobrazy, zwierzęta i obyczaje tamtejszych społeczności, ponieważ nigdy nie był w tych krajach. Nie tylko ja, ale większość moich rówieśników (przeważnie płci męskiej) wspominają tę postać z pewną nostalgią. Natomiast w życiu dorosłym moją ulubioną postacią jest Rhett Butler z „Przeminęło z wiatrem”. On i inne jego współczesne, literackie klony to mój ulubiony typ męskiego bohatera. Nie ukrywam, że Robert Orłowski również ma coś z Rhetta.

2. Pisząc, woli Pani wzruszać, czy podnosić na duchu i wywoływać uśmiech na twarzach czytelników?


To drugie. Oczywiście czasami również usiłuję wzruszać czytelniczki, bo życie to nie romantyczna komedia, ale przede wszystkim chcę nadać moim powieściom optymistyczny klimat. W swoich książkach jedynie dotykam poważnych problemów, „nie rozkoszuję się” bólem i cierpieniem, nie analizuję przez kilkadziesiąt stron złych postępków swoich bohaterów. Staram się nie moralizować, to czytelnicy powinni ustosunkować się i sami ocenić bohaterów. Swoje pisanie traktuję jak swoistą formę terapii, która ma mi pomóc w zwalczaniu nudy dnia codziennego i dodać życiu radości. Dlatego staram się nawet o poważnych sprawach mówić w lekki, czasami żartobliwy sposób.

3. Czy jest jakiś pisarz, który szczególnie Panią inspiruje?

Podziwiam wielu pisarzy. Jednym z nich jest Wilbur Smith. Jego kilkunastotomowy cykl powieści historyczno przygodowych o rodzinie Courteneyów zauroczył mnie kilka lat temu i często do niego wracam. Lubię też twórczość Fena Folletta. Niedawno odkryłam australijską pisarkę Liane Moriarty. Czytałam jej ostatnią powieść „Sekret mojego męża” i nadal pozostaję pod jej wrażeniem. Przeczytałam tę książkę, bo trafiłam przypadkowo w Internecie na opinię jednej z moich czytelniczek, w której napisała, że Danka Braun pisze podobnie, jak ta autorka. Chciałam dowiedzieć się, jak pisze Danka Braun :), więc szybko przeczytałam powieść i… uznałam słowa czytelniczki za wielki komplement.

Sylwka S.
1.  Czy warto walczyć o swoje marzenia? Czy czasami warto odpuścić tylko po to, aby kogoś nie skrzywdzić? Czy iść za słowami, że "życie jest tylko jedno" i dojść do niektórych rzeczy po trupach?


Oczywiście, że trzeba walczyć o swoje marzenia! Ale nie po trupach. Nie uznaję takiej zasady, dżungla życia jeszcze mnie nie wciągnęła. Nie jestem typem przebojowej kobiety, która idzie przez życie, rozpychając się łokciami, chociaż nie ukrywam, że taka postawa czasami mi imponuje – ja jednak tego nie potrafię. Nie umiem skrzywdzić drugiej osoby, żeby osiągnąć cel. Świadomość że ktoś cierpi przeze mnie, bardzo by mnie uwierała. Chyba, że byłaby to krwiożercza „szczurzyca” w wyścigu szczurów, to wtedy przyjęłabym jej zasady gry.

2. Wspomnienie z dzieciństwa, który pamięta Pani do dziś?

Jedno wspomnienie z dzieciństwa utkwiło mi mocno w pamięci. Nie wiem dokładnie ile miałam lat, ale prawdopodobnie około pięciu. Wybrałam się z moim młodszym o dwa lata bratem na spacer do lasu. Wtedy były inne czasy, nie słyszało się ani o pedofilach, ani o handlu narządami ludzkimi, mimo to dziwię się, że babcia nie zainteresowała się, co robi dwójka małych dzieci pozostawionych jej pod opieką. Wzięłam swojego braciszka za rękę i poszliśmy na jagody, jak Jaś i Małgosia. Do lasku było pół kilometra, ale za zagajnikiem rozciągał się duży, prawdziwy las. Znałam to miejsce, bo przychodziłam tam z mamą, ale tego dnia poplątały mi się kierunki i zamiast w lewo poszłam w prawo. Szłam i szłam, trzymając za rękę mojego braciszka, i byłam coraz bardziej przerażona, bo nie rozpoznawałam okolic. Uszłam niewiele, najwyżej półtora kilometra, ale dla dziecka odległość wydawała się ogromna. Moja wyobraźnia zaczęła pracować. Widziałam wyimaginowaną watahę wilków i stado dzików wyskakujących zza drzew. Nie mogłam pokazać niepokoju swojemu bratu, bo zaczął by płakać, więc sama przeżywałam tę katorgę. Do dzisiejszego dnia pamiętam ten strach i przerażenie co się z nami stanie. Kiedy zauważyłam prześwitujące przez ścianę drzew zabudowania, poczułam tak ogromną ulgę i radość, jakby dzielny rycerz uratował nas z rąk groźnego potwora. Jako osoba dorosła zdaję sobie sprawę, że ani odległość, ani zagrożenie nie było tak wielkie, jak sobie wyobrażałam, ale dla małego dziecka było to wielką traumą.

3. Gdzie jest Pani miejsce na ziemi? Gdzie najlepiej się czuje, odpoczywa i ładuje swoje akumulatory.


Moim miejscem na ziemi jest mój dom. Zimą ładuję swoje akumulatory przed kominkiem, a latem na tarasie. Siedzę w fotelu, obłożona poduszkami, z książką w ręku i patrzę na nasz potrzebujący pielęgnacji ogród. Nie zraża mnie brak pięknych rabatek z kwiatami ani potrzeba skoszenia trawy i przycięcia krzewów, tylko siedzę i czytam - ogrodem musi zajmować się mąż.

Zosia Samosia :)
1. Czy uważa Pani, że magia rzeczywiście istnieje? Czy można ją znaleźć w zwykłym codziennym życiu?


Całe nasze życie jest magią. Czasami wydaje mi się, że wszystko wokół nas, otaczający nas świat i my- ludzie, jesteśmy tworem potężnego czarodzieja, który za pomocą czarodziejskiej różdżki tworzył swoje dzieło przez miliardy lat i ciągle je tworzy. Nie wierzę w wampiry, wilkołaki ani nawiedzające nas duchy. Ale przecież, jak powiedział Szekspir w „Hamlecie”: „są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się naszym filozofom”. Zdarzają się jednak na świecie zjawiska niewytłumaczalne przez naukę, ja sama przeżyłam kilkakrotnie coś takiego. Na przykład wierzę w przeczucia. Kilkanaście lat temu mój syn zaczął narzekać, że źle się czuje. Był w dzieciństwie strasznym hipochondrykiem i histerykiem, dlatego nie traktowałam jego narzekań poważnie. Kazałam mu iść na górę do swojego pokoju, a sama w tym czasie przygotowywałam kolację. Jednak coś mnie „tknęło” i poszłam za nim, chociaż zawsze w takich sytuacjach bagatelizowałam jego narzekania. W połowie schodów (bardzo stromych) zemdlał, poleciał do tyłu jak kłoda. Gdybym nie szła za nim i nie chwyciła go nieprzytomnego, nie wiem jakby się to skończyło. Do dziś na to wspomnienie dostaję dreszczy trwogi. Przeżyłam w swoim życiu jeszcze kilka innych niewytłumaczalnych sytuacji, na przykład: wywołaliśmy w akademiku ducha Anastazji K. nieżyjącej ciotki mojej koleżanki. Niestety nie spodobałam się ciotce – tak powiedział wirujący talerzyk. Nie wiem jak wytłumaczyć to zjawisko, ale nikt nie popychał talerzyka, sam wpadł w wibracje i narysowaną strzałką pokazywał litery, które tworzyły sensowne wyrazy :)

2. Motto, którym kieruje się Pani w życiu?

Moim mottem którym zawsze starałam się kierować, była zasada „Idź przez życie tak, żeby inni przez ciebie nie płakali” .Ostatnio doszło jeszcze jedno motto „Ciesz się każdym dniem, bo życie jest bardzo krótkie ”. Niestety nekrologi znajomych, które pojawiają się ostatnio, coraz częściej przypominają mi o tej maksymie.

3. Do dziś pamiętam zapach ... ?

Do dziś pamiętam zapach chleba pieczonego przez moją babcię. Nigdy nie jadłam czegoś tak dobrego jak własnoręcznie upieczony przez nią chleb. Jadłam inne wiejskie chleby, ale żaden nie smakował jak tamten pieczony przez babcię. Piekła chleby tylko na święta. Każdy z jej 5 synów dostawał jeden wielki bochen wielkości koła od roweru. Chociaż szynka była wtedy na polskich stołach rarytasem, mnie najbardziej smakowała pajda chleba posmarowana masłem. Nie chciałam szynki, bo zabijała ten wspaniały smak i zapach. Wszystkie moje kuzynki (wnuczki babci) też pamiętają ten chleb.

nieidentyczna
1. Wielu ludzi obecnie stwierdza, że rzadko czyta książki. Są wśród nich i tacy, którzy w ciągu roku nie przeczytają ani jednej. Jak Pani myśli, czy możliwe jest pełnowymiarowe i pełnowartościowe życie bez literatury? Czy istnieje jej jakiś dobry zamiennik?


Jest wielu ludzi, którzy nie czytają książek i żyje im się wyśmienicie :) Dwudziesty pierwszy wiek daje nam cały wachlarz opcji spędzania wolnego czasu. Mamy telewizję, Internet, gry komputerowe… i mało czasu, bo coraz więcej pracujemy. Kiedy wreszcie znajdujemy wolną chwilę, zasiadamy przed telewizorem lub komputerem, bo jest to zajęcie mało absorbujące – czytanie książki wymaga więcej czasu i uwagi. Należę do tej mniejszej grupy społeczeństwa: ludzi nie umiejących żyć bez książki. Książka towarzyszyła mi od wczesnego dzieciństwa i nadal mi towarzyszy. Kiedy nie mam jej w pobliżu, czuję się jak nałogowy palacz, któremu zabrakło papierosów. Według mnie ani film, ani gry komputerowe, ani słuchowiska radiowe nie są w stanie zastąpić książki. Tylko pisarz może wykreować nową rzeczywistość, w której jesteśmy niemymi świadkami opisanych wydarzeń. „Kto czyta, żyje wielokrotnie” – zgadzam się z tym w stu procentach.

2. Jaką zasadą kieruje się Pan podczas pracy twórczej –pisania?


Tworząc świat moich bohaterów, staram się, żeby przypominał ten nasz prawdziwy. Żeby postaci fikcyjne były podobne do ludzi z „realu”, żeby ich życie i problemy były takie jak zwykłego Polaka. Rzadko w naszym otoczeniu możemy spotkać idealnych ludzi, „nieubrudzonych” wadami i słabostkami. Nie chcę jednak, aby życie moich bohaterów było bezbarwne i nudne. Mój syn skrytykował mnie, gdy zaczęłam opisywać codzienny, szary dzień Renaty. „Mamo, zwykłe życie to mamy na co dzień, w książkach nie może być nudy, musi się coś dziać”, powiedział – chyba miał trochę racji. Dlatego staram się nadać przedstawionym przeze mnie historiom dużo realizmu, ale robię to w taki sposób, żeby nie zabrało w nich ciekawych zdarzeń. Poważne problemy usiłuję przedstawić językiem niezbyt poważnym, żeby czytelniczkom „dobrze się czytało” Dokładniejszą odpowiedź na swoje pytanie znajdzie Pani w pytaniu następnej uczestniczki konkursu, pani Kingi. :)

3. Proszę dokończyć zdanie: „Dobry pisarz to…”

Dobry pisarz to autor potrafiący dobrze wykreować nowy wyimaginowany świat, który porywa i wciąga czytelnika, jednocześnie czegoś go uczy, wzrusza i bawi.

Kinga K.
1.  W jednym z wywiadów powiedziała Pani coś, co mnie osobiście bardzo ujęło:-): "Zaczynając pisać książkę, postanowiłam trzymać się jednej zasady: moi bohaterowie muszą mieć wady i nie mogą być jak przejrzysty kryształ. Nie lubię w powieściach jednowymiarowych postaci. Na świecie rzadko spotyka się ludzi idealnie dobrych lub do cna złych. Każdy z nas ma w sobie coś z anioła i diabła, dlatego nie stosuję podziału na czarne i białe charaktery, bo każdy mój bohater ma inny odcień szarości . Jedni są jasno popielaci, a inni zbliżają się do grafitu." To prawda, że o skomplikowanych bohaterach fantastycznie się czyta;-), ale też prawda że, jak Pani wspomniała, z poczciwymi ludźmi lepiej się żyje;-). Czy nie kusiło Pani, żeby stworzyć na kartach którejś ze swoich nowych książek takiego "poczciwego", ale pełnokrwistego bohatera, który dałby się lubić i nie byłby nudny;-)?


Już stworzyłam taką postać, ale Pani nie miała jeszcze okazji go poznać, bo dopiero w przyszłym roku wyjdą moje powieści kryminalne. Ciekawa jestem, czy mój nowy bohater spodoba się czytelniczkom. On również, tak jak wszyscy moi bohaterowie, nie jest chodzącym ideałem, ale nie ma wad Roberta. Jest typem silnego, odważnego faceta, który nie zawsze gra fair, ale jeśli kocha, to kocha na zabój (ale nie zabija).

2. Skąd pomysł na wykorzystanie sagi o rodzinie Orłowskich jako tła dla serii kryminalnej:-), czy tylko z sympatii dla bohaterów czy może jeszcze z jakichś innych powodów:-)?

Nie ukrywam, że w trakcie pisania przyzwyczajam się do swoich bohaterów, nawet tych „grafitowych” i często ich później wybielam. Polubiłam rodzinę Orłowskich, ale ileż można pisać o zdradach Roberta?! - dlatego wymyśliłam nową serię z gatunku romantycznego thrillera. Wydaje mi się, że dzięki sadze obyczajowej moi bohaterowie zostaną bardziej „ukorzenieni”, a fikcja literacka nabierze większej realności. No i wierni sympatycy Orłowskich będą mieli możliwość wglądu w dalsze życie tej niesfornej rodzinki.

3. "Mężczyźni z moich powieści w niczym nie przypominają brazylijskich amantów (oprócz aparycji) ani romantycznych bohaterów – są bardzo podobni do tych facetów, których znacie na co dzień. Mają mnóstwo wad, zachowują się jak przeciętny Kowalski i wyrażają się językiem nie zawsze parlamentarnym. Dlatego jeśli szukacie w książkowych bohaterach wspaniałych, nieskazitelnych rycerzy na białym koniu, to niestety w moich książkach ich nie znajdziecie." - czy myśli Pani, że przyjdzie czas na stworzenie nowego męskiego bohatera na miarę pani ulubionego Roberta:-)?

Mam cichą nadzieję, że mój nowy bohater również się spodoba czytelniczkom. W pierwszej powieści nowej serii może wzbudzać pewne wątpliwości, ale w następnych powinien przypaść czytelniczkom do gustu. Ja go polubiłam prawie jak Roberta :)

izabela81
1. Robert z sagi o rodzinie Orłowskich to mężczyzna bezczelny, brutalnie szczery, sarkastyczny, a przy tym niepokojąco przystojny. Można go zarówno pokochać, jak i znienawidzić. A czy Pani takiego mężczyznę by pokochała, czy znienawidziła?


Hm, dziewczyny kochają niegrzecznych chłopców, to naukowo udowodnione :) Wydaje mi się, że zakochałabym się w takim mężczyźnie. Czy zakochanie przeszłoby w fazę miłości? - chyba tak, rozum nie zawsze potrafi zagłuszyć namiętnego bicia serca. Miłość i nienawiść często sobie towarzyszą. Ja na przykład kocham swojego męża, ale są momenty kiedy go nie lubię, czasami nawet nienawidzę – chociaż mój mąż nie ma wad Roberta :) Robert jest typem mężczyzny, który może zawrócić w głowie niejednej kobiecie, nawet mądrej i rozsądnej. Często jednak po latach kobieta żałuje swojej decyzji, że wybrała życie z takim człowiekiem - spotkałam się z tego typu przypadkami.

2. W sadze o rodzinie Orłowskich porusza Pani problem małżeńskiego gwałtu, przemocy domowej, zdrady „dla sportu”, swobody seksualnej, reakcji dzieci na niesnaski i nieporozumienia między rodzicami. Są to dobrze nam znane historie z życia codziennego, ale jakże rzadko opisywane w literaturze. Czy myśli Pani, że są to tematy dlatego niepopularne bo trudne i kontrowersyjne?

Pani Izo, ktoś kto nie czytał sagi, mógłby pomyśleć, że moje książki to ponure opowieści o samych brudach życia rodzinnego, a przecież wcale tak nie jest:) Saga jest przede wszystkim historią o miłości! A miłość oprócz blasków ma również swe cienie, tak jak całe nasze życie. Saga to nie zapis martyrologii pewnej rodziny, Robert nie maltretuje żony - nie bije, tylko policzkuje :) Czytelnicy nie lubią czytać o ponurych sprawach, wolą sięgać po lżejsze tematy - wcale im się nie dziwię. Zmagając się na co dzień z różnymi problemami, szukają odskoczni od swojego życia. Nie zamierzałam zrobić z „Niewierności” psychologicznego studium przemocy w rodzinie, jeśli tak wyszło to wbrew moim zamiarom :) Poruszyłam temat małżeńskiego gwałtu, ponieważ chciałam się trochę „poprzekomarzać” z czytelnikami. Starałam się udowodnić, że nawet ktoś kto zdradza, gwałci i bije żonę, może wzbudzić u czytelnika sympatię, a nawet współczucie. Chyba mi się to udało, bo czytelniczki lubią Roberta, pomimo jego wad. Gdy poruszam trudne tematy, chcę to robić językiem przyjemnym w odbiorze. Jak już wspominałam wcześniej, pisanie jest dla mnie pewną terapią, nie chcę się pogrążać w stany depresyjne - jeśli kiedyś będę pisać o tragicznych wydarzeniach, postaram się zrobić to tak, żeby nie pozostawić w pamięci czytelnika smugi smutku, tylko zadumy.

3. Pani prawdziwe imię to Regina, zaś w sadze o rodzinie Orłowskich pojawia się Renata. Imiona te znaczą to samo. Czy był to z Pani strony zamierzony efekt, czy może wyszło to przypadkiem?

Renata po łacinie znaczy „odrodzona”, natomiast Regina – „królowa”. Są to całkiem inne imiona, mają tylko takie samo zdrobnienie: Renia. Moje imię Regina nigdy mi się nie podobało, bo według mnie jest zbyt pretensjonalne. Przechrzciłam się na Renatę już w młodości. Będąc na studiach, mieszkałam w akademiku z koleżanką o tym samym imieniu i dlatego, żeby nie było pomyłek, zaczęłam używać zastępczego imienia. Od tego czasu dla wszystkich znajomych stałam się Renatą. Nie ukrywam, że tworząc postać Renaty Orłowskiej, nadałam jej to imię z powodu pewnego podobieństwa psychologicznego mojej bohaterki do mnie. Dzięki temu tworząc tę postać, było mi łatwiej ją uwiarygodnić.

martucha180
1. Zapewne ma Pani przyjaciółkę Wenę. Jaka ona jest?


Ta pani odwiedza mnie bardzo często. Siedzi cichutko przy moim biurku i ciągle mi coś szepcze do ucha. Ma dużo do powiedzenia, niestety biedulka przychodzi całkiem nagusieńka, dlatego muszę ją ubrać w ładne szatki, żeby spodobała się moim gościom. Co trochę przebiera się i przegląda w lustrze, i nie zawsze jest ze swojego wyglądu zadowolona. Muszę więc ciągle coś poprawiać w jej wyglądzie, żeby spodobała się i mnie, i czytelnikom :)

2. Czym jest dla Pani SŁOWO?

Dla mnie SŁOWO to tylko narzędzie TREŚCI. Przy jego pomocy kreuję swój literacki świat, do którego zapraszam złapanych w księgarni lub bibliotece nieboraków i staram się jak mogę, żeby im się u mnie spodobało. Nie celebruję SŁOWA, dla mnie ważniejsza jest treść niż forma. Owszem, staram się żeby język, którym się posługuję, był nie tylko stylistycznie poprawny, ale żeby był też barwny, ciekawy i oryginalny. Jednak nie dążę do tego, by uginał się od kwiecistych metafor i przenośni. Rzadko sięgam po poetycko brzmiące porównania, bo boję się by nie przekroczyć linii graniczącej z grafomanią. Wolę język prosty, zbliżony do potocznego, którym posługujemy się na co dzień. Pisząc swoje powieści, staram się nadawać mojemu stylowi raczej żartobliwe brzmienie, niż poetyckie.

3. Pisanie książek wymaga lekkiego pióra. Jak z jego lekkością było w czasach szkolnych? Jak Pani wypracowania oceniali poloniści – co chwalili, a co krytykowali? Czy widzieli w Pani talent literacki czy wręcz przeciwnie?

Do szkoły chodziłam bardzo dawno temu, w czasach, gdy nie wolno było przekraczać w wypracowaniu pewnych sztywnych kanonów zalecanej poprawności. W podstawówce moje prace się podobały, ale w liceum mieliśmy bardzo konserwatywną polonistkę, która nie lubiła liberalizmu w żadnej formie, tym bardziej w szkolnym zeszycie. Natomiast podobały się nauczycielom wypracowania, które pisałam swoim synom – pamiętam, że dostawałam wysokie oceny:) Wiem, że to co robiłam, było bardzo niepedagogiczne, ale niestety byłam zbyt miękka i nie potrafiłam odmówić prośbom moich synów. Zbuntowałam się, gdy przyłapano mojego młodszego syna na klasówce, że nie umie sklecić poprawnie dwóch zdań. W liceum już sami pisali zadania. Na szczęście nie zaszkodziłam im, bo obaj zdali maturę z języka polskiego, a starszy nawet został pierwszym korektorem moich powieści.

Joanna Stoczko
1. Oglądając pewien film, zauważyłam na ścianie restauracji jednego z głównych bohaterów tekst: „Nigdy nie pozwól, by strach przed działaniem wykluczył Cię z gry”. Zgadza się Pani z tą myślą? Gdy postanowiła Pani napisać, a następnie wydać swoją pierwszą książkę, to dosięgły Panią w którymś momencie wątpliwości typu: „książka się nie przyjmie”, „skrytykują ją” itp.?


Zgadzam się z tą myślą. Zawsze warto spróbować, nawet gdy szanse są małe. Przed napisaniem pierwszej książki nie miałam obaw, o których Pani wspomina, bałam się jedynie tego, czy znajdzie się wydawca, który mi ją wyda. Kiedy wydawnictwo podjęło decyzję o jej wydaniu, uznałam, że książka nie jest zła, jeśli ktoś zaryzykował swoje pieniądze, żeby ją wydać. Natomiast takie obawy towarzyszyły mi przy drugiej i trzeciej części. Pierwsza część zdobyła wielu sympatyków. Książka bardzo się spodobała niektórym czytelniczkom, nie mogły doczekać się kontynuacji, dlatego bałam się, czy drugi i trzeci tom ich nie rozczaruje. Z postów i komentarzy jakie mi przysyłają wnioskuję, że nie zawiodłam ich oczekiwań, z czego ogromnie się cieszę.

2. „Nikt nie może uciec przed własnym sercem. Dlatego już lepiej słuchać, co ono mówi. Aby żaden niespodziewany cios nigdy cię nie dosięgnął”- możemy przeczytać w „Alchemiku” Paula Coelho. W pracy i w życiu prywatnym częściej słucha Pani serca, czy jednak rozumu? Co w Pani przypadku jest bardziej zawodne?

Przeczytałam kiedyś na FB pewną myśl, z którą się zgadzam w stu procentach: Idź za sercem, ale rozum weź na wszelki wypadek. Gdybyśmy kierowali się tylko rozumem, nasze życie byłoby ubogie w doznania. Trzeba czasami doświadczyć bólu, cierpienia, rozczarowania, żeby w pełni docenić szczęśliwe chwile. Ale czasami powinniśmy korzystać z podpowiedzi jakie nam podsuwa rozum, tym bardziej przy podejmowaniu ważnych decyzji - racjonalne przeanalizowanie danej sytuacji pomoże nam uniknąć błędów, które mogą drastycznie zmienić nasze życie. Co innego nieprzyjemna przygoda, a co innego katastrofa.

3. Co jest dla Pani ważniejsze- iść czy dojść? Co czuła Pani w chwili pisania kolejnych stron książki? Jakie uczucia (być może ze sobą sprzeczne) Pani towarzyszyły, gdy ją Pani skończyła?


Idzie się po to, żeby dojść, ale czasami trzeba umieć się wycofać. Próbować zawsze warto, ale nie zawsze trzeba koniecznie dojść do celu. Kiedy piszę swoje powieści, towarzyszą mi różne uczucia. Czasami czuję radość, wręcz euforię, gdy uda mi się napisać coś fajnego, ale są dni, kiedy z trudem klecę zdania, skreślam, poprawiam i ciągle jestem z siebie niezadowolona. Niektóre wątki są bardziej bliskie mojemu sercu, a niektóre piszę, bo wymaga tego fabuła. Gdy zbliżam się ku końcowi swojej powieści, nawiedza mnie zawsze pewien dyskomfort: co będę teraz robić? Czuję dziwny żal, że coś się skończyło, ale zaraz pocieszam się myślą, że mam w głowie inne pomysły, które warto pokazać czytelnikom… i zabieram się do nowego projektu.

werka777
1. Niedługo Święta Bożego Narodzenia. Jedną z tradycji wigilijnych jest dodatkowy talerz przy stole dla niespodziewanego gościa. Czy gdyby rzeczywiście do drzwi Pani domu zapukał nieznany, niewzbudzający zaufania człowiek, zaprosiłaby go Pani na tę wyjątkową i magiczną, jedyną w roku kolację?


Prawdę mówiąc: nie wiem. Przede wszystkim zapytałabym innych biesiadników, czy mogę to zrobić, ich zdanie jest przecież najważniejsze, bo to moi najbliżsi. Może to egoizm, ale nie chciałabym psuć im tego wyjątkowego wieczoru. Gdybym stwierdziła, że jednak warto ugościć tego nieznanego człowieka, starałabym się przekonać rodzinę do mojego zamiaru. Gdyby jednak się nie zgodzili, zrobiłabym paczkę i wręczyłabym ją nieznajomemu, ale bym go nie zaprosiła do stołu.

2. Drastyczny scenariusz - pani dom staje w płomieniach. Gdyby miała Pani okazję ocalić z niego jeden przedmiot, co by to było?

Wyniosłabym komputer męża. Są tam zapisane najważniejsze dane księgowe, które zapewniają nam utrzymanie. Dzięki usługom przechowywania danych w chmurze, manuskrypty moich powieści i projektów, nad którymi obecnie pracuję, są bezpieczne – dlatego nie miałabym dylematu, co jest ważniejsze: komputer męża czy mój laptop.

3. Co ceni Pani w ludziach najbardziej?

Bardzo cenię lojalność, uczciwość, odpowiedzialność, chęć pomocy. Lubię też u bliźnich poczucie humoru i radość życia. Towarzystwo takich ludzi wpływa na mnie korzystnie, zarażam się od nich radością i mnie również robi się wesoło.

Basia
1. Dlaczego swoje książki publikuje Pani pod pseudonimem a nie pod prawdziwym nazwiskiem?


Moje nazwisko jest zawsze przekręcane, a imię pretensjonalne: Regina z łac. Królowa. Drugim powodem opublikowania pierwszej powieści były sceny erotyczne, które tam występują. Jest ich niewiele, ale gdy pisałam książkę, nie było jeszcze takiego wysypu powieści erotycznych jak teraz. Mój młodszy syn był w klasie maturalnej, dlatego trochę się krygowałam. Pseudonim wymyślił mąż. Początkowo sceptycznie podchodził do mojego pisania, ale gdy przeczytał fragment, zmienił zdanie, a nawet zachęcał: Pisz, pisz, może napiszesz kiedyś taki bestseller jak Dan Brown i staniesz się jego polską, damską odpowiedniczką, taką Danką Brown. I tak zostało, spolszczyłam jedynie pisownie. Danka Braun chyba łatwiej wpada w ucho i w pamięć niż moje prawdziwe imię i nazwisko:)

2. Skąd czerpie Pani inspiracje do tworzenia historii i tak ciekawych charakterologicznie postaci?

Nie wiem skąd - mam te historie w głowie. Od pewnego czasu siedzą sobie tam grzecznie i czekają, aż wyciągnę je z ukrycia i pokażę innym :)
Obserwuję ludzi i ich zachowania, wsłuchuję się w rozmowy i różne ciekawe opowieści… A potem pojawiają się w mojej wyobraźni nowe historie utkane z fragmentów tych zasłyszanych.

3. Czy jest jakieś pytanie, związane z Pani twórczością, którego dziennikarze ani blogerzy nigdy Pani nie zadali a które chciałaby Pani usłyszeć i na nie odpowiedzieć?
Teraz okazja :)


Pani Basiu, nie mam takiego pytania. Zadano mi tutaj tyle różnych pytań - nawet tak dziwaczne jak „jaką jestem czekoladką” - że żadne wyjątkowe pytanie nie przychodzi mi do głowy.

Edyta Chmura
1. Czytając recenzje Pani książek w większości przypadków trafiłam na dużo pochwał i podkreślanie tego, co ja w powieściach lubię najbardziej - wyraziste postacie, dużo emocji i przeświadczenie, że dana historia mogłaby zdarzyć się naprawdę. Natknęłam się jednak i na opinie, w których porównano "Historię pewnego związku" do harlequina, co ma raczej negatywny wydźwięk. Jak podchodzi Pani do krytyki - ona mobilizuje czy zasmuca?


Niestety nie umiem się zdystansować do recenzji, chociaż bardzo staram się tego nauczyć. Wiem, że nie ma na świecie książki, która by się podobała wszystkim czytelnikom, ale negatywne opinie nadal sprawiają mi pewną przykrość. Może wynika to ze zbyt małej momentami pewności siebie, która prześladuje mnie od dzieciństwa. Gdy przeczytam negatywną opinię lub zobaczę na LC małą ilość gwiazdek przy ocenie którejś mojej książki, ogarnia mnie chwilowe zniechęcenie. Nie trwa to jednak długo, bo zaraz biorę się w garść i tłumaczę sobie, że gusty są różne, tym bardziej, że przeważnie tuż po złej recenzji pojawiają się opinie pełne pochwał i mnóstwa gwiazdek:) Bardzo dobrze na mnie działają posty i wiadomości, które dostaję od czytelniczek, chwalące moje książki. Nie jest to oznaką próżności, a raczej potrzebą akceptacji i aprobaty tego co robię. Każdy taki post działa na mnie jak Red Bull – wzmacnia psychicznie i dodaje skrzydeł.

2. Z tej krótkiej informacji o Pani bije duża dawka optymizmu. Jaka jest Pani recepta na szczęście, poczucie spełnienia i codzienny uśmiech na twarzy? :)

Z tym optymizmem to różnie u mnie bywa. Usiłuję cieszyć się każdym dniem, znajdować radość w drobnych, prozaicznych czynnościach, ale przychodzą również momenty smutku, zwątpienia i rozczarowania. Nachodzą mnie wtedy czarne myśli i strach przed przyszłością. Jednak staram się, żeby te „ponurości” nie odwiedzały mnie zbyt często i szybko je przepędzam, by nie zasiedziały się na długo. Najlepszym lekarstwem na takie ponure chwile jest dla mnie rozmowa z oddaną przyjaciółką, która ma wesołe usposobienie, dobra książka, jakaś fajna komedia w telewizji lub kieliszek adwokata. Często również zasiadam wtedy przed laptopem i przenoszę się do świata rodziny Orłowskich. Wymyślam jakąś humorystyczną sytuację lub dowcipny dialog. Generalnie biorąc: staram się żyć dniem dzisiejszym, nie oglądam się do tyłu zbyt często, ani nie wybiegam w przyszłość, żeby nie ujrzeć tam potworów. I zawsze pocieszam się, że mogło być gorzej - mogłam na przykład urodzić się gdzieś koło równika, w chacie ulepionej z krowich odchodów lub być czwartą żoną jakiegoś islamskiego fundamentalisty.

3. Osoby niewidome mają wyostrzone inne zmysły, dzięki czemu potrafią doskonale dostosować się do swojej sytuacji. Czy u pisarza również następuje wyostrzenie słuchu, wzroku czy innego zmysłu, umożliwiające wyłapywanie z otoczenia ciekawych rozmów, zdarzeń bądź cech u nieznajomych, które po zapamiętaniu zostają wykorzystane w książkach? Czy umysł autora może odpocząć od pracy, kiedy na każdym kroku czyha...inspiracja?

Rzeczywiście, od czasu gdy zaczęłam parać się pisaniem, zwracam większą uwagę na słowa – i te pisane, i te wypowiedziane - niektóre powiedzonka zasłyszane w rozmowie nawet notuję. Często słysząc ciekawą historię, zastanawiam się, czy nie wykorzystać jej w następnej powieści. Większość zdarzeń i sytuacji, które opisuję w swoich powieściach, wydarzyło się w rzeczywistości – albo mnie, albo moim znajomym, albo znajomym znajomych - nawet te historie najmniej prawdopodobne. Niestety zauważyłam również negatywne skutki zbyt wybujałej wyobraźni: od paru lat cierpię na bezsenność. Kiedy leżę w łóżku, nawiedzają mnie różne pomysły związane z moimi bohaterami, umysł non stop pracuje i przez tę aktywność mózgu nie mogę zasnąć.

***
Dziękuję wszystkim czytelniczkom za wzięcie udziału w konkursie. Miałam duży dylemat, do kogo ma zawędrować saga, ponieważ wszystkie pytania były bardzo interesujące i czasami wyjątkowo zaskakujące np. pana Wojtka. W końcu zdecydowałam, że tą osobą wyróżnioną zostanie pani Edyta Chmura, która już raz brała udział w podobnym konkursie z moją książką, tylko na innym blogu. Wtedy jej się nie powiodło, za to teraz dostanie aż trzy powieści ;)

--
Danka Braun
www.facebook.com/danka.braun

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Dziękuję serdecznie Pani Dance Braun za poświęcenie swojego czasu oraz za udzielenie Nam niezwykle interesującego wywiadu. 

Składam także gorące podziękowania wszystkim, którzy wzięli udział w konkursie i zadali pytania.

Gratuluje zwyciężczyni i pozdrawiam!!! 

Cyrysia

32 komentarze:

  1. Jejku, ale się cieszę :) Dziękuję bardzo za wyróżnienie i bardzo ciekawy wywiad :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawa pani!
    Gratuluję tak wspaniałego wywiadu!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jaki długi wywiad, gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj niezwykle długi i wyczerpujący wywiad, Pani Danka wydaje się bardzo ciekawą osobą :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pierwsze wspomnienie związane z książką - to bardzo ciekawe pytanie, bo odpowiedzią nie jest tytuł pierwszej przeczytanej książki, ale pierwszej, która zapadła w pamięć. To wiele mówi o człowieku :) super wywiad, takie zlepki pytań wychodzą najlepiej!

    OdpowiedzUsuń
  6. Wywiady u Cb zawsze są interesujące, może dla tego, że dajesz głos wielu postaciom i ktoś zawsze trafi w pytanie, które i ja bym zadała.
    Gratuluję wybranej. ;)

    Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  7. Chce mi się śmiać z siebie samej, bo jakoś nie wpadłam na to, że Danka Brown może pochodzić od Dana Browna. :P

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo obszerny wywiad. Ale warto było go przeczytać, by poznać autorkę.

    OdpowiedzUsuń
  9. A to ci Wena strojnisia ;)
    Gratuluję Edycie!

    OdpowiedzUsuń
  10. świetny wywiad...gratuluję Reniusia :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Znam tylko jedną osobę o imieniu Regina. Wiedziałam, że skądś kojarzę pseudonim:) Gratuluję wywiadu.

    OdpowiedzUsuń
  12. Świetny wywiad!
    A zwyciężczyni oczywiście serdecznie gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Udany wywiad, a Edycie zazdroszczę i gratuluję ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Świetny wywiad. Mnóstwo ciekawych rzeczy się dowiedziałam. :>

    gra-liter.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  15. Czekałam na ten wywiad ☺uwielbiam autorkę i jej odpowiedzi zdradzają dlaczego ☺

    OdpowiedzUsuń
  16. Mam na oku książkę tej pani, a po wywiadzie jeszcze bardziej chcę ją przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Książki pani Danki są wspaniałe :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Słyszałam o autorce jednak do tej pory nie przeczytałam żadnej jej książki, może kiedyś się zdecyduje, fajny wywiad :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Jestem bardzo ciekawa, czy taki ustawowy zakaz czytania zdałby egzamin. ;)

    OdpowiedzUsuń
  20. Cudowne masz te wywiady, już wspominałam, ale formuła mnie zachwyca:) no i gratulacje dla Edyty! :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Gratuluję ;) Wywiad fajny, lubię jak pytania pochodzą od wielu osób ;)

    OdpowiedzUsuń
  22. Bardzo ciekawy wywiad, chociaż przyznaję musiałam go czytać z przerwami, bo jest tak obszerny :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Co to był za wywiad! :) Cudowny!
    Gratuluję Edycie! Szczęściara z Ciebie :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Naprawdę zasypaliście autorkę pytaniami:) Sympatyczny wywiad:)

    OdpowiedzUsuń
  25. Jak ja lubię czytać u Ciebie wywiady:)

    OdpowiedzUsuń
  26. Jak zawsze czyta się z prawdziwym zainteresowaniem. ;)

    OdpowiedzUsuń

Zaglądaj, czytaj, przegryzaj moje słowa, ale wychodząc, zostaw po sobie niezatarty ślad swojej obecności...