czwartek, 13 listopada 2014

Konkurs z książką ''Trzy odbicia w lustrze''

***

Dziś przychodzę do Was z konkursem organizowanym wspólnie z Wydawnictwem Zysk i S-ka.

~

W każdej rodzinie są opowieści, anegdoty i legendy o pasjach, namiętnościach, zdradach czy słabościach przodków przekazywane z pokolenia na pokolenie. Podziel się z nami tą historią i zamieść w komentarzu. Dwie najciekawsze wypowiedzi nagrodzę książką ''Trzy odbicia w lustrze'' Zbigniewa Zborowskiego.

Recenzja książki ''Trzy odbicia w lustrze'': klik



 Regulamin:
1.Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga: Literacki Świat Cyrysi
2. Sponsorem nagród jest: wydawnictwo Zysk i S-ka.
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest napisanie w komentarzu opowieści, anegdoty lub legendy zasłyszanej w swojej lub czyjejś rodzinie.
4. Konkurs trwa od 13.11.2014 roku do 17.11.2014 roku do godz. 23.59
5. Wywiad oraz ogłoszenie zwycięzcy nastąpi 19 października 2014 roku.
6. Nagrodą są 2 egzemplarze książki: ''Trzy odbicia w lustrze''.
7. W konkursie mogą brać udział wszyscy chętni, którzy popiszą się imieniem/nickiem oraz podadzą adres mailowy.
8. Konkurs skierowany do osób posiadających adres zamieszkania w Polsce.
9. Ze zwycięzcą skontaktuję się drogą mailową. W przypadku, gdy zwycięzca w ciągu 7 dni nie odpowie na wiadomość, nastąpi wybór innego wygranego.
10. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)

Życzę powodzenia!

19 komentarzy:

  1. Nie wiem, czy to się liczy jako anegdota, ale mój dziadek (dziś już nie żyjący) ubarwiał moje dzieciństwo z pasją godną maniaka i uczył mnie alfabetu Morse'a... Dlaczego? Otóż, za czasów młodości marzył o zostaniu pilotem, niestety z uwagi na chuderlawą budowę i dość słabe zdrowie jego marzenie się nie spełniło. Musiał zadowolić się zwyczajną kilkuletnią karierą wojskową. Został specjalistą od alfabetu Morse'a i szczycił się znajomością języka kropek i kresek do końca życia, każdego dnia usiłując wbić w moją małą główkę proste komunikaty ti ti ti ta ta ta ti ti ti oraz inne przydatne jego zdaniem komendy. Dziś wspominam to jako uroczą dziecięcą zabawę, ale dla niego był to raczej sposób na uratowanie mnie, gdyby ponownie wybuchła wojna...
    Alfabet też przyczynił się do zdobycia serca mojej babci. Nie działały na nią polne kwiaty, biżuteria i cukierki znoszone przy byle okazji, ale "kocham cię" wypowiedziane alfabetem, na jednym wydechu babcia pamięta do dziś ;)
    Podobnych historii mogłabym Ci wypisać bez liku, chociaż one i tak najlepiej brzmią opowiadane przez moją babcię, każdego dnia i choć większość słyszałam po kilka razy i tak nie chcę jej przerywać. Wszak to chwila ulotna, którą chcę na zawsze zachować w pamięci.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja już mam swój egzemplarz, ale życzę powodzenia wszystkim uczestnikom. Warto brać udział w tym konkursie, bo książka jest rewelacyjna!

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy to jest anegdotka? Nie wiem... wiem, że to romantyczna historia, która sprawia, że wciaż wierzę w miłość.
    Lata powojenne, na podkarpackiej wsi. Moja Babcia jest prostą kobietą po wiejskiej szkole, a raczej trzech klasach. Przeżyła wojnę, prosto i cicho, bo w Turbi znowu Jeźdźcy Apokalipsy nie roztratowali. Było biednie i strasznie, Jej brat był w Auschwitz, ale przeżył. Babcia ma już swoje lata, bo jest po dwudziestce. Nadal jest biednie i ponuro, przyjeżdża firma Mostostal, mają budować most kolejowy na Sanie, Babcia gotuje obiady, bo jakoś trzeba dorobić. Poznaje tam starszego od niej mężczyznę. Pan jest od niej starszy o więcej niż ona ma lat. Pan pochodzi z dobrej rodziny, miał już żonę z którą nie żyje, ma syna. A jednak zakochują się i pobierają. Na dodatek, żyją wspaniale. Dziadek pochodził z wspaniałej, tolerancyjnej rodziny, która najpierw, przed wojną zaakceptowała żydówkę która przeszła na katolicyzm i wyszła za ich pierworodnego, a teraz akceptują chłopską narzeczoną, syna rozwodnika. Matka Dziadka będzie opowiadała mojej Mamie o balach, o debiutantkach. Dziadek, chociaż starszy i wykształcony, będzie robił to co Babcia mu każe, tylko raz postawi na swoim nie będzie chciał awansów, lepszej pracy, pieniędzy bo razem z żoną pokochał wieś. No i lepiej, żeby się nie wybijał, bo jeszcze wyjdzie na jaw, że w wojnę był nie tylko na robotach, ale i w AK. Babcia po śmierci Dziadka nie wyszła drugi raz za mąż, chociaż była jeszcze młoda. Do końca życia wspominała męża z tkliwością( a niełatwo się wzruszało) i największą sympatią. I za każdym razem jak przejeżdżam przez ten most, ciepło mi się na sercu robi :)

    Ale mi wyszło... sentymentalna się robię, to przez pogodę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Powodzenia, już czekam niecierpliwie na odpowiedzi ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wspomnienie, historia o której będę pisać nie dotyczy bezpośrednio mnie, ale ma z moją rodziną wiele wspólnego, a w zasadzie z historią jej powstania. Historia ma swoje korzenie w przedwojennej Warszawie, dotyczy bezpośrednio moich dziadków. W czasie pewnych wakacji moja babcia została wysłana do swojej ciotki na wakacje w stolicy, ciotka miała już swoje lata i z przyjemnością przyjęła siostrzenicę na wakacje, ta w zamian za pobyt miała jej pomóc z wysprzątaniem mieszkania i sporządzeniem
    przetworów na zimę. Dziadek natomiast jako młody silny chłopak poszukiwał dorywczej pracy, wraz z kolegami wyjechał w tamtejsze okolice by poszukać pracy w gospodarstwach w pobliżu Warszawy. Pracowali w tygodniu a niedzielę spędzali na zwiedzaniu stolicy. Szczęście chciało, iż moja babcia pewnej niedzieli również wybrała się na spacer po uroczych uliczkach, właśnie jednej z takich niedziel natknęli się na siebie i tak rozpoczęła się ich znajomość. Po pewnym czasie okazało się iż ich rodzinne
    domy są w niedalekiej odległości od siebie, znajomość więc nie podupadła po kilku tygodniach wakacji. Dziadek zachodził do babci coraz częściej, w Święta Bożego Narodzenia po półtora roku od ich pierwszego spotkania odbyły się ich zrękowiny, a latem po żniwach ślub i wesele. Czasy były ciężkie i przyjęcie nie było zbyt bogate, dwa króliki w sosie śmietanowym, kilka kołaczy z serem i domowa wieprzowa szynka, do tego kilka butelek samogonu. Jakże to wesele różniło się od tych które odbywają się
    teraz, ale to nikomu nie przeszkadzało, ważne iż powstała nowa kochająca się rodzina. W kilka lat po ślubie rodzina powiększyła się o trzy córki, w tym najmłodszą Irenę-moją mamę. To właśnie mama przekazała mi historię babci i dziadka, babcia niestety nie doczekała dnia moich narodzin, tak jak i dziadek. Dla mnie to wyjątkowa historia, wręcz brzmiąca jak z bajki, mająca spore znaczenie dla mojej rodziny, z pewnością przekażę ją mojej córeczce która jak na razie ogląda ze mną stare fotografie i mówi baba dada, umiejąc już wyszukać prababcię i pradziadka;)
    Ania
    anya_86@wp e-mail używany najczęściej;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Osobiście nie mam chyba takiej historii, ale chętnie poczytam te należące do innych. c:

    OdpowiedzUsuń
  7. Pomyślę, bo mam na książkę ochotę :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Tę historię , opowiadała mi moja już nieżyjąca prababcia. Jej mama była córką sołtysa w wiosce częściowo zamieszkanej przez Tatarów. Ich rodzina jako miała dość wysoką pozycję we wsi, dlatego też ojciec szukał dla niej godnego kandydata na męża. Marianna była już jednak zakochana - w pięknym czarnookim Tatarze, który pisał dla niej wiersze i mówił "mój ty aniele". Postanowili razem uciec i się pobrać, narażając się oczywiście na gniew jej ojca. Cała eskapada nie doszła jednak do skutku, gdyż w noc, w którą mieli uciec ktoś podpalił tatarskie jurty i ukochany mojej praprababki zginął gasząc płomienie. Marianna wyszła za szanowanego młodzieńca z nieodległej wioski i mimo, ze z czasem go pokochała, na zawsze jej wielką miłością pozostał czarnooki Tatar, a sentyment do ciemnookich brunetów w naszej rodzinie pozostał do dzisiaj:)
    kasiaj1-86@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  9. Chciałabym podzielić się pewną bardzo romantyczną, a przy tym burzliwą historią, dotyczącą mojej rodziny, a konkretnie mojej ciotecznej praprababci i ciotecznego prapradziadka.

    Otóż kiedy moja praprababcia – Aniela była młodą panienką, jej rodzice postanowili wydać ją za mąż za wybranego przez nich mężczyznę. Był on spokojnym, uczciwym człowiekiem, tyle że dość sporo starszym od Anieli. Ona na wieść o tym wpadła w czarną rozpacz, bowiem była ze wzajemnością zakochana w innym mężczyźnie – Janie. Jan był synem dobrych znajomych rodziców Anieli, obie rodziny były w przyjacielskich stosunkach, tak więc matka i ojciec Anieli nie mieli właściwie nic do Jana. Lubili go, lecz na przyszłego zięcia upatrzyli sobie kogoś innego, kto już wstępnie prosił ich o rękę ich córki.

    Serce nie sługa – mówi przysłowie i w przypadku Anieli sprawdziło się doskonale. Powiedziała sobie, że raczej umrze, niż wyjdzie za mąż za niekochanego człowieka. Do takiego drastycznego rozwiązania na szczęście nie doszło, choć plany, jakie powzięli Aniela i Jan były też trochę niebezpieczne. Otóż postanowili razem uciec i wyjechać gdzieś daleko. Do odległego miasta, a może i za granicę. Wszystkie najważniejsze przygotowania były już właściwie poczynione. Dlaczego napisałam, że plany te były niebezpieczne? Wiadomo, że gdyby ta ucieczka doszła do skutku, wywołałoby to wielki skandal, a rodzice pewnie wyrzekliby się Anieli. Doszłoby do skłócenia rodziny, a także rodziców obojga młodych. Ona, impulsywna i niecierpliwa, zapewne by się aż tak tym nie przejęła, przynajmniej z początku – w końcu to o nią w tej sprawie chodziło, tak więc myślała przede wszystkim o tym, jak uniknąć niechcianego małżeństwa. Jednak to Jan okazał się tym, który – mając na uwadze przede wszystkim dobre imię Anieli – uznał, że ucieczka nie jest najlepszym rozwiązaniem. Postanowił podejść do problemu z rozsądkiem. Udał się do rodziców Anieli i szczerze z nimi porozmawiał. Wyjawił swoje szczerze uczucia, jakie żywił do Anieli, wyznał też, że i ona go kocha. Można powiedzieć, że uderzył w czułą strunę serc rodziców swojej ukochanej, starając się ich przekonać, że jeśli zmuszą Anielę do małżeństwa niekochanym człowiekiem, unieszczęśliwią ją do końca życia.

    Wiadomo, że w dawnych czasach taki argument nie wszystkich przekonywał, nawet wręcz przeciwnie – mówiono zazwyczaj, że miłość przyjdzie po ślubie. Na szczęście rodzicom Anieli słowa Jana trafiły do przekonania, tym bardziej, że – jak wspomniałam – lubili Jana i cenili jego rodzinę. Tak więc odstąpili od wcześniejszego zamiaru i zgodzili się na ślub Anieli i Jana. Oboje byli bardzo szczęśliwi, także i w całym późniejszym wspólnym życiu. Żyli długo i szczęśliwie – jak to się mówi w baśniach, tyle że w przypadku moich prapradziadków była to prawda. :)

    Dorota
    april.dp1@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  10. Babcia opowiedziała mi tą historię. Jest trochę przerażająca.

    Moja babcia mieszkała w domku na wsi. W mieszkaniu tym były schody, prowadzące na pięterko na którym znajdował się korytarz i jeden pokoik. Na korytarzu tym było okno które pozwalało zobaczyć schody i drzwi wejściowe do domu. Pewnego dnia rozległ się w mieszkaniu dzwonek do drzwi. syn mojej babci był w pokoju na piętrze więc postanowił że zerknie przez okno na korytarzu sprawdzi kto przyszedł. Zobaczył mężczyznę ubranego całego na czarno, stojącego na schodach przed ich domem. Na dole była babcia która podeszła do drzwi by je otworzyć. Gdy uchyliła drzwi nikogo za nimi nie spotkała.
    Może ten mężczyzna miał być jakąś przestrogą?

    Patrycja
    patrycjaolszowka1230@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  11. Częściowo dość smutna opowieść, ale zatuszowano to zgrabnie dodatkiem, który moim zdaniem jest naprawdę zabawny. Autorką tej opowieści i siostrą chłopca, który stanie się bohaterem zakończenia jest moja kochana babcia Marianna, która mogłaby opowiadać takie historie codziennie do końca świata, bo aż tyle ich uzbierała.

    Moja babcia, wtedy kilkuletnia dziewczynka mieszkająca na wschodzie naszego kraju, na jakiejś zabitej dechami wiosce nie miała pojęcia czym dokładnie jest wojna, za co mordują, co powoduje nienawiść międzyludzką. Wychowana na posłuszne dziecko - właśnie taką była. Jak ognia unikała kłopotów, bo za każde wpadnięcie w tarapaty robiono jej nie tylko, kazanie, jak to ma miejsce obecnie. Niejednokrotnie dostawała cienkim,ale twardym kijem po dłoniach. Czy to w szkole miała problem z opanowaniem rosyjskiego, czy to w domu coś jej się nie udało - kara towarzyszyła jej od zawsze. Ale nadal była posłusznym dzieckiem.

    Widziała wojska. Ich dumne defilady. Niszczenie mienia ludzi, którzy odważyli się zbuntować. Widziała ich bogactwo, ich wiarę w to, czego przyszło im dokonać. Ich ufność w to, że mordowanie to odpowiedni sposób na osiągnięcie pokoju na świecie.

    Czy to raz słyszała ostre łomotanie do drzwi, które chwilę później były niemal wyłamywane z zawiasów przez żołnierzy, którzy mają przeszukać biedną chałupę i wszystkie inne budyneczki z drewna, które stawiał jej tata? Oj nie. Czasami miała nawet odwagę, by ruszyć śladem za młodymi ludźmi w mundurach, które aż błyszczały. Obserwowała ich zza rogu jak bagnetami niszczą snopy siana, jak rozwalają wszystko, co zostało doskonale ułożone. Po co to robili? W poszukiwaniu Żydów. Ale czy dziecko mogło to wiedzieć? Wpajano jej od zawsze - dla jej własnego dobra - że panowie robią dobrze, że jeśli kogoś postanowili ukarać, to mieli w tym jakąś słuszność. Ach, słodka naiwność dziecka.

    Ale zadziwiające jest to, że utkwił jej w pamięci jeszcze jeden obraz wojsk radzieckich. Obraz, który wzbudza litość. Ludzie, którzy dotąd chodzili z wysoko zadartą brodą, ludzie, którzy szczycili się tym, do kogo należą... Przyszedł ich czas. Jak na każdego. Ich klęskę oglądała cała wioska. Ludzie wychodzili do drogi, patrzyli, nie do końca wierząc, co to ma znaczyć. Oglądali obdartusów. Zniszczonych, podbitych, zakrwawionych, kulejących, głodujących... Prowadzeni - nie wiadomo dokąd - błagali o kromkę chleba, o łyk mleka albo wody. Płakali i kajali się przed tymi, których prześladowali. W tym przed małą dziewczynką, którą była moja obecnie pomarszczona babcia. Wiele kobiet rzuciło się po jakieś zapasy. Kobiety nie lubią - a może nie mogą? - patrzeć na ból i cierpienie. I wiele z nich przyniosło to, co miały. Kawałek chleba, kubek wody, jajko kurze... Wciskały to wszystko w poczerniałe, wykrzywione i niejednokrotnie okaleczone dłonie, próbując zajrzeć w cierpiące oczy.

    W tym całym zamieszaniu, cała rodzina mojej babci zapomniała o jej najmłodszym członku, pozostawionym na podwórku. Wszyscy wybiegli, by być świadkami upodlenia człowieka, jego zniszczenia. Ale co z dzieckiem? Nie na długo dało o sobie zapomnieć. Pełną cierpienia ciszę przerywaną pojedynczymi błaganiami i szuraniem setek stóp w piachu definitywnie przerwał jeden długi, przerażający i uderzający w serca wrzask dziecka. Rodzina mojej babci spojrzała po sobie, nie wiedząc w pierwszym momencie co się dzieje, ale ta kilkuletnia dziewczynka już wiedziała, że właśnie w tej chwili zasłużyła na karę. Zostawiła swojego braciszka!

    Jak najszybciej cała familia dotarła na podwórko, na którym panowało wielkie zamieszanie. Zamieszanie wśród gęsi, które hodowali, rzecz jasna. Co się działo? Otóż ten niespełna roczny bobas w jakiś sposób - do dziś nie wiadomo w jaki dokładnie - podpadł jednej grupce dużych gęsi. Te ani myślały go zignorować, tylko zaczęły machać wielkimi skrzydłami, uderzając go po ciele i strasząc tym niewyobrażalnie.

    Jak łatwo się domyślić, szybko wyratowano go z opresji w jaką wpadł, ale dziwnym trafem babci wszystko uszło na sucho.

    Kinga
    szitzux3@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  12. Tę anegdotę opowiada wciąż bardzo często mój dziadek. Jednych śmieszy, innych nie. Rozwesela natomiast mnie i właśnie dlatego postanowiłam ją przytoczyć.

    Rzecz wydarzyła się wiele lat temu, w czasach poprzedniego ustroju, gdy w sklepach raczej brakowało produktów. Dziadek, razem ze swoją kilkuletnią wówczas córką, a moją ciocią, wybrali się do miasta po cotygodniowe 'zakupy'. Dłuższy czas stali w kolejce. Gdy w końcu nadeszła ich pora, dziadek zwrócił się do sprzedawczyni: - Poproszę kawałek tego lecza. Osoby, które to słyszały, zaczęły się, delikatnie mówiąc, uśmiechać, a kobieta nie do końca zrozumiała, o co chodzi. Podobnie zresztą, jak mój dziadek... Na myśl mu nie przyszło, że pomylił lencz z leczem.

    "Incydent" ten pewnie nigdy nie wyszedłby na jaw, gdyby nie moja ciocia, która po powrocie do domu wszystkim o nim opowiedziała. Dziadek nie był z tego zadowolony, bo nie chciał przyznać się do pomyłki, ale na szczęście z czasem nabrał do tej całej sytuacji dystansu. A co najważniejsze, już nigdy nie pomylił tych dwóch, jakże różnych potraw. :)

    Edyta
    flower4@vp.pl

    OdpowiedzUsuń
  13. Mama mi opowiadała, że jak miałam 7 lat postanowiłam się wyprowadzić z domu bo stwierdziłam, że jestem dorosła i samej będzie mi lepiej, bo rodzice tylko krzyczą, każą się uczyć i dają szlabany. Więc wzięłam kij o szczotki, zapakowałam w chustkę bułkę, ulubionego misia, który odgania strachy i paczkę cukierków i to wszystko zawiązałam na końcu kija. Zarzuciłam wszystko na ramie i dumnie z uniesioną głową wyszłam z domu. Mieszkaliśmy w małej wsi, gdzie do sąsiada było kawałek drogi. Od razu po wyjściu zjadłam bułkę by się pokrzepić. I zaczęłam maszerować, a że już było szarawo, a ja bałam się ciemności, to serce coraz szybciej mi biło. Nie zaszłam za daleko kiedy nagle zaczął szczekać pies. Ja wzięłam nogi za pas i biegiem wróciłam do domu. Jak wróciłam to przeraźliwie płakałam, a mama tuliła mnie do siebie, a ja wciąż powtarzałam, że "świat jest pełen straszliwych potworów, a ja jestem biednym dzieckiem i te potwory czają się na mnie i chcą mnie pożreć" Od tamtej pory cała rodzina nazywała mnie Jasiem wędrowniczkiem

    Pozdrawiam Sylwia
    sylwka.sk91@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  14. Przegapiłam termin... Buuuuu...:(:(

    OdpowiedzUsuń

Zaglądaj, czytaj, przegryzaj moje słowa, ale wychodząc, zostaw po sobie niezatarty ślad swojej obecności...