piątek, 6 listopada 2015

Wywiad z Lilianą Fabisińską

Najka Photography
Moi Drodzy, 
zasypaliście autorkę mnóstwem pytań (ok. 90). Początkowo Pani Liliana zamierzała odpowiedzieć na wszystkie pytania, ostatecznie jednak doszłyśmy do wniosku, że najlepszą opcją będzie wybrać po jednym pytaniu od każdej osoby.  Mam nadzieję, że nie macie nam tego za złe :) Zapraszam do wywiadu.

~~ * ~~

Nataliaaa Books
Czym kieruje się Pani podczas kupowania nowych książek? Ważniejszy jest opis z tyłu czy może okładka?
 
Oczywiście, przyciągają mnie piękne okładki… albo okładki intrygujące… Czytam też opisy z tyłu… Ale tak naprawdę decydujące znaczenie ma coś, co nazywam testem pierwszego zdania. Zaglądam do książki i czytam sam początek. Zdanie, dwa, czasami trzy. Albo mnie „złapią” albo nie.

Ania
Gdzie najlepiej się Pani pisze ? W domku na wsi, na nadmorskiej plaży, w zaciszu swojego pokoju, w wannie...?
 
Zgodnie ze starą, ludową mądrością: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Nie mam biurka, piszę na kanapie, komputer stoi na malutkim stoliku do kawy… a kawa na podłodze, żeby nie wylała się na klawiaturę. Ale tak naprawdę pisać mogę wszędzie. Pisywałam już na dachu, na plaży, na statku, w samolocie, w wielu knajpkach na różnych krańcach świata, na wykładach uznanych profesorów…

mkwolek
A czy papuga, która gada, to czasem Pani podpowiada? I co najczęściej powtarza, gdy Pani pisze? 

Papuga, jak to papuga, powtarza to, co słyszy najczęściej – i co kojarzy jej się z miłymi rzeczami. A więc mówi na przykład „Daj jabłuszko. Gdzie jabłuszko? Szybciutko, no!, albo „Dobranoc, no to pa”. Fabularnie niezbyt to pomocne… ale sam fakt, że papuga siedzi mi na głowie w czasie pisania, naprawdę wprawia mnie w doskonały nastrój.

Magdalena Sz L
W jaki sposób znajduje Pani czas na to wszystko ? ( to co opisane w notce powyżej )
Jak mawia moja przyjaciółka Małgosia, multitaskuję. Czyli robię pięć rzeczy naraz. Czytam w wannie, piszę w kolejce do kasy w supermarkecie, podsłuchuję rozmowy w pociągu i w restauracji, co przydaje się w kolejnych książkach…
 
Kiedy zaczynałam pracę zawodową, jako dziennikarka w gazecie codziennej, siedzieliśmy w 10 osób w dużym pokoju. Każdy stukał swój tekst na maszynie, rozmawiał przez telefon (stacjonarny, przyczepiony kablem do ściany, więc nie można było wyjść w zaciszne miejsce), i jeszcze słuchał radia albo zerkał w telewizor, żeby dowiedzieć się, co nowego wydarzyło się na świecie. Hałas nie do opisania, i presja czasu… To doświadczenie sprawia, że zdążam z pracą na wyznaczony termin, dowolnie krótki (nie powinnam chyba mówić tego głośno), mam podzielną uwagę, i nie przeszkadza mi hałas. Mogę w każdych warunkach pracować, i w każdych odpoczywać, np. czytając książkę albo pisząc list. Nawet stojąc w zatłoczonej kolejce podmiejskiej…

Klaudia
Czy każdy autor pisząc swoją książkę tworzy swój własny, intymny świat? Czy miała Pani taki świat? Jeśli tak to jaki on był? Tajemniczy, emocjonujący, czy może spokojny?
 
Nie wiem, jak jest z innymi autorami. U mnie zawsze przychodzi taki moment w pracy nad książką, czuję go niemal fizycznie, że fabuła łapie mnie za gardło i już nie puszcza. To jest przełom… przedtem po prostu popisuję sobie w wolnych chwilach, między innymi obowiązkami. Potem zaś nie ma już odwrotu, zaczynam żyć pisaną historią przez 24 godziny na dobę. Piszę w samochodzie na światłach, piszę w łóżku chwilę po zgaszeniu światła, po omacku. Nie mogę się uwolnić od myślenia o bohaterach, co chwilę coś nowego przychodzi mi do głowy. Lubię ten etap, kiedy książka to ja, i kiedy nie mogę wygonić jej z głowy nawet zeznając na rozwodzie przyjaciółki jako świadek. Naprawdę mi się to zdarzyło. Sędzia zadaje pytanie, a ja prawie krzyczę „Momencik, muszę coś zanotować, bo mi ucieknie!”. Na szczęście zdołałam się powstrzymać…

izabela81
"Śnieżynki" to książka o tym, jak bardzo cienka jest granica między przyjaźnią a wrogością. Jakiej granicy nigdy by Pani nie przekroczyła w przyjaźni? 
 
Życie nauczyło mnie już, że nie warto mówić „nigdy”, „zawsze” i „na sto procent”. Są sytuacje, których nie umiemy sobie nawet wyobrazić, dopóki się nie wydarzą. Ale na pewno jest wiele takich granic, których przekroczenie może przyjaźń zakończyć. Staram się do nich nie zbliżać. Jedną z najważniejszych jest chyba lojalność. Przyjaciel musi wiedzieć, że jestem po jego stronie. Nawet jeśli sama postąpiłabym zupełnie inaczej. Wspieram go, bez względu na to, co postanowi. A jeśli uważam, że robi błąd, pakuje się w kłopoty, krzywdzi drugiego człowieka, szczerze mu o tym mówię. Kto ma mu powiedzieć, jeśli nie ja?

Małgorzata P
Wiele osób zamartwia się bez powodu, inne natomiast są wiecznie uśmiechnięte mimo niepogody za oknem. Czy uważa się Pani za optymistkę, czy raczej pesymistkę? Czy ma to odbicie w Pani powieściach i pracy zawodowej?
 
Jestem urodzoną optymistką, i chyba widać to w moich książkach. Moje szklanki są zawsze do połowy pełne, a za kolejnym zakrętem zawsze czeka cudowna niespodzianka… To chyba bardzo ułatwia życie.
Niestety, jestem też niepoprawną optymistką w kwestii deadlinów. Zawsze mi się wydaje, że zdążę… a potem siedzę po nocach i spędzam urlop pisząc po 18 godzin dziennie, żeby nie zawalić terminu.

Iza
Jeśli kiedykolwiek mogłaby Pani przenieść się do świata przedstawionego w dowolnej powieści, jaką Pani by wybrała i dlaczego? A może do żadnej?

Jest wiele fascynujących światów, które chciałabym odwiedzić. Nie będę oryginalna: na pierwszym miejscu jest Hogwart. Świat stworzony przez J.K. Rowling jest tak kompletny, fascynujący, groźny i piękny jednocześnie, że bardzo chciałabym się tam znaleźć!

martucha180
W książce „Z jednej gliny” Nora organizuje zajęcia z ceramiki. Skąd pomysł na glinę, lepienie z gliny? I czy Pani sama brała udział w takich warsztatach?
 
Tak, od lat lepię w wolnych chwilach z gliny. Niestety, nie robię tego tak często, jakbym chciała… bo i tych wolnych chwil bardzo w moim życiu brakuje. Lubię to bardzo, nie tylko ze względu na samą glinę... Ważniejsze jest chyba to, co się na takich warsztatach dzieje między ludźmi… Te babskie rozmowy, zwierzenia… Zupełnie inne niż w mojej książce, ale równie wariackie, chwilami śmieszne, chwilami smutne… Jak to w życiu. Jedna z moich najwspanialszych przyjaźni, która trwa do dziś, zrodziła się właśnie przy kole garncarskim.

dziobasek3
Z wykształcenia jest Pani kryminologiem i pedagogiem, czy pracowała Pani kiedyś w zawodzie? Skąd się wzięło zainteresowanie tymi dwoma, jakże różnymi, a zarazem podobnymi, zawodami?
 
Nigdy nie pracowałam jako kryminolog i nie uczyłam dzieci. Choć w tej chwili uczę pedagogiki studentów i piszę z niej doktorat, a więc mam z nią sporo wspólnego.
Obydwa te kierunki wybrałam po prostu po to, by poznać ludzką psychikę, mechanizmy funkcjonowania… dziecka… przestępcy… człowieka… To najbardziej mnie interesuje. Zapisałam się na te studia nie po to, by zdobyć zawód, ale po to, by się rozwinąć, dowiedzieć czegoś nowego. I chyba mi się to udało.

Beata Lewandowska
Jak Pani radzi sobie z jesienną chandrą?
 
Jaką chandrą? Ja uwielbiam jesień! To przecudowna, pachnąca liśćmi pora roku. Nawet te deszczowe i szare dni są bardzo inspirujące. Zresztą ja w ogóle jestem mało chandrowa… Chyba nie mam czasu na grzebanie we własnych smutkach. Skupiam się na smutkach moich bohaterów, to najlepsze lekarstwo!

Joanna Mikulec
Czy jest jakieś marzenie z Pani dzieciństwa, którego nie udało się dotąd zrealizować? A może jest Pani kobietą spełnioną?
 
Na pewno są takie marzenia… Ale raczej myślę „do przodu”, zamiast robić bilans tego, co się spełniło a co nie z dawnych pragnień i marzeń. Jest tyle nowych, cudownych możliwości… i tyle nowych marzeń, na których warto się skupić.
Wierzę, że jeśli bardzo czegoś pragniemy, uda nam się to osiągnąć. Tylko trzeba naprawdę włożyć w to maksimum wysiłku, uwagi, energii… A nie siedzieć i czekać, aż los ześle to, co sobie wymyśliliśmy.
Moje marzenia, te najważniejsze, zwykle się spełniają… Z moją pomocą, oczywiście, nie same z siebie!

Bogdan N
 „– Jeanno, kobiety potrafią kochać o wiele mądrzej niż my! One nie kochają mężczyzny dla jego wyglądu. Nawet jeśli on się im bardzo podoba. – Joaquin westchnął błogo. – Kobiety kochają cię przez wzgląd na twój charakter. Twoją siłę. Twoją mądrość. Albo dlatego, że potrafisz zaopiekować się dzieckiem. Bo jesteś dobrym człowiekiem, masz honor i godność. One kochają cię inaczej niż mężczyzna kobietę. Nie z powodu kształtnych łydek ani nie dlatego, że w swoim garniturze budzisz zazdrość u jej koleżanek z pracy. Owszem, istnieją też takie kobiety, ale są tylko jak zły przykład dla innych” (Nina George „Lawendowy pokój”). Co sądzi Pani o tym cytacie? Czy uważa Pani, że kobiety i mężczyźni inaczej kochają? Co dla kobiet jest ważne w miłości, w wyborze Tego Jedynego?
 
Nie lubię dzielenia ludzi w taki stereotypowy sposób. Kobiety wolą żółty a mężczyźni zielony. Kobiety kochają mocniej, a mężczyźni namiętniej. Kobiety wolą pączki, a mężczyźni kiełbasę. Świat jest znacznie bardziej wielowymiarowy! Nie da się powiedzieć, czego szukają kobiety… bo każda z nas jest inna. Co nie zmienia faktu, że bardzo cenię książki Niny George!

Katarzyna P-k
Jak zachęciłaby Pani osobę, która nie lubi czytać i stroni od książek, żeby jednak przełamała się i przeczytała właśnie Pani książkę? 
 
Nie namawiałabym wcale, żeby przeczytała akurat moją powieść. Raczej wpuściłabym takiego człowieka do pustej biblioteki, i powiedziała: poczekaj tu na mnie kwadrans. Może by się przełamał, widząc tyle cudowności? Nie uważam, że wszyscy muszą czytać akurat mnie… Ważne, żeby w ogóle dowiedzieli się, jak wspaniałą przygodą jest czytanie.

Izabela Łapacz
Gdyby musiałaby Pani wybrać jakiś zawód całkowicie niezwiązany z pisaniem to jaki byłby to zawód ? (związany z Pani innymi pasjami)
 
Chętnie prowadziłabym sklep papierniczy! Marzyłam o tym w dzieciństwie. Może mogłabym też pracować w księgarni lub bibliotece? To cudowna praca, i wielka odpowiedzialność – polecać ludziom książki, pomagać im w dokonywaniu wyboru… Miałam taką panią bibliotekarkę w dzieciństwie, w szkolnej wypożyczalni. Była czarodziejką, umiała dobrać książkę dla każdego z nas, tę doskonałą, właśnie dla niego…

Patrycja Sudoł
Nie bała się Pani wydania swojej pierwszej książki?
 
Chyba świadczy to o braku wyobraźni, ale nie… Wtedy nie było jeszcze blogów i facebooka, a więc życie autora było znacznie łatwiejsze… A poza tym po prostu cieszyłam się i czekałam, z czystą dziecięcą radością. I z tym przekonaniem debiutanta, że w dniu, gdy moja książka ujrzy światło dzienne, Ziemia zadrży w posadach… bo ludzie czekają właśnie na nią, właśnie jej potrzebują do szczęścia… ; )

Zosia Samosia :)
Do dziś pamiętam zapach ... ?
 
Grzybów, zbieranych na wakacjach nad jeziorem przez moich rodziców. A właściwie: grzybów i octu. Miałam wtedy 10, może 11 lat. Grzyby wyjątkowo obrodziły. Moi rodzice przynosili je wiadrami. Część suszyli nad kuchenką turystyczną, a resztę – o zgrozo – zalewali octem. Wszystko w ciasnym, drewnianym domku, pachniało octem i grzybami. Przez dwa tygodnie budziłam się i zasypiałam w tym zapachu. Oddychałam grzybowym octem. Od tamtej pory lubię grzyby jakby troszeczkę mniej niż we wczesnym dzieciństwie. A jednak, po tylu latach, to wspomnienie wywołuje na mojej twarzy szeroki uśmiech.

Cynicznie Ironiczna
Gdyby można było cofnąć czas to czy zmieniłaby Pani coś w swoim życiu ? 
 
Nie. Podjęłam sporo głupich decyzji, popełniłam sporo błędów, … jak każdy. Ale czy życie nie dlatego ma smak, że nie mamy szansy na ich naprawienie? I nie wiemy, co czeka nas jutro? Niech będzie, jak jest. Te błędy to przecież też część mojej historii… i także za ich sprawą jestem w tej chwili tym, kim jestem… w takim a nie innym miejscu mojego życia.

Gosia Pawlaczyk
Okładki Pani książek jest cudowne. Gdy jestem w księgarni, to aż krzyczą do mnie: "Przeczytaj mnie! Nie odchodź beze mnie!". Ma Pani na nie wpływ? Może sama Pani je projektuje?
 
Taka zdolna to ja nie jestem! Okładki „Córeczki” i „Śnieżynek” stworzyła Olga Reszelska, doskonały grafik i szefowa wydawnictwa Filia. Robi przepiękne okładki. Zakochałam się w nich tak bardzo, że kiedy Filia zaproponowała mi napisanie książki, powiedziałam od razu „Tak, chcę dla was pisać, bo macie piękne okładki”. Chociaż jestem okropną marudą, i przy „Córeczce” kręciłam głową chyba na 20 projektów, zanim pojawił się ten jeden jedyny…
Ale, z drugiej strony, nie brakuje głosów, że okładki moich książek wprowadzają w błąd. Są bowiem słodkie, cudowne, i zapowiadają cukierkową historię. A moje książki nie są tak całkiem z gatunku „lekkich, łatwych i przyjemnych”.

Edyta Chmura
Niedługo moja rodzina się powiększy i gdy zastanawialiśmy się z mężem nad imieniem dla dziewczynki zaproponowałam Lilianę. Przyznaję, że właśnie dzięki Pani, bo nie miałam do czynienia z nikim innym o tym imieniu, a jak spojrzałam na regał z książkami, to tak mi podpasowało - córeczka Lilianka :) Wprawdzie nic z tych planów nie wyszło, bo moja kobieca intuicja zawiodła i jednak będzie chłopczyk, ale pozostając w temacie imion. Jaką zasadą kieruje się Pani przy wyborze imion dla swoich postaci - zwraca Pani uwagę na ich symbolikę, dobór jest przypadkowy czy na zasadzie skojarzeń cech z kimś znajomym? Ma Pani takie mocne skojarzenia, że przykładowo Marta to osoba zawzięta i zarozumiała, i nie nazwałaby tak Pani pozytywnej bohaterki?
 
Bardzo mi miło, że tak Pani „podpasowała” Lilianka… No i gratuluję powiększenia rodziny!
Jeśli chodzi o imiona moich bohaterów to faktycznie przywiązuję do nich duże znaczenie… Nawet tych drugo- czy trzecioplanowych nie nazywam przypadkowo, bez zastanowienia. Zawsze mam pod ręką leksykon imion. Wertuję go tak długo, aż trafię na to właściwe. Dopóki jakaś postać nie ma odpowiedniego imienia, historia nie może ruszyć się do przodu. Miałam taki przypadek, pisałam o Paulinie, i nijak mi nie wychodziło. Dopiero po kilku dniach doznałam olśnienia: To wcale nie jest Paulina, ona ma na imię zupełnie inaczej. I wtedy akcja ruszyła z kopyta.
Nie umiem powiedzieć, dlaczego ktoś nazywa się tak, a nie inaczej… Gdyby to nie brzmiało tak głupio, to powiedziałabym, że postaci same wybierają swoje imiona ; ).

Robert
Kto jest Pani literackim mentorem?
 
Nie mam mentorów, guru… Mam za to ludzi, którzy wpływają na ostateczny kształt moich powieści i których uważnie słucham. To redaktorzy. Wielu autorów boi się pracy z redaktorem, złoszczą się, kiedy redaktor proponuje zmiany… Ja uwielbiam i bardzo cenię dobrych redaktorów, i ten etap pracy, kiedy ‘trzecie oko’ patrzy na książkę z zewnątrz i coś mi podpowiada… Pamiętam pracę nad moją pierwszą powieścią „Amor z ulicy Rozkosznej” z cudowną redaktorką, Panią Kasią Leżeńską. Na marginesie jednego z rozdziałów znalazłam jej dopisek „Pani Liliano, w tym fragmencie Pani chyba nie lubi głównego bohatera. Wyraźnie Panią wkurza”. I to była racja! Pisałam ten kawałek w złym humorze, w pośpiechu… a ona to zobaczyła! Nie miała uwag językowych, stylistycznych, fabularnych… miała za to uwagę do nastroju narracji! Musiałam wrócić na te strony i przejrzeć je jeszcze raz… znowu z sympatią dla bohatera.
Dziś coraz mniej jest takich redaktorów… Warto więc o nich dbać, chuchać i dmuchać, zanim znikną, wessani przez ‘sprawny i szybki zoptymalizowany proces wydawniczy’, gdzie zastępuje ich korekta robiona w kilka godzin, byle szybciej i taniej…
Jedną z moich ostatnich książek redagowała Iwona Krynicka. Cudowne doświadczenie, wspaniałe redaktorskie oko… Nie przerabia książki na swoją modłę, rozumie to, że każdy autor ma swój styl… a jednocześnie jest bardzo uważna, dostrzega każdy niedoskonały drobiazg, niekonsekwencję… No i ma w sobie tę życzliwość dla autora i dla jego książki, to przekonanie, że razem możemy sprawić, że będzie jeszcze lepsza. Iwonko, dziękuję Ci za wszystko!

Gab riela
Jaki tytuł nosi Pani ulubiona książka z dzieciństwa? Jak często Pani do niej wracała?
 
Są na mojej półce dwie takie książki, zaczytane niemal na strzępy. Obydwie niezbyt popularne. Jedna to „Fikołek”, J.C. Grunda, o pewnym pluszowym misiu, który wypadł z okna pociągu, którym podróżowała jego właścicielka. Cała książka to dramatyczna próba odzyskania niedźwiadka. Mam swojego misia, z którym spałam przez wiele lat, oczywiście o imieniu Fikołek. Moja córka też ma swojego Fikołka i też kocha tę książkę… Taka rodzinna tradycja.
Druga książka to szwedzka „Podróż z rondlem” Edith Unnerstad (w Polsce jedno z wydań nosiło tytuł „Szalone wakacje”). Zwariowana historia o wielodzietnej rodzinie aktorów, która dostaje w spadku dwa konie pociągowe, Labana i Lottę, i jeździ po całym kraju dziwacznym taborem, handlując garnkami. Po latach byłam służbowo w stajni, miałam robić w wywiad z mistrzynią świata. Na padoku stały perszerony. Konie pociągowe z tej książki! Rzuciłam notes w piach i pobiegłam z piskiem „Laban i Lotta! Perszerony! Zawsze chciałam je zobaczyć!”.

Kasia Piwoda

Czy zanim zabrała się Pani do napisania "Śnieżynek" musiała się Pani jakoś przygotowywać do tego tematu czytając np jakąś literaturę dotyczącą leczenia niepłodności i in vitro?
 
Tak, oczywiście. Czytałam książki, wchodziłam na blogi kobiet walczących z niepłodnością, na fora internetowe. Rozmawiałam z lekarzami i psychologami. A przede wszystkim, miałam wśród moich przyjaciół dwie pary, które przeszły całe leczenie. Dziś mają dzieci urodzone dzięki in vitro. Jedna z tych par oddała zarodki do adopcji… To było moje najważniejsze „źródło wiedzy”.

Szczęśliwa Mama

Pani Magdalena Witkiewicz bardzo często Panią wspomina na swoim FB. Jak Panie się poznałyście? Jestem pewna, że to miłość do książek Pani do siebie przyciągnęła :)
 
Oczywiście, poznałyśmy się dzięki książkom. To nie była przyjaźń od pierwszego wejrzenia. Znałyśmy się już od pewnego czasu… Byłam u Magdy na kawie, w sierpniu zeszłego roku. Zapytała „Co teraz piszesz?”. Powiedziałam, że właśnie zaczynam nową książkę. Zaczyna się od tego, że pewna kobieta otwiera drzwi, a za nimi stoi młoda dziewczyna i mówi… Magda krzyknęła „To ja piszę taką książkę! To u mnie kobieta otwiera drzwi, za którymi stoi nieznajoma dziewczyna i mówi…”. Po chwili dowiedziałyśmy się jeszcze, że w obu książkach są wątki medyczne. A potem już bałyśmy się rozmawiać, żeby nie okazało się, że wymyśliłyśmy tę samą książkę. Napisałyśmy do wydawcy (szczęśliwie obie pisałyśmy te książki dla wydawnictwa Filia), z prośbą, żeby sprawdził, czy konspekty, które od nas dostał, różnią się czymkolwiek. Powiedział, że tak, różnią się i to bardzo. Że mamy się nie przejmować i pisać. Pisałyśmy więc… rozmawiając całymi dniami, wspierając się, motywując. I niemal do końca nie mówiąc sobie, o czym właściwie piszemy – żeby się wzajemnie nie zasugerować, nie poprowadzić podobnie żadnego wątku… „Córeczka” i „Pierwsza na liście” powstawały równocześnie. I choć zaczynają się podobnie, to jednak naprawdę się różnią. Właśnie od tamtej śmiesznej sytuacji zaczęła się nasza przyjaźń.

Ania Wolniak

Gdyby żyła Pani w ubiegłym stuleciu, to którą ze znanych osób chciałaby Pani być i dlaczego? Może to bohaterka książki?
 
W ubiegłym stuleciu? Czyli w XX wieku? Żyłam w nim przez prawie 30 lat… I były to fascynujące lata. Dojrzewanie w momencie, gdy w Polsce, w Europie, tyle się zmieniało… Granice otwierały się dosłownie na moich oczach. Cieszę się, że pamiętam z dzieciństwa to, że nie zawsze tak było… Że pamiętam puste półki w sklepach, paszporty, które na każdy wyjazd trzeba było ‘wypożyczać’ z urzędu, wizy do Niemiec czy Anglii… Mam to szczęście, że pamiętam świat z „Misia” czy „Rejsu”, ale dorosłe życie zaczęłam już w wolnej Polsce, mając możliwości, których nie mieli moi rodzice, czy nawet ludzie starsi ode mnie o kilka lat… Nie chciałabym więc być nikim innym, tylko sobą!
A jeśli pyta Pani o wiek XIX – to stanowczo nie chciałabym w nim żyć. Nie dla mnie gorsety, długie suknie i grzeczne przytakiwanie mężczyznom. Pewnie zostałabym feministką, sufrażystką, albo innym „dziwadłem”, wytykanym w tamtych czasach palcami!

Aneta Pachurka

Co czuje pisarz, gdy odnosi sukcesy? Gdy jego książki zbierają pozytywne opinie, gdy wszyscy zachwycają się pomysłem, polecają książki innym? Jakie emocje towarzyszyły Pani, gdy Pani książki się podobają?
 
Każdy lubi, kiedy to, co robi, jest doceniane. Nieważne, czy jest to książka, którą napisaliśmy, czy ciasto, które upiekliśmy… Wspaniale jest słyszeć „dziękuję”. Opinie czytelników są dla mnie szalenie ważne, dodają skrzydeł, motywują do ciężkiej pracy. Ale nie można wpaść w pułapkę pisania „pod publikę”, myślenia „Napiszę o tym, bo to się dobrze sprzeda”, „Takie wątki wzruszają, wsadzę jeden z nich do książki”, „To na pewno się spodoba”. Gusta czytelników mogą się zmienić… Goniąc za akceptacją możemy więc zapędzić się w kozi róg.
Moja była szefowa mówiła często „Nie jestem studolarówką, nie muszę się wszystkim podobać”. To prawda! Żadna książka nie jest „dla wszystkich”, żadna nie przypadnie do gustu każdemu, kto weźmie ją do ręki. Staram się pisać historie, które mnie elektryzują, kiedy o nich myślę… Pisać najlepiej, jak potrafię. To taki pozorny paradoks: pisać dla czytelnika, ale nie myśleć o nim i o tym, co mu się spodoba, w czasie pisania.
Przy pracy myślę o bohaterach, i ich historii… inaczej to nie będzie dobra książka.

Sylwka S.

Myślę, że każdy z nas ma w życiu swoje pasje, dla których poświęca swój czas i w których odnajduje ucieczkę i szczęście. Jaka pasja oprócz pisania pochłania Panią w całości, aż zapomina Pani o otaczającym świecie?
 
Zdecydowanie czytanie! Wczoraj o północy weszłam do wanny z książką Harlana Cobena. Kilka razy dopuściłam trochę ciepłej wody, bo jakoś dziwnie szybko stygła… a potem spojrzałam na zegarek. Była 2.30.

Wróblica
Czy uważa Pani, że ręczne pisanie listów na pięknych papeteriach, kiedyś całkowicie zaniknie? Obecnie większość ludzi zamieniło pocztę tradycyjną na tę elektroniczną. 
 
Zaczęłam pisać listy do koleżanek z zagranicy jeszcze w podstawówce, przede wszystkim po to, żeby nauczyć się angielskiego… A także dlatego, że marzyłam o tym, że będziemy odwiedzać się wzajemnie. Z tego powodu korespondowałam, i do dziś koresponduję, tylko z dziewczynami. Wiedziałam, że rodziców łatwiej przekonam, żeby puścili mnie do koleżanki niż do kolegi.
Wtedy nie było jeszcze internetu… Dziś faktycznie ludzie porozumiewają się przez sieć, jest to szybkie, proste, naturalne, szalenie wygodne. Ja oczywiście też piszę maile i używam komunikatorów, żeby szybko z kimś coś ustalić, porozmawiać… ale jednocześnie pielęgnuję te papierowe znajomości, kupuję papeterie, czasami w Niemczech, bo w Polsce o nie coraz trudniej… Kiedy wyjmuję ze skrzynki tłuściutką kopertę, zaadresowaną znajomym charakterem pisma, ze znaczkami ze Szwecji czy Australii, czuję się, jakby nieoczekiwanie przyszło dodatkowe Boże Narodzenie. Za każdym razem, od lat, jest tak samo! To nigdy mi nie spowszednieje…
Wiem, że jest ciągle wiele osób, także bardzo młodych, które listy papierowe piszą. I bardzo mnie to cieszy. Wierzę, że te tradycyjne listy przetrwają, one spełniają inną funkcję niż maile… Przynajmniej dla mnie.

Ela Ruda
Jakie wspomnienie z dzieciństwa wywołuje największy uśmiech na Pani twarzy?
 
Miałam fantastyczne dzieciństwo. Zupełnie zwyczajne, szczęśliwe, spokojne. Z rodzicami i babcią, psem, kanarkiem, świnką morską… i z moją przyjaciółką, mieszkającą vis a vis. Z jej mieszkania do mojego szło się może 30 sekund, może 40 – zależnie od tego, czy biegło się po dwa schodki, czy po trzy. Byłyśmy jak papużki nierozłączki. To ona nauczyła mnie, że przyjaźń to jedna z najważniejszych i najpiękniejszych rzeczy w życiu. Jest tyle wspomnień, które sprawiają, że śmieję się od ucha do ucha. Na przykład to, jak umilałyśmy sobie czas, dzwoniąc pod numery z gazetowych ogłoszeń i udając, że chcemy kupić futro z norek, tonę węgla albo mieszkanie… To, co akurat oferowano w tej gazecie na sprzedaż. Miałyśmy wtedy może dziewięć lat. Mniej więcej w tym wieku sporządziłyśmy też szczegółowy plan wysadzenia szkoły w powietrze… A poza tym, byłyśmy bardzo grzecznymi, piątkowymi uczennicami!

Emis

Pisze Pani dużo o przyjaźni. Stara się Pani w nich przemycać własne doświadczenia, czy kreuje idealną według Pani historię przyjaciół? Jakby ona wyglądała?
 
Uważam przyjaźń za kotwicę, która sprawia, że bez względu na życiowe zawieruchy nigdy nie rozbijamy się o skały. Za jedną z największych, najwspanialszych i najpotrzebniejszych rzeczy w życiu… I zawsze piszę o niej z ogromną przyjemnością, radością i przekonaniem.
Nie opisuję w książkach swojego życia, ani swoich przyjaźni. Tego, co opowiadają mi ludzie, też nie opisuję… Choć na pewno czerpię inspirację z różnych historii, czasami z drobnych fragmentów, z jakichś zasłyszanych zdań, potem pozszywanych ze sobą jak patchwork… Większość książek powstaje jednak całkowicie w mojej wyobraźni.
A swoje własne przyjaźnie, zostawiam tylko dla siebie. Są, jak miłość, sprawą zbyt prywatną, by mówić o niej głośno, ze szczegółami. Mam to szczęście, że jest kilka osób, które mogę przyjaciółmi nazwać… A ja naprawdę nie nadużywam tego słowa, i muszę zjeść z kimś beczkę soli, żeby powiedzieć, że to prawdziwa przyjaźń,

Martyna K.
Jaką powieść planuje Pani w najbliższym czasie? Jakie tematy będzie poruszać?
 
Tym razem będzie odrobinkę lżej. Po „Córeczce” i „Śnieżynkach”, które były naprawdę poważne i wyczerpujące emocjonalnie, i dla mnie i dla czytelnika, pracuję nad powieścią nieco weselszą. A tak naprawdę nad trzema powieściami – bo mam nadzieję, że będzie to cykl… A jednocześnie piszę już szkice to innej powieści, znowu poważnej, dramatycznej, dotykającej pewnego tabu… Ale spróbuję najpierw skończyć tę lżejszą, zanim poważna historia na dobre mnie złapie i nie puści do ostatniej kropki…

 ~~ * ~~
Nagrodę w postaci książki ''Śnieżynka'' otrzymują:
izabela81 - za to, że pytała konkretnie o moje książki, zamiast zadać pytania, które padały już wielokrotnie, i które pasują do każdego pisarza (a nawet każdego człowieka).
Kasia Piwoda - za zainteresowanie 'kuchnią' pisania książek, i tym, jak pracuje autor...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Dziękuję serdecznie Pani Lilianie za poświęcenie swojego czasu oraz za udzielenie Nam niezwykle interesującego wywiadu.  

Składam także gorące podziękowania wszystkim, którzy wzięli udział w konkursie i zadali pytania.  


Pozdrawiam,
cyrysia

20 komentarzy:

  1. Gratulacje! Wywiad bardzo ciekawy. Odpowiedzi na wszystkie pytania zajęłyby chyba kilka stron :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za wyróżnienie, bardzo bardzo się cieszę! Wywiad interesujący i długi mimo, że pani Liliana odpowiedziała każdemu po jednym pytaniu. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Obszerny, ciekawy wywiad. Nie po raz pierwszy przekonuję się, że warto poświęcić czas na lektury autorki. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Fantastyczny wywiad. Czekam na tę lżejszą tematycznie pozycję, ale jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić. Dla mnie autorka zawsze będzie tą, która zabiera głos w ważnej sprawie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Sympatyczna Pani :)
    Gratuluję wywiadu oraz wygranym :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ile pytań, jakie zainteresowania autorką. Tylko pozazdrościć!

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo ciekawy wywiad. Aż nabrałam ochoty na poznanie twórczości tej autorki. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. O rety, 90 pytań, no nieźle :) faktycznie, najlepiej powybierać po jednym od każdej osoby. Inaczej chyba by nie skończyła odpowiadać :D Podoba mi się odpowiedź tej Pani na pytanie, co innego robiłaby, jeśli nie pisała- bo też chętnie widziałabym samą siebie w bibliotece, ewentualnie nawet w tym sklepie papierniczym, ale to już mniej (wolałabym po prostu księgarnię:D )

    P.S. Kochana Cyrysiu, organizuję u siebie wymiankę świąteczną z akcentem książkowym. Będzie mi bardzo miło - bardzo, bardzo! :) - jeśli dołączysz do zabawy. W tamtym roku było super! :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak zwykle najbardziej mnie zainteresowało pytanie, nad czym autorka pracuje obecnie, mimo że nie znam jeszcze jej poprzednich powieści;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Wow, 90 pytań... rozumiem teraz opóźnienie, a laureatkom gratuluję

    OdpowiedzUsuń
  11. W końcu ktoś, kto kocha jesień jak ja!

    OdpowiedzUsuń
  12. Wywiad jak zawsze interesujący i gratulacje dla zwycięzców

    OdpowiedzUsuń
  13. Po raz kolejny bardzo ciekawy wywiad. Gratuluję wygranej :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Jak widać autorce nie straszne deadliny :) Ciekawy wywiad, aż ciepło bije z odpowiedzi :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Bardzo ciekawy wywiad, czekam na tworzącą się serię.

    OdpowiedzUsuń
  16. Bardzo dziękuję za udzielenie odpowiedzi na moje pytanie :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Bardzo dziękuję za udzielenie odpowiedzi na moje pytanie :)

    OdpowiedzUsuń

Zaglądaj, czytaj, przegryzaj moje słowa, ale wychodząc, zostaw po sobie niezatarty ślad swojej obecności...