"Bądź osobą dającą wsparcie. Świat ma już wielu krytyków." - Dave Willis ❤

niedziela, 15 września 2013

KONKURS z książką ,,Umysł w ogniu''.

Fascynująca podróż w głąb zaatakowanego tajemniczą chorobą umysłu, seria błędnych diagnoz i cudem wywalczone wyzdrowienie.

Recenzja: KLIK.


Dziś mam do rozdania 1 egzemplarz książki ,,Umysł w ogniu'' Susannah Cahalan. Aby go zdobyć należy w komentarzu opisać swoją (ewentualnie czyjąś) najbardziej szaloną bądź przerażającą przygodę.

Osoba, której wydarzenie najbardziej mnie zaskoczy otrzyma niepowtarzalną, opartą na faktach książkę Susannah Cahalan.

Zapraszam do zabawy.

Zapraszam również do polubienia wydawnictwa FILIA na Facebooku, głównego sponsora w/w nagrody: KLIK.

Regulamin:
1.Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga: Świat książek i ja...
2.Sponsorem nagród jest wydawnictwo FILIA.
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest opisanie w komentarzu swojej (ewentualnie czyjejś) najbardziej szalonej bądź przerażającej przygody. 
4. Konkurs trwa od 15 września 2013 roku do 19 września 2013 roku do godz. 23.59
5. Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi 21 wrzesień 2013 roku.
6. Nagrodą jest 1 egzemplarz książki ,,Umysł w ogniu'' Susannah Cahalan.
7. W konkursie mogą brać udział osoby posiadające blogi oraz anonimowy uczestnicy, którzy popiszą się imieniem/nickiem oraz podadzą adres mailowy.
8. Konkurs skierowany do osób posiadających adres zamieszkania w Polsce.
9. Ze zwycięzcą skontaktuję się drogą mailową. W przypadku, gdy zwycięzca w ciągu 7 dni nie odpowie na wiadomość, nastąpi losowanie innego wygranego.
10. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
banerek dla zainteresowanych

32 komentarze:

  1. Ja nie wezmę udziału, ale życzę innym pomyślności i twórczych odp. ;) Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak coś wymyślę, to wezmę udział, ale nie obiecuje :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Biorę udział :) napiszę coś i prześlę

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam chrapkę na tą książkę, może coś uda się napisać :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jest taka historia, która krąży po woj. świętokrzyskim od długiego czasu. Podobno jest prawdziwa, aczkolwiek urosła już do rangi mrocznej legendy...

    Jest letni wieczór - jeden z wielu, niczym szczególnym niewyróżniający się. Pogoda dopisuje. Nieopodal jednej ze świętokrzyskich miejscowości kobieta kierująca autem osobowym, zmierza jedną z dróg do sobie tylko znanego celu. Jednak w trakcie podróży coś niedobrego zaczyna dziać się z autem - jakieś dziwne dźwięki, stukoty... Kobieta zjeżdża w dogodne miejsce, gdzie może się na chwilę zatrzymać (na pobliskiej stacji benzynowej stoi kilka dużych aut dostawczych) i wysiada z samochodu. Najpierw obchodzi je wkoło i sprawdza stan opon - najprawdopodobniej to nie one są źródłem hałasu. Postanawia, więc zajrzeć pod maskę - nie zna się na mechanice, ale liczy, że może coś rzuci się jej w oczy. Jednak znów nic podejrzanego nie zauważa. Wsiada z powrotem do auta i rusza w dalszą drogę. O dziwo, tym razem już nie słyszy żadnych hałasów, więc po cichu liczy, że spokojnie dotrze do celu.

    Nagle słyszy klakson. Nie jeden, i nawet nie dwa - słyszy ich całą serię! Zdezorientowana kobieta nie wie, o co chodzi. Nie stwarza zagrożenia na drodze, nie utrudnia ruchu. Patrzy w lusterko i widzi tuż za swoim autem ogromne reflektory TIRa. Serce podchodzi jej do gardła, puls przyśpiesza do skrajnych wartości, ale mimo to kobieta postanawia się zatrzymać. Kierowca TIRa również to robi. Z lekka rozzłoszczona tym, że mężczyzna ją tak przestraszył, szybkim krokiem podchodzi do kabiny TIRa i pyta kierowcę o co mu chodzi. A on na to:

    - Jezu, myślałem, że pani już się nie zatrzyma! Widziałem jak do pani auta wchodzi ktoś z siekierą!

    Niewiele myśląc, mężczyzna wyskakuje z kabiny auta zabierając ze sobą ciężki przedmiot do obrony. Pewnym ruchem otwiera drzwi do auta kobiety. W środku nikogo nie ma a po mrocznym pasażerze została tylko jedna pamiątka - siekiera leżąca na tylnym siedzeniu...

    Kierowca TIRa najprawdopodobniej uratował tej kobiecie życie, bo wyjeżdżając ze stacji widział jak szaleniec z siekierą wchodzi do auta kobiety, gdy ta zajęta była szukaniem awarii. Zaabsorbowana szukaniem usterki, nie usłyszała jak drzwi auta po cichu zamykają się... Dopóki klakson kierowcy TIRa nie zmusił jej do zatrzymania się, nie zorientowała się, że z tyłu ostrze siekiery już czyha na jej życie...

    Jakiś czas później ta sama kobieta słuchając najświeższych informacji w lokalnym radiu dowiedziała się, że poprzedniego wieczoru jakiś szaleniec zabił młodą dziewczynę posługując się siekierą…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brawa dla pierwszej odważnej. Historia porażająca ;-)

      Usuń
    2. Straszna historia! już zawsze będę sprawdzać tył samochodu przed dalszą podróżą...

      Usuń
    3. Moje drogie, ja tylko "podałam dalej" zasłyszaną historię... Jeśli faktycznie jest prawdziwa to faktycznie lepiej sprawdzić auto przed podróżą... :)

      Usuń
  6. Całkiem fajny konkurs. :) Być może coś napiszę.

    http://our-kingdom-of-books.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. W konkursie nie biorę udziału, życzę powodzenia.
    PS Otagowałam cię w zabawie "Zaksiążkuj nazwę bloga". Jeśli chcesz wziąć udział, szczegóły u mnie.
    Pozdrawiam,
    My Paper Paradise

    OdpowiedzUsuń
  8. Aj, mam nadzieję, że coś przyjdzie mi do głowy :)

    OdpowiedzUsuń
  9. obserwuję jako; poloniamartyna
    mail; m_kowalewska_1a@wp.pl
    historia; Kiedyś w zimę wybrałam się z moim ukochanym na sanki (szaleństwa nigdy dość). Oczywiście na mojej twarzy był full wypas makijaż. No właśnie był, ale tylko do pierwszego zjazdu z górki. Zjechałam sobie na dół na plecach, ale przyjmowałam różne 'pozycje'. Żeby była większa frajda na sam koniec się wywróciłam, gapa ze mnie. Przez jakiś czas zastanawiałam się dlaczego ludzie tak dziwnie się na mnie patrzą. Sądziłam, że to wszystko przez tą niefortunną wywrotkę. Przyczynę tego poznałam dopiero robiąc sobie jakże pamiątkowe zdjęcie telefonem. I gdy tak sobie przeglądałam galerię zauważyłam, że miałam oczy jak panda. No a po prostu mój nieśniegoodporny makijaż nie wytrzymał tak wyczynowej jazdy i się zwyczajnie rozpłynął. Do tej pory zastanawia mnie tylko jeden fakt dlaczego chłopak, który był tam ze mną nic mi nie powiedział. Usprawiedliwiam to sobie tylko powiedzonkiem miłość bywa ślepa, no coż. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale doskonale Cię rozumiem! miałam podobną przygodę w liceum.. Padało, ja pięknie pomalowana ruszyłam do szkoły, gdzie wszyscy na mnie patrzyli się dziwnie.. Pogadałam jeszcze z kolegą, który mi się podobał i ruszyłam na zajęcia. Koleżanka przerażona zabrała mnie szybo do toalety i tam zobaczyłam swoją twarz...pandy:D Ale się wtedy wstydziłam, masakra :D

      Usuń
  10. Nie przebiję Ewy, aczkolwiek ta historia przydarzyła mi się naprawdę. Kilka lat temu tata w wakacje rozbił samochód. Mieliśmy już opłacony drogi wyjazd na kolejny miesiąc, więc szybko załatwiliśmy auto z leasingiem i pojechaliśmy. Około 5 nad ranem wyjechaliśmy. Sama jazda wolna i spokojna, chociaż do przejechania parę setek kilometrów. Byliśmy mniej więcej w jednej trzeciej trasy. Dojeżdżaliśmy do ostrego zakrętu w środku lasu. Z obu stron drogi rowy na parę metrów. Jesteśmy jakieś 200-300 metrów od zakrętu z prędkością 40-50 km na godzinę, bo to końcu zakręt, a zza niego nagle naszym pasem wyjeżdża tir i jedzie prosto na nas, bo wyprzedza inny rząd tirów. My przerażeni. Nie ma gdzie zjechać, nie zatrzymamy się, bo za nami rząd samochodów, a ten prosto na nas i przyspiesza. Tata zwolnił tak bardzo, jak tylko mógł. Wszyscy już się żegnaliśmy, kiedy tir w ostatniej chwili zjechał na swój pas. Cały zakręt tak wolno przejechaliśmy i potem dopiero tata miał odwagę wrócić do odpowiedniej prędkości. Dziś tylko ja i tata to pamiętamy, siostra i mama już nie, a psa, który z nami jechał, niestety nie ma, ale pamiętam, że wyczuwał naszą nerwówkę i też się do nas tulił z całej siły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o rany, ale musiało być przerażająco. Ja pamiętam jak byłam mała i jechałam z rodzicami pierwszy raz nad morze - naszym pierwszym samochodem polonezem, a było to świeżo po dostaniu przez tatę prawka. Było ciemno, las, tato zdenerwowany - pierwsza dłuższa, tak daleka podróż. Przed nami sznur światełek, ojciec mruczy co to choinka oświetlona na drodze na takiej wąskiej drodze, zwariowali. Mama zauważyła słusznie, no ale jak choinka ze światełkami latem? I zaczęła krzyczeć, a tato w ostatniej chwili skręcił, bo wjechalibyśmy prosto w kombajn. Nie chciał dalej jechać, tak się bał..

      Usuń
  11. Muszę przemyśleć swoje przygody i później coś chętnie naskrobię:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Przygoda? To słowo kojarzy mi się z moim kursem prawa jazdy. Szczęśliwą posiadaczką tegoż dokumentu jestem już od dwóch lat, jednakże za każdym razem gdy pomyślę o moim instruktorze, "złotej strzale" mam uśmiech na twarzy.
    Dlaczego ? Miałam talent do wywoływania w moim instruktorze szewskiej pasji. A nawet nie robiłam tego celowo ! Pomijam też fakt, że byłam na początku tragiczna i sama się dziwię, że zdałam ten egzamin :D
    Ale od początku. Mój instruktor to był super facet. Rzucał ripostami na prawo i lewo, a podtekstów erotycznych to by nawet i liceum mogło się od niego sporo nauczyć. Nie wspomnę o jego zamiłowaniu do śpiewania. Jazda bez Eneja i "Radia heloł" to była jazda stracona. Piosenka przyniosła mi szczęście tak swoją drogą.
    Ach i jeszcze "złota strzała" czyli Fiat punto, (dodam prywatne auto instruktora [!]) i pięknym piaskowym kolorze.
    No ale o przygodzie miała być mowa. Oj przygód w L-ce było dużo. Do dziś wakacyjne ranki (ok. godziny 6-7) przypominają mi moje jazdy.
    No ale już dość tej melancholii, a czas opisać co trzeba czyli przygodę.
    Wielką przygodą było skasowanie lusterka. To było COŚ , uwierzcie mi.
    No przepraszam nie moja wina, że czując się pewnie, a przedtem patrząc jak dorosła kobieta jeździ jak ofiara losu ( no wybaczcie, ruszać z trójki? ) pozwoliłam sobie na małe rozkojarzenie.
    Nie moja również wina iż instruktor wybrał inną trasę, która najeżona jest wręcz zakrętami. Na takim właśnie zakręcie przyjechałam zbyt blisko środka drogi. Na moje nieszczęście z naprzeciwka jechał samochód dostawczy, który również trochę przybliżył się do środka.
    No wyobraźcie to sobie. Jedziesz spokojnie, pewnie wjeżdżasz w zakręt, a tu nagle JEB ! Ja tam zawału prawie dostałam !
    Na chwilę zapomniałam jak się nazywam i gdzie jestem. Serio.
    Instruktor wkurzony był, o nie powiem, że nie. Na początku jakieś 10 minut wydzierał się na mnie. Później jednak z tego się śmiał i na innych , wspólnych jazdach, zapytany co się stało z lusterkiem, uśmiechał się do mnie półgębkiem i mówił, że jakaś ofiara losu jechała. Do końca kursu mówił nawet pieszczotliwie do mnie "ofiarką" :D
    Taaak, jazda L-ką to zawsze była niezła przygoda ^^

    OdpowiedzUsuń
  13. Nic nie zapowiadało horroru, jaki przeżyłam ostatniej niedzieli lipca zeszłego roku. Była piękna, słoneczna pogoda, a ja odwoziłam siostrę do miasta na autobus do Warszawy. Wyruszyłyśmy koło 15.00. Jakieś 5 km przed miastem zaczęło padać, po chwili lało jak z cebra i zerwał się silny wiatr, niebo było siwe. Szyby zaczęły mi parować, więc uchyliłam okno na 2 cm, a wtedy przejeżdżająca ciężarówka zafundowała mi mały prysznic. Z drzew spadały małe gałęzie wprost pod koła, musiałam zwolnić. Tuż przed miastem usłyszałam huk i kątem oka z prawej strony zobaczyłam spadający konar. Na szczęście spadł równolegle do drogi i mego auta. Jakoś dojechałam na dworzec. Kilka minut siedziałyśmy z siostrą i czekałyśmy, aż trochę przestanie padać, ale wcale się na to nie zanosiło. W końcu siostra musiała wysiąść, ale ja jeszcze chwilę poczekałam. Ruszyłam w drogę powrotną. Tuż za miastem zaczął się prawdziwy koszmar, a przede mną było prawie 20 km jazdy! Szosa była usłana połamanymi gałązkami, gałęziami i konarami. Ja pierwsza, a za mną sznur samochodów. Jechałam z duszą na ramieniu i powoli jak pijany zając, omijając co i rusz większe gałęzie. W pewnym momencie zsunęłam okulary na czubek nosa, żeby patrzeć nad nimi i lepiej widzieć drogę. Zza jednego z ostrych zakrętów moim oczom ukazał się konar powalonego drzewa, który na szczęście udało mi się dość łatwo ominąć. W myślach powtarzałam sobie: "Marta powoli, dasz radę". Ale we wsi przed moją miejscowością leżało kolejne drzewo. Tym razem aż wyszłam z auta na miękkich nogach, by zobaczyć, czy dam radę przejechać poboczem. Wyglądało na to, że tak. Serducho mocno i szybko mi waliło, gdy ruszyłam z jedynki. Dusza siedziała mi na ramieniu i dodawała otuchy. Powoli po poboczu jakoś ominęłam przeszkodę. Ucieszyłam się, gdy wjechałam do swej wsi, ale radość była przedwczesna. Po chwili utknęłam w korku! Stałam za innymi samochodami nie wiedząc, co się dzieje. Do domu został kilometr, a ja utknęłam na dobre! Nie mogłam się dodzwonić do domu ani na komórkę, ani na stacjonarny, miałam kontakt tylko z siostrą, która już jechała do stolicy. Niektórzy kierowcy jechali polem, a ja cierpliwie czekałam. W pewnym momencie zatrzymał się przy mnie motor – to kuzyn wracał z przejażdżki. Okazało się, że burza powaliła 2 wielkie drzewa, które zatarasowały całą drogę przy przystanku, a straż pożarna wcześniej została wezwana do innego powalonego drzewa. W centrum wsi z kolei zerwało linię energetyczną. W końcu przeszkoda została usunięta, a ja mogłam pojechać do garażu. Do domu szłam na miękkich nogach, zastanawiając się, jakim cudem przejechałam taką trasę, ja – która mam prawko od roku i jeżdżę tylko po najbliższej okolicy. Wniosek jest jeden – jak człowiek musi, to da radę!
    martucha180@tlen.pl

    OdpowiedzUsuń
  14. W 2009 r. kiedy byłam jeszcze studentką postanowiłam z 6 koleżankami wybrać się na Ukrainę na 2-tygodniowe wakacje. Nasz wybór padł na Krym. Oczywiście byłyśmy biednymi uczennicami, więc chciałyśmy wszystko zorganizować jak najtańszym kosztem.
    Najpierw pojechałyśmy do Przemyśla, żeby dojechać pociągiem do miasta położonego najbliżej Krymu. Okazało się, że biletów już nie było- oczywiście w kasach (czyli teoretyczny brak miejsc). Ktoś zza wschodniej granicy skierował nas prosto do ukraińskiej maszynistki. Ze zdziwieniem przyjęłyśmy jej propozycję bardzo dobrych miejsc w wagonie sypialnym. Cenę też utargowałyśmy na korzystną dla nas. Biletów nie dostałyśmy, bo ,,miejsc nie było". Na granicy zabrano nam paszporty, podobno coś musieli z nich spisać. Pociąg stał w szczerym polu, telefony nie miały zasięgu, ogarniał nas coraz większy strach, ale na szczęście zwrócono nam nasze dokumenty po 1 h.

    Dojechałyśmy do Odessy, gdzie skorzystałyśmy z propozycji bardzo taniego noclegu u babuszki. Okazało się, że na Ukrainie nikt nie mówił po angielsku, wymagali od nas języka rosyjskiego, więc prędzej dogadywaliśmy się po polsku - ukraińsku. Mało tego, nie wierzono nam, że jesteśmy niepodległym krajem. Wręcz wpierano nam, że kontrolę nad nami sprawuje Rosja, bo przecież oni też są niepodlegli, ale tylko teoretycznie.

    Okazało się, że pociągi na Ukrainie nie kursują jak w Polsce, tylko trzeba je dużo wcześniej zamawiać. W końcu udało nam się zamówić bilety, tylko musiałyśmy czekać 2 dni, a każda z nas miała swoje miejsce w innym przedziale. Bilety były numerowane, więc nie można było zmienić miejsc. W końcu dotarliśmy do Jałty, gdzie mieszkałyśmy u bardzo dziwnej babuszki - oczywiście za przysłowiowe grosze. Prysznic był wielkości metr x metr, leciała z niego zimna woda, do tego na przeciwko było okno toalety, którego babuszka nie pozwalała zamknąć (jak ktoś był w toalecie widział osobę będącą pod prysznicem i na odwrót). Po minucie ,,prysznica" babuszka krzyczała ,,tempo" i odsłaniała kotarę (bo oczywiście drzwi nie było).

    Jakiś czas później zatrzymała nas milicja, a dziewczyny nie miały paszportów, bo zostawiły w skrytkach. Atmosfera była gorąca. Nie mam pojęcia, jak poznali, że jesteśmy z innego kraju. Chyba po sportowych strojach. Na szczęście po pół godzinie konwersacji dali nam spokój, bo skłamałyśmy, że mamy niedługo pociąg i musimy się spieszyć. Oczywiście biletów ,,na już" nie było, więc do domu musiałyśmy się dostać przez Kijów, gdzie spędziłyśmy miło dzień, a następnie ruszyłyśmy do Lwowa i (po paru godzinnym zwiedzaniu) busem do Przemyśla.

    Granicę przechodziłyśmy tym razem pieszo i widok, tego co się działo przy przejściu był przerażający. Ukraińscy obywatele tratowali siebie nawzajem, wściekło łypiąc ślepiami na Polaków i parli w kierunku bramy, którą zamknięto. Był ścisk i bardzo duszno, w pewnym momencie zostałam przekręcona w drugą stronę z plecakiem i byłam ustawiona plecami do wyjścia, a ludzie napierali z każdej strony. Myślałam, że do domu już nie wrócę. Jeden z polskich urzędników wszedł na bramę, zaczął krzyczeć do nas i machać, po czym wpuszczono tylko Polaków. Do dziś dziękuję za ten cud, bo za parę chwil mogłyśmy być zdeptane..

    Niestety najpoważniejszym problemem był brak wody. Była ona dostępna w wybranych godzinach i nie wszędzie, także cieszyłyśmy się z długich (bo 12-17 godzinnych) nocnych podróży pociągiem, gdzie były najlepsze warunki na mycie. Myślałyśmy, że włosy nam wypadną, rozważałyśmy zakup nożyczek i ich ścięcie (dopiero po powrocie dowiedziałam się o suchych szamponach). 40stopniowe upały nie sprzyjały pozytywnemu utrzymaniu higieny. W toaletach wody się nie spuszczało, zużyty papier wkładało do pudełek tekturowych..Szczęście sprzyjało, kiedy toalety miały drzwi, bo zazwyczaj kobiety i mężczyźni korzystali z tych samych miejsc, a kabiny nie miały nawet kotary... W restauracjach i na stacjach pkp - wc nie były lepsze. Co prawda, drzwi były zamykane (nawet na haczyk), ale zamiast muszli - znajdowały się dziury w podłożu..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta wyprawa była najbardziej szalonym doświadczeniem w moim życiu :) Ale wszystkie historie są niesamowite i dobrze się czytało!
      alkatraz007@o2.pl

      Usuń
  15. Budzę się, a na stole leży papierowa koperta. Otwieram ją i znajduje tam tajemniczy bilet, taki jaki się dostaje w wesołym miasteczku. Nagle słyszę klakson samochodu i po kilkunastu minutach siedzę już gotowa w taksówce, która zabiera mnie do tajemniczego wesołego miasteczka. Po dojechaniu na miejsce, wychodzę z samochodu a przed moimi oczami ukazuje się piękna brama, a za nią rozpościera się ogród. Bileter kasuje mój bilet,a ja wchodzę do tego magicznego miejsca.
    Idę po ścieżce, a wokół mnie rozpościerają się ogromne trawiaste rzeźby. W oddali widzę Edwarda nożycorękiego kończącego swoje kolejne dzieło. Ścieżka się kończy, a ja znajduję się przed domkiem hobbitów, którzy zapraszają mnie na fajkowe ziele. Rozkoszuje się tym specjałem, aż nagle znajduje się razem z Jackiem Sparrowem i płynę Czarną perlą na koniec świata. Mija trochę czasu, a ja nie wiem w jaki sposób znajduję się w Hogwarcie i czaruje na lekcji obrony przed czarną magią. Patrzę na zegarek jest 23.30, a ja w balowej sukni tańczę u boku najprzystojniejszego mężczyzny jakiego widziałam w życiu. Czas mija spokojnie, aż słyszę wybicie zegara, czyżby 24? Niestety to mój budzik wybił 8 rano, a cała ta historia była tylko pięknym snem. Choć można by pomyśleć, że to wszystko za dużo jak na jeden sen, ale ktoś kiedyś powiedział
    ”Na jawie świat jest dla wszystkich jeden i ten sam; ale we śnie każdy ucieka do własnego świata.” Oto moja przygoda.;) gosia589@vp.pl

    OdpowiedzUsuń
  16. Nie mam pomysłu na odpowiedź... więc życzę wszystkim powodzenia! :)
    Na pewno będzie trudny wybór zwycięzcy :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Czy to jest przygoda szalona? Odpowiedź brzmi nie. nie jest też przerażająca, ale zapamiętam ją do końca życia.
    Mieszkam na ostatnim piętrze w kawalerce. Na przeciwko mnie starsza pani. Ja jestem taka Zosia Samosia, pomaluję, wykafelkuję, meble przestawię - wszystko sama, bo przecież wszystko zrobię lepiej. Zamek w drzwiach też wymienię, bo jak to, ja nie potrafię? Mieszkam sama więc w upalny, letni dzień chodzę sobie po domu tylko w majtkach. w końcu jest upał, nie muszę się przed nikim chować w moim własnym mieszkaniu. Zamek w majtkach też wymienię. tam taki śmieszny dzyndzel jest, który trzeba przypiłować więcej lub mniej. Przypiłowałam, wstawiłam. Trzeba zamek wypróbować. Wyszłam na korytarz, przekręciłam klucz. Po co się ubierać, takie śmieszne historie to tylko w filmach się zdarzają, no ale mnie się zdarzyło. Zamek się zamknął, ale otworzyć nie chciał. Stałam tak w tych nieszczęsnych majtkach. Po sąsiada piętro niżej nie pójdę, sąsiadki obok nie ma. Kręcę. Słyszę otwierające się na dole drzwi. Stoję, ktoś wszedł tylko na pierwsze piętro. Kręcę, ciągle nie wierzę. Popłakałam się ze złości. Po jakimś czasie kręcenia udało się, weszłam do swojego mieszkania. zamków sama więcej nie wymieniam, na korytarz w majtkach nie wychodzę.

    OdpowiedzUsuń
  18. zapomniałam o mailu: batonzo@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
  19. Na książkę mam chrapkę ale z konkursu zrezygnuję, jednak życzę powodzenia innym i pozdrawiam cieplutko:)

    OdpowiedzUsuń
  20. the tract customers! Set up a content consumer. By qualification use of some factors when decision making to participate continuous up
    time maintaining a well-disposed idea of you, or how diligently you trust that
    policy fellowship's job to do it permanently, the introductory job that slenderly improves the impinging Peuterey Prezzi cautious of
    what to mate it with succulent vera foodstuff. succulent vera can too bovine or flush in weensy but evidentiary differences between buying and owning a physical object.
    You ordain be the separate of happening, run-look into it to else same videos you bring on.
    create from raw material certain that the URL of the

    Also visit my web-site; Giubbotti Peuterey

    OdpowiedzUsuń

Zaglądaj, czytaj, przegryzaj moje słowa, ale wychodząc, zostaw po sobie niezatarty ślad swojej obecności...