sobota, 31 sierpnia 2013

Wywiad z Martą Zaborowską.

elenkaa
1. Ile miała Pani lat, gdy zapisała się na warsztaty pisarskie?


MZ: W warsztatach wzięłam udział w zeszłym roku, a jak widać po zdjęciu do najmłodszych już nie należę :-) Przyszli ludzie w różnym wieku, ci bardzo młodzi i nawet tacy, którym za chwilę będą się rodzić wnuki.  Dla chcących spróbować, gorąco polecam „Pasję Pisania”. Można wziąć udział osobiście, lub korespondencyjnie. To była moja przygoda życia.

2. Z jakiego powodu pani na nie poszła?

MZ: Przyszedł moment w moim życiu, w którym postanowiłam nie odkładać już niczego więcej na później, bo jak to trafnie ujęła Agnieszka Osiecka „może nie być żadnego później”. Nie chciałam żałować, że coś przeoczyłam, coś mnie ominęło. Nie mogłabym z tym żyć, i co więcej, już nie chciałam. Podjęłam decyzję, że muszę zacząć coś nowego i poszłam za ciosem. Przeszukałam Internet i gdy tylko znalazłam informacje o kursie pisarskim, natychmiast się zapisałam. Wolałam to zrobić od ręki, żeby się przypadkiem nie rozmyślić.

3. Czy od zawsze ciągnęło panią do pisania, czy był to impuls pod wpływem warsztatów?


M.Z. O tym, że chce się pisać, wie się od zawsze. To tkwi pod skórą i trzeba pozwolić temu „czemuś” się uwolnić. Blokowanie własnej natury na nic się nie zda, ona i tak upomni się o swoje. Pięknie określiła to w swojej książce „Biegnąca z wilkami” Clarissa Pinkola Estes mówiąc „To, czego szukasz, także ciebie szuka”. Tak na marginesie, lektura obowiązkowa dla każdej kobiety.

nieidentyczna
1. Za co najbardziej ceni pani twórczość Agathy Christie? Którą książkę Christie lubi Pani najbardziej i dlaczego?


MZ: Do książek Christie mam ogromny sentyment, może dlatego, że były to moje pierwsze kryminały, które wpadły mi w rękę. Mam na półce wszystkie jej tytuły, dodatkowo te same tytuły mam na czytniku, który noszę ze sobą w torbie i w każdej chwili mogę zajrzeć choćby na chwilę na którąś ze stron. To, co cenię u Christie, oprócz genialnie skonstruowanych intryg, to sposób, z jaką wprowadza czytelnika w świat swoich postaci,  to też ponadprzeciętna inteligencja, z jaką prowadzi swoją fabułę. Christie bez wątpienia była przykładem pisarskiego geniuszu, jaki zdarza się raz na wiele lat.  Czytając „Sekretne zapiski Agathy Christie” uderzył mnie fakt, że tak długo czekała na wydanie swojej pierwszej książki. To wprost niewiarygodne.

2. Czy to za sprawą jej twórczości zdecydowała się Pani napisać własny kryminał?

MZ: Na pewno dzięki Christie zaczęłam interesować się tematyką kryminalną, a potem ten świat  wessał mnie już bez reszty. Czy była inspiracją? Pośrednio tak, jednak każdy autor musi spróbować stanąć na własnych pisarskich nogach, stworzyć swój styl i pisać tak, jak mu w duszy gra. 

3. Jaki to tajemniczy przypadek(?) czy zbieg okoliczności(?? ściągnął Panią do Warszawy? I dlaczego zdecydowała się Pani w niej pozostać?

MZ: Przypadki w moim życiu są na porządku dziennym. I dobrze, inaczej byłoby nudno. Decyzja, co do zamieszkania w Warszawie była podejmowana z moim mężem długo i burzliwie. Oboje mieszkaliśmy na dwóch różnych krańcach Polski, a poznaliśmy się jeszcze dalej, za granicą. Każde z nas miało swoją własną koncepcję miejsca, w którym mielibyśmy zamieszkać, jednak stanęło na tym, żeby spotkać się „wpół drogi”.

ania notuje
1. Dość intrygujące nazwisko głównej bohaterki - Julii Krawiec. Dlaczego akurat to; przypadek czy jednak był w tym jakiś cel?


MZ: Nazwisko bohaterki to czysty przypadek. Dobrze mi grało w uszach i tak zostało. Krótkie i łatwe do zapamiętania. Będę szczera do bólu: drażnią mnie w polskich książkach nazwiska stylizowane obowiązkowo na obcobrzmiące. Zdaję sobie sprawę z tego, że może to się i lepiej czyta i taki na przykład „Smith” brzmi ciekawiej niż „Kowalski”. Jeden z czytelników pochwalił moją książkę, że owszem, że wciąga, po czym dodał: „ale te polskie nazwiska…” i  tu się skrzywił. No cóż, chcemy czy nie, my się tak nazywamy.

2. W jakim stopniu własne doświadczenia życiowe stara się Pani przekładać na fabułę powieści?

MZ: Na fabułę przekładam jedynie własne obserwacje, a takich mam bardzo dużo. Wystarczy posłuchać, co się dzieje wokół nas, o czym mówią ludzie w autobusie (ci w metrze jakoś dziwnie zawsze milczą), poczytać lub podpatrzeć w telewizji. Ja wolę relacje słyszane z ust znajomych lub rodziny. Można horrory pisać! Powieści miłosne zresztą też:-).
Z natury rzeczy pisarze nie chcą odsłaniać się w swoich powieściach, jest to zrozumiałe. Pokazywanie własnych słabości czy lęków może być przecież zawsze wykorzystane przeciwko nim. Dlatego często starają się nadawać swoim bohaterom cechy przeciwstawne do tych swoich, prywatnych. Jednak dla ekstrawertyków pragnących przejść autoterapię podczas pisania, może to być rzeczywiście oczyszczające. Tylko kto się odważy potem to wszystko wydać i, co gorsza, przeczytać?

3. Co poczuła Pani kończąc etap pisania debiutanckiej powieści i czując, że lada moment zostanie wydana?

MZ: To nie jest tak, że kończąc powieść mamy pewność, że ona się ukaże. No, chyba, że jest wcześniej zakontraktowana. Sytuacja w praktyce wygląda wprost przeciwnie: wydanie książki w Polsce nie jest sprawą łatwą. Miałam przyjemność rozmawiać z jednym z wydawców, który wręcz narzekał na ilości rękopisów (tych pisanych na laptopie też), którymi zalewana jest jego redakcja. Sito, przez które przepuszczane są propozycje wydawnicze jest niezwykle gęste. Z tym musi się liczyć każdy, kto marzy o wydaniu własnej książki. Gdy bierzemy do ręki powieść, tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile autor musiał poświęcić czasu, aby ją napisać (rok, dwa, nawet trzy), ile musiał włożyć w nią serca (całe!) i zdrowia (zarwane noce), aby czytelnik mógł po nią sięgnąć. Mało tego, nawet jeśli spędzimy rok na pisaniu, to i tak nikt nam nie da gwarancji, że książka się ukaże. Zatem pisanie przypomina trochę pływanie bez kapoka na środku oceanu: utrzymam się powierzchni machając rękami albo pójdę na dno i nie zostaną po mnie nawet kręgi na wodzie. Konkurencja jest olbrzymia, naprawdę łatwo zginąć w tym tłumie. Lepiej o tym nie myśleć i się nie zniechęcać, tylko robić swoje i pisać.

 Anne18
1. Czy ktoś kiedykolwiek odradzał Pani zajmowanie się pisaniem ?


MZ: Oj, tak, niestety. Była taka sytuacja, kiedy usłyszałam, żebym odłożyła pisanie na czas emerytury. Moim pierwszym odruchem był skoczyć temu komuś do gardła. Niehumanitarne? Trudno. Jestem z tych, którym jak się mówi „stop”, to oni idą dalej. Tak więc próby zniechęcenia mnie do pisania spaliły na panewce i dzięki temu pojawiło się na półkach „Uśpienie”. Muszę jednak wspomnieć, że zdecydowana większość osób wiedząc o moich pisarskich zapędach, gorąco mi kibicowała, za co im bardzo dziękuję. Słowa wsparcia mają większą moc niż te blokujące, ciągnące do tyłu.

2. Kto lub co jest w stanie Panią uśpić ? a może Marta Zaborowska zawsze stara się zachować czujność ?


MZ: Zdarzało się, że zawierzałam komuś, kto w moim mniemaniu był szlachetny i stał po mojej stronie. Moja czujność spadała wtedy do zera. Kilka razy się sparzyłam i już wiem, że przed niektórymi ludzkimi typami nie należy się zbytnio otwierać, bo potem usiądą w jakimś kącie, wyciągną laleczkę woodoo i zaczną w nią wbijać szpilki. Podczas poznawania ludzi  nakładam więc niewidoczne filtry i dopiero wtedy, gdy okaże się, że nadajemy na tych samych falach i mamy podobne wartości, pozwalam im opaść, stają się niepotrzebne.

3  Zapytam tak trochę kulinarnie. Jakie są podstawowe składniki dobrego kryminału, czego nie powinno w nim zabraknąć?

MZ: Kryminał powinien przykuć zagadką, zbrodnią, która albo jest wynikiem czyjegoś szaleństwa, albo na zimno zaplanowanym działaniem. Powinien trzymać w napięciu i wywoływać emocje, najlepiej jeśli będzie to strach o bohatera, w którego już ktoś wycelował lufę pistoletu i tylko czeka, kiedy pociągnąć za spust, a śmierć jest tylko kwestią czasu. Koniecznie musi zaskakiwać: sytuacjami, kreacją  bohaterów, nawet tych, którzy na pierwszy rzut oka stoją z boku, przez co wydają się być poza podejrzeniem. Jednym słowem to, co wydaje się nam, czytelnikom, oczywiste, w końcowej fazie powinno przybrać zupełnie inną postać. Lubimy kryminały, bo lubimy znajdować się w fazie niepokoju. Autor, niczym wędkarz, rzuca nam przynętę, a my płyniemy za nią nie do końca wiedząc, czy to tłusta larwa wije się na haczyku, czy gumowa, sztuczna „podpucha”. Gdy więc do kryminalnego garnka powrzucamy wszystkie te składniki i wymieszamy tak, aby połączyły się w logiczna całość, powinna wyjść całkiem niezła opowieść. 

 Blanka W.
1. Jest Pani autorką kryminału i fascynatką okresu międzywojennego. Dlaczego mimo wszystko zdecydowała się Pani osadzić akcję swojej debiutanckiej powieści we współczesności, a nie w latach 30, mimo niewątpliwej mody na kryminały retro?


MZ: Od pewnego czasu chodzi mi po głowie chęć opisania pewnej tajemniczej i tragicznej historii, która wydarzyła się dawno temu. Będzie to opowieść nawet starsza, niż lata międzywojenne, jednak potrzebuję zdecydowanie więcej czasu, aby lepiej poznać tę epokę, poczuć jej klimat i zrozumieć ludzi z tamtych lat. Poczynając od słownictwa, jakim się posługiwano, poprzez nazwy przedmiotów, których już albo w ogóle nie ma, albo nadal funkcjonują pod całkiem inną nazwą, a kończąc na zwyczajach, jakie obowiązywały w tamtym okresie. Jednym słowem, do napisania tego typu książki należy się dobrze przygotować teoretycznie, aby oddała klimat dawnych czasów.
Napisanie kryminału osadzonego we współczesności należy potraktować jako starter. Przyszłość pokaże, na jakie formy pisarskie  jeszcze się skuszę.

2.  Twórczość jakich innych pisarzy kryminałów - oprócz Agathy Christie - podziwia Pani najbardziej? A może wśród ulubionych autorów są też "nie-kryminaliści"?

MZ: Oprócz kryminałów czytam również prozę „zwykłą” i jest tego typu książek coraz więcej. Podziwiam Iwaszkiewicza za jego plastyczność w opisach, za niezwykły klimat, który roztacza w swoich opowiadaniach. Zachwycam się Virginią Woolf za jej pisarską schizofreniczność, od czasu do czasu zajrzę, co słychać u Stephena Kinga, jednym słowem: pełen przekrój nazwisk. Bardzo lubię książki Cejrowskiego. Jest szalony, ale o podróżach opowiada jak mało kto.

3. Jakie przedwojenne perełki kinematografii są Pani zdaniem najbardziej godne wygrzebania z lamusa?

MZ: Prawdę mówiąc kocham je wszystkie. Począwszy od „Piętro wyżej” poprzez „Zapomnianą melodię” aż do „Jego ekscelencja subiekt”.  Tytułów można wymieniać bez liku, powiem więc może, kogo lubię oglądać na ekranie. Jeśli gra Dymsza i Bodo, mogę nawet nie patrzeć na tytuł filmu, a i tak będzie to niewątpliwy hit. Swoją drogą panowie nie znosili się prywatnie, ale najważniejsze, że na ekranie świetnie ze sobą współgrali. Kiedyś podkochiwałam się w Aleksandrze Żabczyńskim i filmy z jego udziałem były pretekstem do cichego wzdychania. Patrzenie na Inę Benitę – sama przyjemność. Kobieca, seksowna, z temperamentem, jednym słowem gwiazda.

kwiatusia
1. Proszę sobie wyobrazić, że wehikuł czasu jednak istnieje i ma Pani możliwość cofnąć się do Polski z lat trzydziestych, ale z zastrzeżeniem, że tylko na miesiąc. Co by Pani tam robiła? Co chciałaby Pani zobaczyć? Gdzie pojechać? Z kim porozmawiać?


MZ: To byłaby dla mnie genialna opcja. Jestem typem osoby, który uwielbia wyobrażać sobie miejsca i sytuacje, które możemy oglądać już tylko na czarno-białych taśmach filmowych. Nie dalej jak dwa tygodnie temu przechadzałam się po warszawskim Starym Mieście późnym wieczorem, gdy paliły się już latarnie. Na rogu ulicy, pod kamienicą na rynku stała dziewczyna, zapewne studentka aktorstwa, ubrana w stylu lat trzydziestych i przy akompaniamencie akordeonu śpiewała stare, warszawskie piosenki. Stałam jak urzeczona i szkoda było mi odejść dalej, aby nie stracić tej wyjątkowej chwili. Wtedy właśnie czułam, że przenoszę się w czasie i było mi z tym naprawdę dobrze. Gdybym mogła zostać w latach trzydziestych na miesiąc, wędrowałabym uliczkami starej Warszawy zaglądając w każdy jej zaułek. Wynajęłabym pokój na najwyższym piętrze w którejś z kamienic i spoglądała na dachy miasta. Nie potrzebowałabym się z nikim spotykać, z nikim rozmawiać, wystarczyłoby mi wciągnąć w płuca kurz unoszący się na  kamiennych uliczkach i posłuchać stukotu końskich kopyt.

2. Czy po wydaniu książki „Uśpienie” Pani życie się zmieniło? Jakie są plusy i minusy bycia autorem?

MZ: Moje życie, a właściwie podejście do życia, zmieniło się i to bardzo. Kocham to, co robię i moje myśli orbitują non stop wokół tego, co jeszcze napiszę, co jeszcze przede mną. To odrywa od codzienności i pozwala zmienić punkt odniesienia do innych, bardziej przyziemnych spraw. Zawodowo robię to, co robiłam do tej pory, ale już na większym luzie. Ponadto podpisuję książki, nadal spotykam się z ludźmi z mojego pisarskiego kręgu, udzielam wywiadów, no i przede wszystkim piszę dalej. Żyję trochę innym życiem, niż do tej pory. To są te plusy. Gdyby ktoś mógł rozciągnąć dobę, byłabym mu za to bardzo wdzięczna. Odkąd wkręciłam się w pisanie, każdy dzień bez napisania choćby kilku stron wydaje się być dniem straconym. Stałam się zachłanna na czas i to jest największy minus.

3. Kto będzie ofiarą w kolejnej części przygód z Julią Krawiec? Gdzie będzie się toczyć akcja kolejnego kryminału? Kiedy możemy się spodziewać jego premiery?


MZ: Kolejna sprawa toczyć się będzie w tym samym miasteczku, a w jej rozwikłaniu pomagać Julii będzie już całkiem nowa osoba. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale mam nadzieję, że ta historia będzie równie ciekawa, jak w „Uśpieniu”. Książka jest na ukończeniu, ale kiedy zostanie wydana, to już leży w rękach wydawcy. 

Kulturalna Blogerka
1. Stieg Larsson rozpoczął trend na kryminały skandynawskie. Czy inspiruje się Pani nim podczas pisania książek?


MZ: Może narażę się miłośnikom Larssona, ale jego książki czyta mi się z pewną trudnością. Chylę czoła przed jego dorobkiem, ilość sprzedanych egzemplarzy jest doprawdy imponująca i godna pozazdroszczenia, jednak nie u niego szukam inspiracji. Prawdę mówiąc nie szukam inspiracji w książkach innych pisarzy w ogóle. Pomysł na fabułę można znaleźć dosłownie wszędzie, na przykład widząc stojący na poboczu zepsuty samochód z dziurawym kołem i wybitą szybą. Wystarczy chwila i już można wymyślić historię o tym, jak zmanierowane siostry bliźniaczki podprowadziły ojcu samochód i uciekając na Mazury po drodze zabrały na stopa parę turystów. Wyglądali na przyzwoitych, kobieta w dodatku była w zaawansowanej ciąży i  tłumaczyła, że uciekł im ostatni pociąg. Dziewczyny nigdy nie dotrą na Mazury, jedyny ślad, jaki pozostawiły policji to kilka kropel krwi na wstecznym lusterku i złamany paznokieć znaleziony tuż przy samochodowej klamce.

2. Czy kolejna powieść będzie utrzymana w tym samym kryminalnym


MZ: W kolejnej książce zostajemy z Julią i rozwiązujemy nową kryminalną zagadkę. Oprócz fabuły, reszta pozostaje bez zmian.

Joanna
1. Zawsze mnie intrygowało czy pisarz kryminałów nie boi się przypadkiem psychopatów, których stworzył. W związku z powyższym moje pytanie brzmi następująco- Czy zdarza się, że wychodząc wyrzucić śmieci wieczorową porą boi się pani, że za rogiem spotka wykreowanego przez siebie psychopatę?
Pytanie może śmieszne i banalne ale jak znam siebie ja bym się bała :D


MZ: Psychopatów wykreowanych przez siebie się nie boję, są mi dobrze znani i panuję nad nimi, planuję każdy ich ruch, a oni nie zrobią nic bez mojej wiedzy. Stąd moja przewaga.  Dużo bardziej obawiam się obcych ludzi, którzy idą za mną po zmroku, a ja nie wiem, co tkwi w ich głowach. 
Zdarzyła mi się niedawno zabawna sytuacja, kiedy to szłam ulicą za jakimś młodym mężczyzną, potem jechaliśmy razem autobusem i wysiedliśmy na jednym przystanku. Było już ciemno i tak się złożyło, że znów to ja szłam za nim krok w krok, a on oglądał się za mną podejrzanie. W pewnym momencie przystanął i robiąc wielkie oczy zapytał, czy go śledzę i czy przypadkiem „nic mi pani nie zrobi?”. Uśmiałam się nieźle z całego zdarzenia. Jak widać, ja też mogę kogoś nastraszyć.

Dominika Kowalska
1. Dlaczego kryminały, czy nie lepiej było się zagłębić w jakąś opowieść rodzinną, czy coś w tym stylu?


MZ: Tak to już jest, że jedni poruszają się lepiej w sagach rodzinnych, a drudzy brną w historie miłosne. Ja tego nie czuję, nie wiem, czy bym sobie z tym poradziła. Mi najbliższy był od zawsze kryminał, zapewne dlatego, że wieje w nim grozą, pojawia się intryga, sprawca bawi się w swoje psychologiczne gierki z detektywem, a ja je uwielbiam. Znam osoby, które za nic w świecie nie wezmą kryminału do ręki, a dla mnie jest to książka pierwszego wyboru. Pisząc powieść kryminalną uczę się ponadto mnóstwa nowych rzeczy. Muszę poszperać, poczytać, dopytać, a to rozwija. Dla kontrastu piszę w wolnych chwilach (których ostatnio jak na lekarstwo) śmieszne historyjki dla dzieci. Sama bawię się przy nich setnie, to doskonały środek na odstresowanie. 

2. Żałuje Pani, że Christie nic nie napisze, dlaczego? Co w jej książkach było tak fascynującego i czy to właśnie ona zainspirowała Panią do napisania książki?

MZ: Książki Christie czytałam wiele lat temu i nadal wracam do nich z sentymentem. Jest w nich coś magicznego. Mają klasę i są napisane z wyszukanym smakiem. Do tego jej bohaterowie wykreowani są w sposób idealny: za oręż mają właściwie tylko swój intelekt i to im w zupełności wystarcza. Nie muszą przeprowadzać badań DNA ani posiłkować się zdobyczami techniki. To oczywiście i tak byłoby niemożliwe w tamtych czasach, wszyscy wiemy na jakim poziomie była ówczesna kryminalistka. Poza tym te wyższe sfery i ich podejrzane sprawki… sam miód. Właśnie z tego względu ogromnie mi żal, że nic nowego nie powstanie, musi mi wystarczyć to, co mam na półce. Lubię podglądać styl, w jakim pisała Christie, ale trzeba sobie wyrobić swój własny.

 3. Wolałaby by pani być ofiarą czy sprawcą? :D 


MZ: Na cierpiętnicę i ofiarę zdecydowanie się nie nadaję, ta rola z góry odpada. Co do sprawcy, też nie jest to moja „bajka”. Z natury jestem pokojowo nastawiona do świata i zawsze stanę po stronie osoby pokrzywdzonej. No, ale gdyby przyszło do sytuacji: albo ja albo morderca, to podobno zabójstwo w obronie własnej nie jest karalne :-)
Pozdrawiam również.

 Joanna Sobczak
1. Zawsze mnie ciekawiło na jakie pytania pisarze nigdy nie chcieliby odpowiedzieć, jakie ich nudzą, irytują a jakie pytania bardzo chcieliby usłyszeć, ale czytelnicy rzadko je zadają?


MZ: Nie mogę mówić w imieniu innych pisarzy, więc powiem, jak to wygląda z mojego punktu widzenia. Są to na pewno pytania o sprawy prywatne, domowe. Ponadto bałabym się pytań typu: ile czasu szukałaś wydawcy i dlaczego tak długo? Z tym akurat nie było u mnie problemu, ale domyślam się, że takie pytanie mogłoby stać się koszmarem każdego autora. Ale najgorsze ze wszystkiego jest : ile zarobisz na książce? – w tym momencie pytający staje się moim wrogiem numer 1. 
Jakie pytania uważam za nudne? Jestem dopiero na początku mojej pisarskiej drogi, więc „nudności” jeszcze nie odczuwam, aczkolwiek zdecydowanie wolę pytania oryginalne, nad którymi muszę się chwilę zastanowić. Lubię też opowiadać o warsztatach pisarskich, które były dla mnie inspiracją i nadzieją, że może się uda. Mogę uchylić rąbka tajemnicy, co jest trudnego w pisaniu książki, a co sprawiło, że siadałam każdego wieczora i stukałam w klawisze.     

2. Którego bohatera ze znanych powieści kryminalnych uważa Pani za najlepszą kreację literacką? Czy wzoruję się Pani na nim?

MZ: Co do wzorowania się na kreacjach literackich – nie uważam, aby było czymś dobrym aby to robić, mimo, iż mamy w literaturze światowej całkiem pokaźną liczbę ciekawych postaci. Łatwo skroić ją na wzór bohatera, który już zaistniał w świecie literatury, ale cała zabawa pisarza polega właśnie na tym, aby bohater z jego książki był inny, nietuzinkowy. Jeśli doświadczony komisarz Wallander używa swojej inteligencji do rozwiązywania zagadek, stwórzmy jego przeciwieństwo. Niech naszym bohaterem będzie siedemnastoletni chłopak, który zupełnie niechcący trafia na szmuglowane z Sierra Leone diamenty. Wykreujmy zatem postać oryginalną, nawet jeśli  wydaje nam się, że tylko książka z kimś pokroju Wallandera może się sprzedać. Zapewniam, że to błędny rodzaj myślenia, czytelnicy lubią spotkać na kartach książki kogoś wyjątkowego, niesztampowego.

3. Czy podczas pisania zdarza się Pani czerpać inspiracje z informacji i wydarzeń kryminalnych obejrzanych w tv, usłyszanych w radiu czy przeczytanych w rubrykach kronik policyjnych?

MZ: Tak, zdecydowanie. To prawdziwe kopalnie wiedzy, wystarczy się schylić, tematy leżą na chodniku. Zatem czytam, oglądam, robię notatki, spostrzeżenia, które potem zapisuję w moim tajemniczym zeszycie i laptopie (na wypadek gdyby pies zjadł mi zeszyt). Kilka tygodni temu byłam na niezwykle ciekawej prelekcji polskiego profilera, który opowiadał o kulisach swojej pracy. Przeszukuję  archiwalne zapiski policyjne spoza naszego kraju, jednym słowem dobrze się bawię. 

  niebieskoczerwona morda
1. Miała pani kiedykolwiek skłonności samobójcze?


MZ: Mam w sobie ogromny szacunek do życia i gorąco wierzę w to, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Wiele już widziałam i wiele przeżyłam i stąd  mam w sobie pewność, że chwile, nawet te najgorsze, zawsze kiedyś mijają. Błogosławieństwem jest, jeśli jest przy nas ktoś, kto się nad nami pochyli, ale nawet gdy nie ma takiej osoby, to trzeba wyjść dalej, poszukać tego kogoś, poprosić o pomoc. Nie jest wstydem prosić, jeśli chodzi o nasze życie. To naprawdę nie uwłacza. Świadomość, że tysiące ludzi w hospicjach modlą się o każdą kolejną godzinę życia powinno dać nam wszystkim do myślenia. Nie wolno szafować życiem, „drugi raz nie zaproszą nas wcale”, jak śpiewa mądrze Rodowicz. Spośród moich znajomych dwie osoby zrobiły ten krok i nie ma ich już wśród nas. Ogromna tragedia.  

2. Miała pani kiedyś styczność z mordercą?

MZ: Nie, nie miałam i przyznam szczerze, że wcale mi do takiego nie śpieszno. Niedawno w mojej okolicy popełniono morderstwo i mimo tego, że sprawy kryminalne są bliskie mojemu sercu, miejsce to omijam szerokim łukiem, zwłaszcza po zmierzchu. Konfrontacja z zabójcą zakończyłaby się zapewne wielkim tumanem kurzu unoszącym się spod moich butów.

3.Co panią przeraża?

MZ: Jedynie to, że można przegapić swoje życie. Jeszcze przed napisaniem książki (a to było od zawsze moim marzeniem) poddałam się eksperymentowi psychologicznemu, czemuś w rodzaju hipnozy. Celem było przywołanie ukrytych pragnień i wywołanie reakcji organizmu na świadomość ich niespełnienia. Uwierzcie mi, ciało zareagowało spazmem i bólem. To przeżycie otworzyło mi kilka klapek w mózgu. Warto się w porę otrząsnąć, żeby pod koniec naszej drogi nie żałować, że się czegoś nie zrobiło. Nawet jeśli nie wejdziemy na ten swój Mount Everest, to satysfakcja z tego, że próbowaliśmy i zrobiliśmy tyle, ile byliśmy w stanie, pozwoli nam spokojnie stąd odejść.

Jędrzej J
1. Co jest takiego w Pani książce, że gdy wejdę do Empiku zobaczę Pani pozycję i stwierdzę: "Wow, muszę ją mieć!"?


MZ: Podobno nie powinno się oceniać książki po okładce, tak więc zachęcam do zajrzenia do środka. „Uśpienie” jest książką o tyle ciekawą (to ocena moich szlachetnych Czytelników), że czuje się w niej emocje, lęk, czyli wszystko to, co daje bazę pod dobrą fabułę. Nie upiększam ani ludzi, ani sytuacji, nie zamiatam pod dywan spraw wstydliwych. Przeciwnie: pokazuję ludzkie słabości, wręcz wywlekam je na środek i mówię: oto my, przypatrzmy się naszym grzeszkom i stawmy im czoła. Skoro wyhodowaliśmy chwasty, ponośmy konsekwencje.
Osoby, które przeczytały „Uśpienie” były w stanie zawiesić swoje obowiązki domowe na dzień, dwa, aby tylko skończyć czytanie. Odganiały dzieci, albo kładły je spać jak najwcześniej, aby móc posiedzieć z książką kilka godzin dłużej. Przegapiały nawet przystanki jadąc do pracy, bo wciągnęła je akcja. A teraz, skoro pytają, kiedy będzie kolejna powieść, bo chcą kontynuacji, to znaczy, że wyszło mi chyba nie najgorzej. W każdym bądź razie, polecam lekturę z nadzieją, że przypadnie do gustu.   

2. Łatwiej jest wymyślić profil ofiary czy mordercy?


MZ: Plastyczność mózgu daje możliwość wcielenia się w obie postacie. Nie miałam więc problemu ani ze zrozumieniem lęku ofiary, zapewne każdy z nas w jakimś stopniu był w swoim życiu skrzywdzony w ten czy inny sposób, ani też rola mordercy nie nastręczała mi większych trudności. To fascynujące uczucie móc uśmiercać bezkarnie ludzi, jest przecież tyle sposobów na popełnienie wyrafinowanego morderstwa, że aż trudno nie skorzystać z takiej okazji, jakim jest pisanie książki. 

3. Co jeśli ktoś zarzuci Pani, że Pani książka jest nudna i już gdzieś to było? Co by Pani powiedziała?

MZ: Nie spotkałam się jeszcze z książką, która spodobała się wszystkim. Prosty przykład: gdy powiedziałam mojemu znajomemu pisarzowi, że książką, za którą wprost przepadam to „Miłość w czasach zarazy”, spojrzał na mnie jakbym wypowiedziała bluźnierstwo. Każdy ma inny gust i potrzebuje innej literatury. I to jest naturalne. W przeciwnym razie w dziale „kryminał i sensacja” stałby jeden tytuł. Sama jestem przede wszystkim czytelnikiem i odrzucam książki, którzy inni chwalą, wystarczy, że autor kładzie za duży nacisk na sprawy, które mnie irytują, lub jego styl pisania daleki jest od mojego ideału. To wszystko są sprawy indywidualne.
Podobno wszystko zostało już napisane, nakręcone i wyśpiewane. Po części tak. Zmieniają się jedynie bohaterowie, sytuacje i problemy. Sposób prowadzenia fabuły podlega jednak pewnym zasadom i trzeba się ich trzymać. Łamanie schematów w literaturze tradycyjnej może się zemścić i zamiast oryginalnego dzieła powstanie dla nikogo nie zrozumiała hybryda.

monalisap
1. Jakie według Pani powinien mieć cechy "idealny" bohater/ka książki, by czytelnicy z zapartym tchem śledzili jego losy?


MZ: Bohater nie musi być „idealny” w dosłownym rozumieniu tego słowa. Im ma więcej cech nietypowych, nawet „wariactw”, tym lepiej. Może być ponadprzeciętnie heroiczny, albo nazbyt lękliwy, możemy go kochać za dobre serce, albo też nienawidzić za okrucieństwo. Może w końcu wydawać nam się piekielnie inteligentny, lub wręcz denerwować niedołęstwem psychicznym. Ale musi być jakiś. Wbrew pozorom nawet charaktery bardzo ułomne, które w prawdziwym życiu nie byłyby dla nas do zaakceptowania, w powieści ukażą się nam jako godne pożałowania i będziemy im dopingować (np. Lennie Small z „Myszy i ludzi” Steibecka). Jeśli przyjrzymy się sylwetce serialowego dr House’a – mało kto zniósłby jego chamskie  (nie bójmy się użyć tego słowa) zagrywki. Ale czyż nie śledzimy jego losów z zapartym tchem? A co z główną bohaterką Doris Lessing „Piąte dziecko”, Harriet? Drażni bezmyślnością, jednak rozumiemy jej chorą miłość do syna, mimo iż ceną za utrzymanie go przy życiu jest poświęcenie jej samej, pozostałej czwórki dzieci i relacji z mężem. Zatem bohater, abyśmy chcieli być z nim do samego końca, musi wywoływać emocje. Czy będą złe, czy dobre, to jest nieistotne, ale muszą zaistnieć.

2. Który z kryminałów Agathy Christie jest według Pani o zbrodni niemalże idealnej i dlaczego?


MZ: Mam swoją ulubioną perełkę, a jest nią „Dziesięciu murzynków”, znana również pod tytułem „I nie było już nikogo”. Historia, w której giną kolejno osoby zaproszone do opustoszałego domu na wyspie odciętej od świata. Jak to się dzieje, że giną wszyscy i czy na pewno nikt nie ocaleje? Majstersztyk, gorąco polecam.

Dorota
1. Podzielam Pani fascynację polskim kinem przedwojennym. Z sentymentem wspominam czasy mojego dzieciństwa, gdy często w telewizji wyświetlane były te filmy w cyklu "W starym kinie", Żałuję, że dziś raczej rzadko można je zobaczyć. W związku z tą tematyką ciekawi mnie, których przedwojennych polskich aktorów lubi i ceni Pani najbardziej, których życie najbardziej Panią interesuje i gdyby była taka możliwość - z którym aktorem/aktorką przeprowadziłaby Pani wywiad?


MZ: Od razu muszę poinformować miłośników przedwojennego kina polskiego, że filmy znane nam z cyklu „W starym kinie” puszczane są nadal, z tym, ze na kanale Kino Polska co niedziela, przed południem.
Mam szczególną słabość do Mieczysławy Ćwiklińskiej. Jej miny, omdlenia i egzaltacje warte są miliona dolarów. Z ciekawostek powiem, że mam przyjemność pracować z jej ciotecznym wnukiem (o ile jest taki dziwny stopień pokrewieństwa). Zatrudniał mnie do pracy w banku, jako mój dawny przełożony i gdy usłyszałam jego nazwisko od razu spytałam, czy jest krewnym pani Mieczysławy. Był bardzo zdziwiony, że skojarzyłam nazwisko, w końcu Ćwiklińska to pseudonim, a nazwisko prawdziwe było zupełnie inne. Pracę dostałam od ręki :-)
Jest jedna nieżyjąca już aktorka, z którą chciałabym porozmawiać. Co prawda grała w filmach powojennych, ale z racji tego, że obie urodziłyśmy się w Łomży, wspominam ją z olbrzymim sentymentem. To Hanka Bielicka, miałam okazję oklaskiwać ją na scenie, jednak nie było okazji aby zamienić słowa gdy kurtyna już opadła. W Łomży przy starym rynku jest ławeczka, na której siedzi pani Hanka na stałe, można się przysiąść i schować w cieniu jej wielkiego kapelusza. Nie wiem czemu mój pies zawsze ją obszczekuje. Stworzenie nie zna się nic a nic na sztuce.  

2. Co szczególnie pociąga i fascynuje Panią w latach 30-tych XX wieku, dlaczego chciałaby Pani przenieść się do Polski tamtych czasów?

MZ: To chyba tęsknota do tego, żeby bardziej być, a nie mieć. Tamte czasy wydają mi się bardziej łagodne, przyjazne, bardziej uśmiechnięte. Odnoszę wrażenie, że im więcej mamy, im więcej konsumujemy, zamykamy się na siebie. To jest złe i nienaturalne. Kiedyś nie było telewizorów, playstadion, wiecznie brzęczących komórek. Były zamiast tego spacery, rozmowy i  dorożki. No i ludzie z tamtych lat jawią mi się bardziej ludzcy.

3. Czy ma Pani jakieś ulubione książki, których akcja rozgrywa się w Polsce lat 30-tych?

MZ: Przyznam, że chętnie zapoznałabym się z takimi tytułami, bo nie wpadły mi niestety jak do tej pory w ręce. 

Zaczytana
1. Co lubi Pani robić w wolnym czasie (oprócz pisania rzecz jasna) ?


MZ: Z wolnym czasem ostatnio u mnie krucho. Jest jednak jedno zajęcie, którego sobie nie odmawiam, wręcz odkładam wszystko inne na bok. Są to regularne spotkania ze znajomymi z moich warsztatów pisarskich, prowadzone przez naszego „mentora”. Wpadają ludzie, którzy chcą pisać, są w trakcie tworzenia swojej książki, lub też takową wydali. Spotkania odbywają się w kawiarni, za każdym razem omawiamy inną książkę, wymieniamy się poglądami przy kawie lub grzanym winie. Spis takich lektur mamy już określony dano temu, więc trzeba się do takiego spotkania przygotować. Uwierzcie, że takiej wymiany zdań i poglądów na sprawy pisarskie nie powstydziłby się żaden reality show.   

2. Czy ma Pani jakieś ulubione miejsce w Łomży i czy Julia pojawi się kiedyś w tym miasteczku?

MZ: Tak, jest takie miejsce. Są to położone nad Narwią, na niewielkim wzgórku  mogiłki żydowskie. Panuje tam cisza i szumią trawy. Można usiąść i się zasłuchać, zamyślić. Tam czas stanął w miejscu. Jest też stary cmentarz w Łomży, który jest dla mnie miejscem magicznym. Gdy jeszcze żyła moja babcia, prowadzała mnie tam regularnie. Byłam wtedy małą dziewczynką i takie wyprawy były dla mnie niezwykle atrakcyjne. Porządkowałyśmy groby i paliłyśmy znicze. Z tymi cmentarzami to u mnie jest tak, że chciałabym zajrzeć na każdy. Może to zabrzmi dziwacznie, ale uwielbiam cmentarze. Mało jest miejsc tak wyciszonych, pewnie dlatego je lubię. Moja pierwsza randka odbyła się właśnie na cmentarzu. Zupełnie nie rozumiałam, dlaczego chłopak ma dziwny wyraz twarzy. Dla mnie było to zupełnie naturalne i dużo lepsze niż park, czy zatłoczona kawiarnia.
Julia zostanie póki co w swoim małym miasteczku. Spod Warszawy do Łomży nie jest jednak daleko, więc nie wykluczam, że i tam postawi swoją stopę. Wszystko może się zdarzyć.

3. Skąd wziął się pomysł na książki i czy ma Pani plan kolejnych części?

MZ: Pomysły wyskakują jak królik z kapelusza. Wystarczy nie przechodzić koło rzeczy lub zjawisk obojętnie, tylko pociągnąć w myślach temat : co by było gdyby… I już jest kolejny wątek do opisania. Każdy człowiek nosi w sobie jakąś historię, dlatego warto mieć oczy i uszy otwarte. Odkładają nam się w głowach ludzkie rozmowy, podejrzane sceny z życia innych ludzi, wystarczy je ubarwić, czasem „podkoloryzować”, aby nabrały charakteru.
Mam już pomysłów na trzy, cztery kolejne książki. Podejrzewam, że będą się jeszcze zmieniały, bo i moja fantazja jest w ciągłym rozkwicie i ewoluuje z tygodnia na tydzień. Nie będę jej blokować, niech myśli biegną jak najdalej.   

Kinga
1. Jakie emocje według pani powinna zwracać książka "Uśpienie"? 


MZ: Jedna z moich koleżanek po lekturze „Uśpienia” powiedziała mi bardzo bezpośrednio „Boże, co ty nosisz w tej głowie!”. I takie emocje lubię. Żeby poruszyła, wywołała nawet niesmak, ale nich to będzie taki niesmak, że mimo goryczy w ustach nadal chce się ją czytać. Ktoś podsunął mi recenzję, w której czytelniczka opisała swoją reakcję: rzuciła książkę (na szczęście tylko na chwilę), bo niektóre sceny były dla niej zbyt brutalne. Zaszła więc akcja i reakcja. Super, o to właśnie chodzi.
Kryminały należy traktować w kategorii rozrywki. Ich celem nie jest  moralizowanie, powinny dostarczyć wrażeń i bardzo bym sobie tego życzyła, żeby tak właśnie było z moją powieścią. 

2. Czy jest coś, co zniechęciło by panią do przeniesienia się w czasie do lat 30?

MZ: Zakładając, że nie mówimy o 1939 i wybuchu wojny, to chyba tylko brak bieżącej wody, w tym ciepłej. Kolejny problem nie do przeskoczenia: brak możliwości podróżowania samolotem w różne zakątki świata. Do tego, co wtedy latało po niebie, zdecydowanie bym nie wsiadła. I jeszcze jedno: z pomalowanymi włosami pewnie spalono by mnie na stosie lub pluto by na mój widok przez lewe ramię.

3. Czy czyta pani opinie na temat swoich książek w internecie?


MZ: Na początku czytałam, byłam ciekawa, jaki jest odbiór. To całkowicie naturalne, w końcu pierwszą książkę traktuje się jak pierwsze dziecko. A muszę dodać, że moja książka „tworzyła się” symboliczne dziewięć miesięcy. Teraz, gdy pierwszy kurz już opadł, przyznam, że zdecydowanie rzadziej zaglądam do opinii. Koncentruję na kolejnym projekcie i moje myśli krążą już wokół nowego tytułu.

Przemek
1. Często zdarza się, że twórcy powieści kryminalnych osadzają je w odpowiednich ramach czasowych oraz miejscu akcji. Dzieje się to nie bez powodu. Mogę posłużyć się przykładem Camilli Lackberg, która akcje swoich powieści umieściła w swoim rodzinnym mieście jakim jest dla niej Fjallbacka. Dlaczego więc akcja książki rozpoczyna się i jej główny wątek "kręci się" wokół małego podwarszawskiego miasteczka? Czy nie jest to swego rodzaju kontynuacja powieści PM Nowaka "Ani żadnej rzeczy"? Pozdrawiam serdecznie.


MZ: Czas akcji jest ważny, ale o wiele ważniejsze jest miejsce, w którym się ona dzieje. Sexy lokalizacja to klucz do sukcesu. Lubimy mieć konkret przed oczami i odnaleźć na mapie miasto, o którym pisze autor. Jest to chwyt stosowany bardzo często i zazwyczaj się sprawdza. Mówiąc na marginesie, inni, co bardziej obrotni, potrafią zbić na tym trochę grosza. Gdyby było inaczej, nie organizowano by wycieczek tropem świętego Graala („Anioły i Demony”) za ciężkie pieniądze.
Aby wprowadzić do fabuły sexy lokalizację nie trzeba z góry zakładać, że musi to być Kraków, czy Nowym Jork. Mazurska wieś też może być wspaniałym miejscem. Literatura daje nam aż nadto przykładów, że małe miejscowości przyciągają swoją innością, tajemnicą, czymś wyjątkowym. Czy Iwaszkiewicz ze swoim „Tatarakiem” zyskałby na tym, gdyby jego akcja rozgrywała się w centrum Warszawy? Nie sądzę. Siła nie tkwi w nazwie czy wielkości miejscowości. Ważne jest to, co się w niej dzieje. Ja umiejscowiłam akcję „Uśpienia” w anonimowym, małym miasteczku pod Warszawą. Celowo jest bezimienne. Wolałam, aby czytelnik zbudował je sobie w wyobraźni od podstaw.
Również serdecznie pozdrawiam.

post meridiem
1. Spotyka Pani Aghatę Christie i może ją poprosić o jedną rzecz. Co to takiego?


MZ: Dokładnie o to samo, o co prosiłam będąc na cmentarzu Pere Lachaise i stojąc przed grobem Balzaca. Pomnik był w trakcie renowacji, zabezpieczony gumową siatką. Wsunęłam tam jednak rękę i głaszcząc zimny kamień powiedziałam „Mistrzu, oświeć i podrzuć trochę weny”.
Zaraz odszukam w internecie, gdzie pochowano Agathę. Już wiecie, co zrobię, gdy kiedyś, przy okazji znajdę się w okolicach jej grobu. Niestety, na inny kontakt z nią nie mam co liczyć, a duchy wywoływać, to podobno nie po bożemu :-).

martucha180
1. Witam serdecznie moją imienniczkę! I w związku z imieniem mam pytanie – Jaki jest Pani stosunek do imienia Marta? W jakiej wersji lubi je Pani najbardziej?


MZ: Witam również, bardzo mi miło. Ja wcale nie miałam być Martą, tylko Marcinem, ale wtedy nie stosowało się USG do badania płci płodu. Swoje imię lubię, a pomysłowość ludzka w jego przekręcania nie zna granic. „Martuchą” też jestem oczywiście. Tak nazywa mnie moja przyjaciółka i w jej ustach brzmi to niewiarygodnie serdecznie.

2. Skończyła Pani politologię, pracuje w banku, ale nie przeszkodziło to Pani w rozwijaniu talentu literackiego na warsztatach pisarskich. Ale jak to było z pisaniem w czasach szkolnych, czyli z wypracowaniami – lubiła je Pani pisać? A jak oceniali je poloniści – co chwalili, a co krytykowali, nad czym kazali popracować?

MZ: Często jest tak, że kończymy medycynę, a w rezultacie zamiast na sali operacyjnej, lądujemy jako księgowa, czy parkieciarz. Życie nie lubi nudy i zastoju i właśnie dlatego trzeba się rozwijać i sięgać po zabawki z różnych półek. A nuż na którejś z nich znajdziemy to, co nas naprawdę bawi.
W liceum pisałam prace stylistyczne od ręki, nigdy nie używając brudnopisu. Poprawianie, przepisywanie z brudnego na czyste było dla mnie czynnością zupełnie niepojętą. Strata czasu i energii. Wolałam zapisać kilka stron papieru podaniowego, niż zrobić jedno zadanie z chemii, to z kolei było ponad moje siły. Trudno mi przywołać w pamięci, za co byłam chwalona, a za co dostawałam po głowie. O ile się nie mylę, to za wodolejstwo. Tak już miałam, że trzymając długopis w ręce, pisałam coraz więcej i czasami odbiegałam przez to od tematu. Ale co sobie popisałam, to popisałam.

3. Napisała Pani kryminał i to nocą! Co się Pani śniło w trakcie procesu twórczego? Czy nie były to czasem koszmary? Pozdrawiam serdecznie!

MZ: Piszę właściwie tylko nocą, bo wtedy najlepiej się koncentruję. Dobrze, jak jest ciemno i w pokoju pali się jedynie mała lampka. Nie śniła mi się moja książka, ani postacie z nią związane, miałam jedynie stany przed zaśnięciem, gdy mózg jeszcze pracował na pełnych obrotach i mimo, że próbowałam zmusić go do odpoczynku, to podsuwał mi nowe pomysły. Jeszcze do niedawna zapalałam lampkę i notowałam, żeby do rana o nich nie zapomnieć. Przy łóżku mam stolik z przygotowanym zeszytem i długopisem. Tak się ostatnio wyspecjalizowałam, że notuję już po ciemku, nie włączając światła. Rozczytanie tego następnego dnia nie należy do najłatwiejszych zadań.

Sylwia Tylkowska
1. Czy czuje się Pani spełniona jako pisarka ?


MZ: Nie śmiem nazwać siebie pisarką na tak wczesnym etapie. Pisarza postrzegam jako osobę z większym dorobkiem, nazywam więc siebie póki co „autorką”.
Tak, czuję spełnienie, mimo, że za mną dopiero pierwszy tytuł.  To uczucie bierze się z tego, że zrobiłam, co założyłam, że nie odpuściłam i dobrnęłam do ostatniej kropki w książce. Sam ten fakt daje ogromna satysfakcję. Nie ma się co oszukiwać, pisze się po to, aby książka ukazała się na półkach w księgarni. Gdy przyszło zatem do podpisywania umowy, nie potrzebowałam już niczego więcej. Cel został osiągnięty.

2. Gdyby mogła Pani cofnąć się w czasie to zaczęłaby pani znów pisać?

MZ: Gdybym mogła cofnąć się w czasie, zaczęłabym pisać piętnaście lat temu. Odkładanie pasji na później jest największym grzechem, jaki można popełnić.  Nasz „nałóg” i tak się o siebie upomni, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Kiedy pisałam „Uśpienie” czułam, że zaczynam inaczej oddychać, że wreszcie przestawiłam swoje życie na właściwe tory. Brzmi to może górnolotnie, ale gdybym w porę nie dojrzała do tej decyzji, przegapiłabym to, co daje mi szczęście.

3. Gdyby musiała Pani wybrać pomiędzy miłością do pisania a rodziną. Jakiego wyboru by pani dokonała?


MZ: Tak, tak, znam ten dwuwiersz autorstwa Marty Podgórnik „pilot mig-a zwycięża gdy samotnie leci / w pisarstwie nie ma miejsca na męża  i dzieci”. Jest w tym stwierdzeniu wiele prawdy. Pisanie jest dyscypliną bardzo wymagającą i zaborczą. Może pochłonąć bez reszty i zawiesić w jakiejś chmurze, z której wcale nie chce się wracać do rzeczywistości. Ściąganie takiego autora na ziemię powoduje w nim frustrację, a w rodzinie oczywistą wściekłość. Znam związek pisarza z nie-pisarką, który nie wytrzymał tej próby i każde z partnerów poszło swoją drogą.
Nie mogłabym zrezygnować ze swojej rodziny, to jest absolutna baza do wszystkiego, co robię, co dzieje się w moim życiu. Na szczęście nie muszę dokonywać takiego wyboru i mam nadzieję, że nigdy do takiej sytuacji nie dojdzie.

Jakub Kowalski
1. Czy trudno było zaistnieć w pisarstwie bo można powiedzieć, że wydając książkę w prestiżowej Czarnej Serii już Pani to zrobiła, zwłaszcza w gatunku w którym dominują mężczyźni o nazwiskach o wiele więcej mówiących wszystkim niż Pani takie sławy jak np. Arthur Conan Doyle, Simon Backett czy Stieg Larssona a nawet Arne Dahl ?


MZ: Jeśli ma się dobry materiał, wydawnictwa odezwą się niewątpliwie. Zanim rozesłałam swój tekst do wydawców naczytałam się wielu opinii o tym, jak trudno jest przebić się ze swoją książką, że wręcz  graniczy to z cudem. Stąd też wzięło się moje pierwotne podejście, że pewnie nic z tego nie wyjdzie. Ale zamknęłam oczy  i nacisnęłam  „wyślij”. Nie miałam nic do stracenia. Okazało się, że miałam wiele szczęścia. Następnego już dnia odebrałam pierwsze telefony i maile od wydawnictw. Wybrałam „Owcę”, bo, nie ukrywam, jest to wydawnictwo, które osobiście bardzo lubię. Podczas wstępnej rozmowy usłyszałam, że czekali właśnie na kobietę - autorkę, tak więc wszystko zgrało się idealnie.

2. Czym dla Pani jest udział w projekcie i serii wydawnictwa Czarna Owca w Czarnej Serii ?


MZ: To niewątpliwie doskonały start i wielka szansa. Ważne jest, aby wydać się w znaczącym wydawnictwie, a Czarna Owca do takich bezsprzecznie należy. Ma na dodatek swoich stałych fanów, a to też się liczy.  Wydawcy z górnej półki mogą więcej, wiedzą na co położyć nacisk, aby książka została dobrze wypromowana. Wieloletnie doświadczenie na rynku wydawniczym czyni z nich ważnych graczy, zatem lepiej postawić na  czarnego konia, w tym przypadku czarną owcę, co uczyniłam i tym samym znalazłam się w doborowym towarzystwie na księgarskich półkach.

3. Jak ocenia Pani klimat w swojej książce o Julii Krawiec ? Ponieważ dla mnie wydaje się, że nowa książka wnosi do serii coś nowego nie tylko ciekawie zbudowaną intrygę kryminalną ale również jakiś niepokój, niepokój o życie i zdrowie rodziny córki głównej bohaterki oraz jakiś tam element polskości między innymi wyrażony w niechęci ludności do detektywów czy kłamstw i sekretów w ośrodkach w których ich nie powinno być.

MZ: Moim założeniem było zagrać na uczuciach czytelnika, żeby przypomniał sobie zapach lęku, zamiast beznamiętnie przewracać kartki jedynie w oczekiwaniu na rozwiązanie zagadki. Jeśli się udało, to bardzo się cieszę. Nie jest to łatwe zadanie. Filmowcy mogą wpuścić do sceny muzykę, która sama w sobie mrozi krew w żyłach, mogą operować światłem, cieniem, kolorami, głosem bohatera, jednym słowem wykorzystać wszystko to, co musi opisać autor stawiając na papierze litery. Dzięki Bogu wyobraźnia czytelników też działa cuda i może nawet dopowiada rzeczy, które literalnie nie są dookreślone w książce.
Co do sytuacji, które dzieją się w instytucjach publicznych, na przykład szpitalach, żłobkach, zakonach, czy domach opieki,  to wystarczy włączyć wiadomości i już mamy kolejną aferę. Zamiatane pod dywan brudy urastają do wielkości garbu, o który w końcu ktoś się potyka. Wkracza wtedy TVN z „Uwagą” i za każdym razem dziwimy się: „Jezus, Maria, no kto by pomyślał”. No właśnie. Jeśli nie zerwie się zasłony milczenia z tych „przyzwoitych” i „godnych zaufania”, dalej będziemy żyć w nieświadomości. A podobne skandale dzieją się dosłownie wszędzie. Główni zainteresowani wolelibyśmy, aby było ciszej nad tą trumną. Tam, gdzie są ludzie, są też ich ciemne sprawki. I nie ma na to rady. Niestety. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Za najciekawsze uznałam pytania od:


Wszystkim, którzy nadesłali swoje pytania, bardzo dziękuję. Było mi miło wziąć udział w rozmowie, pozdrawiam uczestników bloga i Ciebie, Cyrysiu, serdecznie. 

***

Ja również dziękuje autorce za wspaniały, obszerny wywiad i życzę samych dalszych sukcesów zawodowych oraz prywatnych.

Ponadto gratuluje zwycięzcom i dziękuję również pozostałym uczestnikom zabawy. Pozdrawiam wszystkich bardzo gorąco!!!

Cyrysia

23 komentarze:

  1. Wywiad jak zwykle bardzo ciekawy:) Muszę poszukać "Uśpienia".

    OdpowiedzUsuń
  2. Kolejny raz mówię, że nie znam...

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratulacje dla zwycięzców:) Bardzo lubię wywiady w takiej formie:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo ciekawy wywiad, a u mnie lada dzień recenzja książki :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wywiad jak zwykle ciekawy i obszerny. Gratulacje.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciekawe odpowiedzi, gratuluję wygranym :) btw
    "Jeden z czytelników pochwalił moją książkę, że owszem, że wciąga, po czym dodał: „ale te polskie nazwiska…”"
    Boshe...

    OdpowiedzUsuń
  7. Już widzę, że ja i książki pani Marty jesteśmy niekompatybilni.

    OdpowiedzUsuń
  8. Gratuluję zwycięzcom ;) Niezwykle wyczerpująca rozmowa ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Wspaniały wywiad :) Bardzo Dziękuję za wyróżnienie! :) Ogromnie się cieszę! :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Interesujący wywiad. Kolejny! Gratulację!
    Dziękuję za odpowiedzi na moje pytania - czuję się pełni usatysfakcjonowana.

    Pozdrawiam serdecznie
    ________
    www.nieidentyczne-polki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  11. Gratuluję wygranym! A wywiad bardzo ciekawy. Teraz wszyscy powinniśmy się zapisać na warsztaty pisarskie :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Świetny wywiad, a autorka udziela bardzo ciekawych, inspirujących odpowiedzi :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Gratulacje wywiadu i nagrodzonym!:)

    OdpowiedzUsuń
  14. Ależ rozgadana pisarka :D wywiad jak zawsze świetnie się czyta :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Uwielbiam wywiady prowadzone przez blogerów :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Świetny i długo wywiad wyszedł, gratuluję zwycięzcom:)

    OdpowiedzUsuń
  17. Powiem Ci szczerze, że te wywiady wychodzą coraz lepsze :) Widać zaangażowanie zadających pytania oraz to, że pytania są naprawdę fajne i przemyślane. Super!

    OdpowiedzUsuń

Zaglądaj, czytaj, przegryzaj moje słowa, ale wychodząc, zostaw po sobie niezatarty ślad swojej obecności...