wtorek, 10 kwietnia 2018

FRAGMENT: ''Płynąc ku przeznaczeniu'' Weronika Tomala # PATRONAT MEDIALNY

Moi Drodzy,

21 kwietnia odbędzie się premiera książki ,,Płynąc ku przeznaczeniu'' Weroniki Tomali - autorki bloga Kto czyta książki- żyje podwójnie.

KSIĄŻKĘ MOŻNA KUPIĆ TUTAJ. 

A na zachętę polecam krótki fragment:



 Dyskoteka wydawała się ogromna, a jednak na razie o jakimkolwiek tańczeniu nie było mowy. Ścisk na parkiecie powodował, że wszyscy ocierali się o siebie i mieli ograniczoną swobodę ruchu. Jedynie dwie tancerki, wijące się wokół metalowej rury na podwyższonym stopniu, mogły robić, co chciały. Trzeba przyznać, że wychodziło im to bardzo dobrze.
– Dominika, jak tam po wczoraj? Dlaczego tak szybko poszłaś? – Adam chyba chciał wkręcić mnie do rozmowy.
 Kurczę, mogłam spodziewać się takiego pytania. Niestety nie pomyślałam wcześniej nad jakąś sprytną odpowiedzią.
– Teraz już okej. Ale w nocy czułam, że opadam z sił. Pękała mi głowa, więc uznałam, że na mnie już czas. Nie chciałam psuć atmosfery. – Wymyśliłam na poczekaniu, chociaż było w tym źdźbło prawdy.
– Ale mam pytanie. – Chciałam szybko zmienić temat.
– Wal śmiało.
– Co z moją lekcją pływania? – wydukałam, próbując zrobić słodkie oczy, chociaż chyba średnio mi to wyszło. 
Nie na odpowiedzi jednak skupiła się moja uwaga, a na zachowaniu Dawida, który odwrócił się w moją stronę ze zmarszczonym czołem. Wyglądał, jakby zainteresowała go ta rozmowa. Mimowolnie spojrzałam na niego i na kilka sekund nasze oczy się spotkały. Jego wzrok przenikał mnie na wylot tak, że poczułam przebiegający przez ciało dreszcz. Było w nim coś mrocznego i tajemniczego. Ten mężczyzna wyglądał jak tykająca bomba, która w każdej chwili może eksplodować. A to mogło oznaczać tylko jedno, kłopoty. Kłopoty, w które na pewno nie chciałabym się wpakować, ale które wbrew regułom magicznie przyciągały.
– Hmm… Nie martw się. – Głos Adama sprowadził mnie na ziemię. – Pamiętam o tym. Posłuchaj, jutro nie mogę, bo prowadzę zajęcia z czwórką dzieci. Ale pojutrze mam cały wolny dzień, więc mógłbym wpaść do was i coś tam popróbujemy.
– Z dziećmi? Uczysz dzieci? – Byłam zaskoczona.
– Przeważnie tak. A co myślałaś?
– No wiesz, raczej ładne, szczupłe, opalone laski, które drżą w obawie przed utonięciem, tuląc się do ciebie. – Kreując ciekawy scenariusz, udawałam, że mówię absolutnie poważnie, chociaż ostatecznie nie udało mi się stłumić śmiechu, który zaczął we mnie narastać.
– Jasne. Fajnie by było, no nie, Dawo? – Adam popatrzył na Dawida. – Chociaż czasami, a raczej bardzo rzadko, zdarzają się jakieś nie najgorsze dziewczyny.
– Co jest? Sorry, ale cię nie słuchałem. – Dawid najwyraźniej nie był w temacie albo dobrze udawał.
– Dominika myślała, że w pracy czeka na nas kolejka zajebistych dup, które spragnione nie marzą o niczym innym, tylko o lekcji pływania z nami.
– No tak. O ile dupami można nazwać pięcio- czy dziesięciolatki.
– Uśmiechnął się. – Przecież dzisiaj każdy prostak potrafi pływać – dodał.
Poczułam, jak oblewam się czerwienią. Nie ze wstydu. Ze złości.
– To najwyraźniej jestem gorsza niż prostak – podsumowałam, bo miałam wrażenie, że powiedział to specjalnie. Zauważyłam, że moje żelazne, niedawno wprowadzone zasady zaczynają się nieco chwiać. Nie mogłam dać po sobie poznać, że jest mi przykro.
– Nie przesadzajcie. – Adam objął mnie przyjaźnie, dodając otuchy. – Niedługo będziesz pływać. – Zwrócił się do mnie. – Bo zobaczysz, jakim zajebistym jestem nauczycielem.
 Dziwna atmosfera, która wisiała nad nami niczym chmura gradowa, nie chciała odejść, mimo że starałam się wyluzować. Kiedy więc padła propozycja udania się na parkiet, poczułam, że kamień spadł mi z serca. Wtopiliśmy się w tłum. Wszyscy prócz Dawida i jego towarzyszki, którzy zostali w boksie. Dobrze, że byli daleko, bo wreszcie mogłam zaczerpnąć powietrza. Klimat panujący w klubie działał hipnotyzująco i zbawiennie. Nie potrzeba było alkoholu, by zapomnieć o problemach. Kiedy więc poczułam na swojej talii męskie dłonie, poddałam się rytmom. U boku jakiegoś Hiszpana, z którym zbytnio nie potrafiłam się porozumieć, przetańczyłam sporo kawałków. Słowa okazały się zbędne. Razem balansowaliśmy na skraju wybuchu emocji, poddając się muzyce. Momentami energicznie, chwilami spokojnie bez słów zgraliśmy ciała w jeden takt. Tego było mi trzeba – niezobowiązującej relacji, w której obcy człowiek zdjął ze mnie zbędny i ciążący balast niepewności. Przez ułamek sekundy czułam się jak bogini, królowa własnego świata. Nie miałam pojęcia, że wkrótce znowu przyjdzie mi zaliczyć bolesny upadek. A mam niestety miękki tyłek.
 Wracając do boksu, przytuliłam na pożegnanie mojego tanecznego przyjaciela, czym dałam początek lawinie sypiących się pytań.
– Kto to był? Fajnie tańczył? Całowaliście się? – Wiki zapomniała o Tomku i skupiła całą uwagę na mnie. – Wyglądaliście jak w ekstazie. Masakra!
– Bez przesady – odpowiedziałam. – Nawet nie wiem, jak ma na imię. – To tylko taniec, chociaż masz rację. Czułam się, jakbym stąpała po rozżarzonym węglu, z którego nie chciałam zejść. – Nie zdawałam sobie sprawy, że wszyscy na mnie patrzą. Także Dawid, u którego boku chwilowo nie było towarzyszącej mu dziewczyny. 
 Szybko zmieniłam temat, żeby odwrócić od siebie uwagę. Sięgnęłam po kartę ze spisem drinków i udawałam, że czegoś szukam. Do teraz nie wiem, dlaczego tak zareagowałam. Przecież nie zrobiłam nic złego. Moja reakcja na obecność Dawida nie była normalna. Onieśmielał mnie do tego stopnia, że przestawałam być sobą. Może gdyby choć raz normalnie ze mną pogadał albo przynajmniej starał się traktować mnie jak pozostałych, byłoby inaczej. Że też moje serce musiało bić szybciej akurat w jego towarzystwie. Zawsze miałam w życiu pod górkę i najwyraźniej tutaj także.
– Domi, czyżby przyszła ci ochotka na małe grzeszki? – Kaśka od razu zauważyła mój gest. – Polecam Sex on the Beach. Przed chwilą go piłam. Przytaknęłam i sięgnęłam po portfel. Przyznam, że nie do końca miałam ochotę na procentową mieszankę, ale skoro już zaczęłam tę grę, musiałam doprowadzić ją do końca.
– Właśnie Dawo, a propos seksu – usłyszałam głos Adama, wstając od stolika. – Dobra była? Ja pierdolę, wiła się koło ciebie, jakby chciała cię zerżnąć tutaj.
– Nic specjalnego.
 Nie chciałam tego słuchać. Przyspieszając, poszłam do baru po polecanego przez Kasię drinka. Miałam wrażenie, że naprawdę go potrzebowałam. Kiedy w mojej dłoni znalazła się ładnie udekorowana szklanka z ognistym płynem, wzięłam porządnego łyka i lekko się skrzywiłam. Nie smakował zbyt dobrze, chyba dlatego że niezbyt przepadałam za alkoholem. Pomimo to piłam i nim wróciłam do boksu, połowa zawartości próbowała się już przedostać do mojej krwi. Wiedziałam, że za chwilę procenty dotrą do mózgu, a język zacznie działać według własnych zasad, nieco mieszając mi szyki. Trudno.
– Wow, ale tempo – rzucił Adam na powitanie, wskazując na moją szklankę.
– Widzisz, dobrze ci doradziłam. – Pochwyciła Kaśka, po czym cicho zapytała, czy wszystko w porządku. 
 Oparłam głowę na jej ramieniu, przeczuwając nadchodzący wybuch emocji, które cały czas czekały w ukryciu. Czułam po kościach, że coś się wydarzy. Tak, jakby klęska przenikała do płuc wraz z hiszpańskim powietrzem.
– Dominika, zerknij za siebie. – Wiki była najwyraźniej czymś bardzo podekscytowana. Wykonując jej polecenie, ujrzałam uśmiechniętego Hiszpana, z którym nie tak dawno odbyłam taniec pełen emocji. Pięknie. A miało być niezobowiązująco. Stał nade mną i mówił coś, czego nie rozumiałam.
– Nieźle. Facet się chyba na ciebie napalił. Pyta, czy idziesz jeszcze trochę poszaleć. – Adam pospieszył z pomocą jako tłumacz.
I am sorry – zaczęłam po angielsku, chociaż już przedtem miałam okazję przekonać się o tym, że niewiele rozumie. – But now I want to spend time with my friends. Don’t be angry at me. Maybe later (4). 
Miałam nadzieję, że coś do niego dotrze. Przymrużone oczy i rozłożone ręce wskazywały na to, że nic z tego. Po ponownej ingerencji Adama mężczyzna przybrał smutny wyraz twarzy i odszedł. Było mi go trochę żal, ale naprawdę nie miałam zbyt wielkich chęci na powtórkę.
– Biedny. Mogłaś iść. Może na tańcu by się nie skończyło – skomentowała Wiki pół żartem, pół serio. 
 Zaskoczyło mnie, że zaczęła wykazywać oznaki litości względem facetów. Tomek miał na nią chyba jakiś nadzwyczajny wpływ. Nie zdążyłam jednak nic odpowiedzieć, bo nagle usłyszałam coś, co przepełniło kielich goryczy.
– Jak widać, nie wszyscy wiedzą, po co przychodzi się do takich miejsc. Może osoby nieumiejące się bawić powinny następnym razem zostać na noc w łóżku. Dwa bezlitosne zdania, które padły z ust Dawida, były jak trucizna. Jak jad. Jak trafiony, siarczysty policzek. Ale nie dostałam w twarz. Dotkliwy cios otrzymało moje serce, które szybko zaczęło krwawić. Buzujące we mnie emocje narastały w zastraszającym tempie. Pędziły, potęgowały się, mnożyły. Zaczynałam tracić panowanie. 
 Wiedziałam, że wybuchnę. 
 Rozejrzałam się wokół i zauważyłam, że wszyscy w boksie zastygli i patrzyli to na niego, to na mnie, bo nie rozumieli, o co chodzi. Najgorsze jest to, że też tego nie rozumiałam. Nie miałam pojęcia, czym zasłużyłam sobie na taką nienawiść. Zauważyłam tylko, że byliśmy jak dwa żywioły nieumiejące funkcjonować na jednej powierzchni. By przetrwać, musieliśmy być daleko od siebie.
– Co ja ci takiego zrobiłam? – zapytałam, czując, że coraz bardziej zaczyna drżeć mi głos. Próbowałam powstrzymać płacz, chociaż byłam już na krawędzi wytrzymałości. – Przecież staram się nawet nie wchodzić ci w drogę. Powiedz, co robię nie tak?! – prawie krzyczałam.
Nie czekałam na odpowiedź, chociaż chciałabym ją poznać. Wstałam i skierowałam się do wyjścia. Nie odwróciłam się nawet na nawoływania Wiktorii. Z moich oczu już płynęły łzy. 
Nie chciałam tutaj być. Nie teraz. Nie z nim. 
Znowu uciekałam. Byłam tchórzem. Tchórzem, który nie zasłużył sobie na takie traktowanie. 
 Wiedziałam, że to koniec. Koniec nadziei i wyobrażeń. Kolejny raz upadłam na samo dno poczucia własnej wartości i wiedziałam, że szybko się nie podniosę. Trudno. Byłam słaba i byłam tego mocno świadoma. 
Na zewnątrz oparłam się o mur. Kilka osób zerkało na mnie, ale w ogóle mnie to nie obchodziło. Ich pewnie też nie. Kolejna głupia dziewczyna, której coś w życiu nie wyszło.
– Tutaj jesteś – powiedziała zdenerwowana Wiktoria. Przybiegła i przytuliła mnie. – Nie płacz, proszę. Domi, uwierz, nie warto. 
Próbowałam odpowiedzieć, ale przez ściśnięte gardło nie mogłam wydusić ani jednego słowa. Otarłam ręką spływające łzy, rozcierając czarną kredkę.
– Powiedz mi, proszę – zaczęłam półgłosem, bo tylko na tyle było mnie stać – co jest ze mną nie tak? Dlaczego nie może być normalnie?
– To nie twoja wina. Uwierz. Dawid to dupek. Tomek wiele mi o nim opowiadał. On nigdy nie traktuje dziewczyn poważnie. – Ze wszystkich sił starała się mnie pocieszyć. – Wróć i pokaż mu, że nie może cię złamać.
– Wiki, naprawdę nie mam już sił. On już mnie złamał, rozumiesz? Jestem słaba i niech o tym wie. W życiu tam nie wrócę. Nie chcę go widzieć. Nigdy!
– Czemu tak zależy ci na tym, co mówi. Po prostu puść to koło ucha – kontynuowała, nie wiedząc, co za chwilę usłyszy. 
– Bo się w nim zakochałam – oznajmiłam i czułam, jakbym miała za chwilę odlecieć. Nie chciałam tego powiedzieć, ale stało się. Podnosząc głowę, spojrzałam jej w oczy. Widziałam w nich niedowierzanie. – Dlatego tak bardzo boli – dokończyłam.
 Mimo że wyznałam prawdę, płonęłam ze wstydu, ale też miałam wrażenie, jakby ktoś zdjął ze mnie kawałek trudnego do udźwignięcia ciężaru. Teraz dzieliłam z kimś swój sekret. Wiedziałam, że ona zrozumie.
– Proszę cię tylko o jedno. Nie mów nic Kaśce. To i tak nieistotne, bo przecież muszę się z tym jakoś uporać. Potrzebuję czasu i chwili oddechu. Dlatego wrócę do hotelu. 
– Nie ma mowy – zaprotestowała. – Nie puszczę cię samej. Pamiętasz chyba wczorajszą sytuację z psem. Nigdzie nie idziesz. 
Wiedziałam, że nie odpuści tak łatwo. Nie chciałam jednak, by przeze mnie zaprzepaściła szansę na udany wieczór z Tomkiem. 
– Wezmę taksówkę. Nic mi się nie stanie. – Wymyśliłam na poczekaniu, mimo że wiedziałam, ile kosztuje nocny kurs. Co innego kiedy jechałyśmy we trzy, bo koszty się rozkładały. Sama nie mogłam sobie na to pozwolić, ale Wiktorii nie musiałam tego mówić. Godzinny spacer dobrze mi zrobi, a na promenadzie nic mi nie groziło. Kilka wąskich uliczek do przejścia, a potem było już bezpiecznie. Przecież kiedyś nieraz pokonywałam na piechotę nie takie odległości.
– Obiecujesz, że nie narobisz żadnych głupot? – zapytała Wiktoria z troską.
– Obiecuję. Idź już. Mam przecież telefon. Zobaczymy się później. – Pożegnałam ją ciepłym uściskiem, siląc się na uśmiech. – Już mi lepiej – skłamałam, chociaż widziałam, że mi nie wierzy. 
 W takich momentach zdawałam sobie sprawę z tego, jak cudownym darem jest przyjaźń. Częściowo skleja rozbitą duszę, bez której nie da się żyć. Wystarczyło kilka ciepłych słów, bym odważyła się podnieść głowę i zmierzyć z wyzwaniem. Wiedziałam, że przegrałam walkę o szczęście, ale przecież świat się nie kończył.
Wciąż byłam i chociaż ból rozrywał mi wnętrze, musiałam zabrać mój smutek i poszukać drogi, która wypełni go radością.
– Pamiętaj, że cię kocham – powiedziała i, machając na odchodne, znikła za murem pożarta przez tłum.
Odczekałam jeszcze chwilę, żeby się upewnić, że nikt mnie nie obserwuje, ruszyłam do hotelu. 
 Normalnie w takiej sytuacji strach przenikałby każdy cal mojego ciała. Byłam sama w obcym kraju niczym maleńka mrówka szukająca ucieczki przed ludzką stopą. Pośród szarości nocy musiałam dotrzeć do bezpiecznego gniazda i chociaż było przyjemnie ciepło, bezgwiezdne niebo nie uraczyło mnie ani jedną gwiazdą. Mimo to hardo parłam do przodu, bo żal goszczący w sercu nie dopuszczał do niego innych emocji. Było go zbyt wiele, by cokolwiek zdołało się jeszcze pomieścić. Nawet strach. 
 Kiedy odgłosy dochodzące z dyskoteki umilkły, a krajobraz oświetlonych budynków zelżał, ustępując miejsca cieniom, wyjęłam z torebki telefon i słuchawki. Mój niezawodny czasoumilacz i zestaw obowiązkowy. Włączyłam Unconditionally Katy Perry. Zatopiłam się w dźwiękach cudownie brzmiącego głosu i przystanęłam na chwilę, by się rozejrzeć, w którym kierunku iść. Miałam wrażenie, że do głównej promenady było już bardzo blisko. Kiedy więc na horyzoncie pojawiło się morze, przyspieszyłam kroku. Wierzyłam, że pójdzie gładko, że chociaż ta jedna rzecz tej doby mi się uda. 
Muzyka pozwalała mi się odprężyć. Nie rozglądając się na boki, frunęłam niczym na skrzydłach. Po drodze starłam z twarzy resztki łez i postanowiłam, że nie będę już płakać. Przecież gdzieś tam musiało czekać na mnie lepsze jutro. I znowu przypomniałam sobie słowa babci, która zwykła mawiać, że po każdej burzy wychodzi słońce.
 Nagłe szarpnięcie za ramię wyrwało mnie z zamyślenia. Zerknęłam ukradkiem w bok i ujrzałam na ramieniu sporej wielkości dłoń. Poczułam, jak ciało mi drętwieje. 
 A jednak wymarzona Hiszpania postanowiła poczęstować mnie kolejną porcją arszeniku. Zakapturzona postać pośród panującej ciemności miała bardzo niewyraźne rysy twarzy. Nie miałam pojęcia, co się dzieje i czego ów ktoś ode mnie chce. 
 Szybko jednak przyszło mi się przekonać.
 Średniej budowy mężczyzna, ponieważ tyle zdołałam zobaczyć, próbował mi wyrwać telefon. Na skutek pociągnięcia słuchawki wyleciały mi z uszu. Oszołomiona i przerażona, ale coraz bardziej przytomna, postanowiłam zawalczyć. Chociaż byłam przekonana, że tętno zaraz pozbawi mnie świadomości, nie mogłam tak łatwo odpuścić. Wbiłam paznokcie w jego rękę i tylko pogorszyłam sprawę. Mocno złapał mnie za twarz i przybliżył się.
– Puta! – wydostało się z jego ust. Brzmiał jak diabeł, który właśnie wyrwał się z piekła.
– Puść mnie! – ryknęłam, próbując się uwolnić.
 Sytuacja zaczynała być naprawdę poważna. Dygotałam, szarpałam się, chociaż mężczyzna trzymał mnie tak mocno, że nie mogłam wykonać żadnego ruchu. Pobije mnie? 
Zgwałci? 
Zabije? 
 Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać, chociaż każdy z tych scenariuszy był możliwy. Ileż to razy słyszy się o dziewczynach, po których ślad zaginął. Odnalezione w rzece po kilku dniach czy latach. Moja wyobraźnia działała na zdwojonych obrotach. 
 I nagle zza muru wyłoniła się kolejna postać. Nie wiedziałam, czy dziękować za cud, czy pożegnać się ze światem. Zaczęłam naprawdę żałować tego, że opuściłam klub. Przecież z dwoma osobami na pewno nie miałam już szans.
 Jednak uścisk napastnika nieco zelżał, tak jakby ktoś pomieszał mu szyki.
– Puść! – krzyknęłam znów.
Dajarla! – rzucił groźnie mężczyzna, co podziałało niczym najlepsza magia.  Oprych szybko mnie uwolnił i rozpoczął szaleńczy bieg. Ta noc okazała się dla niego bardziej pechowa niż dla mnie. Nie uciekł daleko. Wyprowadzony cios powalił go na ziemię. Patrzyłam na rozgrywającą się scenę niczym na film. Stałam jak słup soli. Kimkolwiek był mój anioł stróż, z pewnością się poświęcił. 
Vete a la mierda – padło na pożegnanie, kiedy pozwolił zbirowi podnieść się z ziemi i odebrał mój telefon.
Wtedy oprzytomniałam. 
W moją stronę zmierzał rozwścieczony niczym byk na corridzie 
Dawid.


[4 - Chcę spędzić czas z przyjaciółmi. Nie bądź zły na mnie. Może później.]




Jesteście zaintrygowani? Macie ochotę na więcej?

12 komentarzy:

  1. Mam ochotę nie tylko na więcej,a le na całość :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tyle się dzieje w tym fragmencie, że z ledwością mogłam nadążyć :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak to dziwnie czytać nie recenzję znajomej blogerki, tylko fragment jej książki...!

    OdpowiedzUsuń
  4. Do tej pory bardzo chciałam przeczytać tę książkę, a po przeczytaniu tego fragmentu, chcę tak bardzo,że aż nie umiem tego wyrazić słowami.:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratuluję patronatu, zapowiada się ciekawa lektura!
    pozdrawiam serdecznie z nad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Fragment mi się spodobał, więc chyba przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Zapowiada się ciekawie. Chętnie przeczytałabym całość:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Chętnie przeczytam książkę Weroniki, super, że jej patronujesz ;)

    OdpowiedzUsuń

Zaglądaj, czytaj, przegryzaj moje słowa, ale wychodząc, zostaw po sobie niezatarty ślad swojej obecności...