niedziela, 23 lipca 2017

WYNIKI KONKURSU: Droga nad... przepaścią

Moi Drodzy,
 
 Czas ogłosić wyniki konkursu, w którym można było wygrać 3 egzemplarze książki ''Droga nad rzeką'' Jayne Ann Krentz [recenzja - KLIK
  
 Dziękuję wszystkim uczestnikom za udział w konkursie. Miałam nie lada orzech do zgryzienia, gdyż wszystkie Wasze wypowiedzi zasługują na uwagę. Okazuje się, że o nieszczęście naprawdę łatwo. Czasami wystarczy chwila nieuwagi bądź pochopna decyzja. Przekonajcie się o tym, czytając poniższe historie trójki laureatów:


Lucyna W-l
 
Miejscowość w której mieszkam otoczona jest rozległymi lasami. Któregoś wieczoru, gdy było już zupełnie ciemno, wracając samochodem, na środku drogi zobaczyłam leżącego chłopaka. Zaczęłam powoli hamować, zjechałam na pobocze aby go ominąć bo obawiałam się zatrzymać. Gdy chłopak zorientował się, że nie chcę się zatrzymać zerwał się z drogi, dołączył do niego drugi. Udało mi się odjechać lecz roztrzęsiona dotarłam do domu. Po opowiedzeniu sytuacji jaka mi się przytrafiła, usłyszałam, że to nie pierwsza taka próba zatrzymania samochodu i kiedyś jakiś kierowca został pobity i okradziony.

⇹⇹⇹

Basia

  Byłam młodą kobietą, ale że skończyłam 18 lat to czułam się dorosła i uważałam, że mogę sama o sobie decydować. Wybrałam się na imprezę z nowo poznanymi ludźmi. Nie wiedziałam o nich za wiele, poza tym, że lubią się bawić i że chętnie przyjmą mnie do swojego grona. W jedne z wakacji zrezygnowałam z nudnego spędzania czasu z przyjaciółką, z którą się trzymałam od dzieciństwa na rzecz imprezowania z nowo poznanymi znajomymi właśnie. Robiłam to chyba trochę na pokaz- chciałam udowodnić coś sobie a może innym? Dobrze wiedziałam co na ten temat mają do powiedzenia rodzice- oczywiście nie pozwoliliby mi pójść więc na przekór, nie przejmując się niczym, z satysfakcją, że nie mogą mi zabronić bo jestem już "dorosła" postanowiłam spędzić z tymi ludźmi niezapomnianą nocną imprezę za miastem. Znalazłam się w zupełnie obcym mieście na imprezie "pod chmurką", a po kilku godzinach okazało się, że moi wspaniali nowi znajomi gdzieś zniknęli zostawiając mnie kompletnie samą. Oczywiście wokół mnie było mnóstwo osób, ale żadna z nich nie umiała już ustać na nogach od nadmiaru alkoholu. Imprezę zakończyłam błądzeniem wśród ciemnych osiedli i uliczek w poszukiwaniu jakiegoś przystanku.
 Niestety okazało się, że znalazłam się w niezbyt dobrej dzielnicy i nie wiele czasu potrzeba było by ktoś mnie zaczepił. Przyczepiła się do mnie grupka pijanych dresiarzy, którzy zaczęli od słownych zaczepek a widząc mój strach stawali się coraz bardziej nachalni i agresywni. Przez chwilę strach mnie sparaliżował, ale na szczęście odzyskałam jasność myślenia i jakimś cudem udało mi się od nich uciec i uwolnić. Biegłam co sił w nogach nie oglądając się za siebie. Słyszałam tylko cichnące wyzwiska kierowanie do mnie. Noc spędziłam na dworcu autobusowym, który znalazłam dzięki pomocy sprzedawczyni z nocnego sklepu. I chociaż nic mi się wtedy nie stało to najadłam się strachu. Od tamtej pory jeśli już wybieram się na jakąś imprezę to tylko w gronie bliskich i zaufanych osób, w których towarzystwie czuje się bezpiecznie. I przede wszystkim nauczyłam się tego, że nic nie jest ważniejsze od wieloletniej przyjaźni- nawet jeśli kusi świeżością i obietnicą świetnej zabawy.
⇹⇹⇹

Ola Szymbrowicz

 Moja opowieść zdarzyła się naprawdę i dzielę się nią z Wami, żeby naprawdę ostrzec przed niebezpieczeństwem czyhającym w najmniej spodziewanym momencie...

Dnia 9 kwietnia tego roku, jak co niedzielę po obiedzie wybraliśmy się na spacer całą rodziną (a że jadamy zazwyczaj u moich rodziców grono było całkiem spore). Mam 3-letniego syna, który kilka dni wcześniej dostał od nas nowy rower biegowy. Miała to być pierwsza przejażdżka (aczkolwiek rok temu miał podobny rower, z którego wyrósł, więc nie był to dla syna nowy temat). Jeździł w koło krążąc w pobliżu nas z uśmiechniętą buzią od ucha do ucha (dosłownie). Zatrzymaliśmy się na moment na poboczu, ustępując miejsca przejeżdżającemu samochodowi i mieliśmy zamiar ruszyć dalej. Niestety podczas wsiadania na rower kierownica roweru niefortunnie obróciła się, co sprawiło, że Mały upadł. Cała sytuacja wyglądała całkiem niewinnie (wychodził z gorszych opresji nie raz - bez szwanku). Płacz niemiłosierny, wręcz krzyk syna...Pobiegłam szybko, pomogłam wstać,ale wrzask się nie kończył. Zauważyliśmy,że boli go ręka. Do domu nie szedł o własnych siłach, musieliśmy go nieść. W domu okazało się, że ręka w łokciu spuchła. Pędem na pogotowie, tam rtg wykazało złamanie bardzo niespotykane blaszki w łokciu. Dostaliśmy pilne skierowanie do dziecięcego szpitala oddalonego o 50 km z zaznaczeniem, że prawdopodobnie będzie potrzebna operacja! Cali w nerwach, ja zapłakana pędziliśmy ile fabryka dała, na miejscu kilka godzin czekania, ale okazało się, że będzie gips i kontrola za kilka dni u chirurga. Widmo operacji wisiało nad Małym równe 4 tygodnie. Każda wizyta u lekarza była wielką niewiadomą. Skończyło się na szczęście bez operacji, choć lekarze uznali to za cud niemal. I teraz najważniejsze: mały nie miał ani kasku, ani ochraniaczy... Oczywiście w szpitalu skłamaliśmy zaskoczeni pytaniem o to. Zaraz po zdjęciu gipsu kupiliśmy kask i komplet ochraniaczy. Od tego momentu synek nie rusza roweru bez kasku i ochraniaczy. Mało tego sam nauczył się i mając zamiar wsiąść na rower czy hulajnogę woła: "mama, ochronki!"

Pamiętajcie drodzy rodzice, że komplet ochraniaczy i kask naprawdę mocno chronią przed upadkiem. Nie chcę myśleć jak ta historia mogla się skończyć. I wolę nie dopuszczać do siebie myśli, że mogli uderzyć się np w głowę... Więc niech nasze nieszczęście będzie i dla Was przestrogą!





⇹⇹⇹
Gratuluję  i proszę laureatów o kontakt mailowy.

7 komentarzy:

Zaglądaj, czytaj, przegryzaj moje słowa, ale wychodząc, zostaw po sobie niezatarty ślad swojej obecności...